I

– Nie wyjdzie stamtąd, mówię wam – powiedział pryszczaty,
z przekonaniem kiwając głową. – Już godzina i ćwierć, jak
tam wlazł. Już po nim.

Mieszczanie, stłoczeni wśród ruin, milczeli wpatrzeni w ziejący
w rumowisku czarny otwór, w zagruzowane wejście do podziemi. Grubas
w żółtym kubraku przestąpił z nogi na nogę, chrząknął, zdjął z
głowy wymięty biret.

– Poczekajmy jeszcze – powiedział, ocierając pot z rzadkich
brwi.

– Na co? – prychnął pryszczaty. – Tam, w lochach, siedzi
bazyliszek, zapomnieliście, wójcie? Kto tam wchodzi, ten już
przepadł. Mało to ludzi tam poginęło? Na co tedy czekać?

– Umawialiśmy się przecie – mruknął niepewnie grubas.
– Jakże tak?

– Z żywym się umawialiście, wójcie – rzekł towarzysz
pryszczatego, olbrzym w skórzanym, rzeźnickim fartuchu. –
A nynie on martwy, pewne to jak słońce na niebie. Z góry było wiadomo,
że na zgubę idzie, jako i inni przed nim. Przecie on nawet bez
zwierciadła polazł, z mieczem tylko. A bez zwierciadła bazyliszka
nie zabić, każdy to wie.

– Zaoszczędziliście grosza, wójcie – dodał pryszczaty.
– Bo i płacić za bazyliszka nie ma komu. Idźcie tedy spokojnie
do dom. A konia i dobytek czarownika my weźmiemy, żal
dać przepadać dobru.

– Ano – powiedział rzeźnik. – Sielna klacz, a i juki
nieźle wypchane. Zajrzyjmy, co w środku.

– Jakże tak? Coście?

– Milczcie, wójcie, i nie mieszajcie się, bo guza złapiecie – ostrzegł
pryszczaty.

– Sielna klacz – powtórzył rzeźnik.

– Zostaw tego konia w spokoju, kochasiu.

Rzeźnik odwrócił się wolno w stronę obcego przybysza, który wyszedł
zza załomu muru, zza pleców ludzi, zgromadzonych dookoła wejścia
do lochu.

Obcy miał kędzierzawe, gęste, kasztanowate włosy, brunatną
tunikę na watowanym kaftanie, wysokie, jeździeckie buty.
I żadnej broni.

– Odejdź od konia – powtórzył, uśmiechając się zjadliwie.
– Jakże to? Cudzy koń, cudze juki, cudza własność, a ty
podnosisz na nie swoje kaprawe oczka, wyciągasz ku nim parszywą łapę?
Godzi się tak?

Pryszczaty, powoli wsuwając rękę za pazuchę kurty, spojrzał
na rzeźnika. Rzeźnik kiwnął głową, skinął w stronę
grupy, z której wyszło jeszcze dwu, krępych, krótko ostrzyżonych.
Obaj mieli pałki, takie, jakimi w rzeźni głuszy się zwierzęta.

– Ktoście to niby – spytał pryszczaty, nie wyjmując ręki
zza pazuchy – żeby nam prawić, co się godzi, a co nie?

– Nic ci do tego, kochasiu.

– Broni nie nosicie.

– Prawda – obcy uśmiechnął się jeszcze zjadliwiej. – Nie
noszę.

– To niedobrze – pryszczaty wyjął rękę zza pazuchy, razem
z długim nożem. – To bardzo niedobrze, że nie nosicie.

Rzeźnik też wyciągnął nóż, długi jak kordelas. Tamci dwaj
postąpili do przodu, unosząc pałki.

– Nie muszę nosić – rzekł obcy, nie ruszając się z miejsca.
– Moja broń chodzi za mną.

Zza ruin wyszły, stąpając miękkim, pewnym krokiem, dwie młode dziewczyny.
Tłumek natychmiast rozstąpił się, cofnął, przerzedził.

Obie dziewczyny uśmiechały się, błyskając zębami, mrużąc oczy,
od kącików których biegły ku uszom szerokie, sine pasy tatuażu.
Mięśnie grały na mocnych udach widocznych spod rysich skór otaczających
biodra, na nagich, krągłych ramionach powyżej rękawic z kolczej
siatki. Sponad barków, też osłoniętych kolczugą, sterczały rękojeści
szabel.

Pryszczaty wolno, wolniutko zgiął kolana, upuścił nóż na ziemię.

Z dziury w rumowisku rozległ się grzechot kamieni, chrobot, po czym
z ciemności wynurzyły się dłonie wczepione w poszczerbiony skraj
muru. Za dłońmi pojawiły się kolejno – głowa o białych, przyprószonych
ceglanym miałem włosach, blada twarz, rękojeść miecza, wystająca
znad ramienia. Tłum zaszemrał.

Białowłosy, garbiąc się, wytaszczył z dziury dziwaczny kształt, cudaczne
cielsko, utytłane w pyle przesiąkniętym krwią. Dzierżąc stwora
za długi, jaszczurczy ogon, rzucił go bez słowa pod nogi grubego wójta.
Wójt odskoczył, potknął się o zwalony fragment muru, patrząc na zakrzywiony,
ptasi dziób, błoniaste skrzydła i sierpowate szpony na pokrytych łuskami
łapach. Na wydęte podgardle, kiedyś karminowe, obecnie brudnorude.
Na szkliste, wpadnięte oczy.

– Oto bazyliszek – rzekł białowłosy, otrzepując spodnie z
kurzu. – Zgodnie z umową. Moje dwieście lintarów, jeśli
łaska. Uczciwych lintarów, mało oberżniętych. Sprawdzę, uprzedzam.

Wójt drżącymi dłońmi wysupłał sakiewkę. Białowłosy rozejrzał
się, na moment zatrzymał wzrok na pryszczatym, na leżącym koło
jego stopy nożu. Popatrzył na mężczyznę w brunatnej tunice,
na dziewczyny w rysich skórach.

– Jak zwykle – powiedział, wyjmując trzos z rozdygotanych
rąk wójta. – Nadstawiam dla was karku za marny pieniądz, a wy
tymczasem dobieracie się do moich rzeczy. Nigdy się, zaraza z wami,
nie zmienicie.

– Nie ruszone – zamamrotał rzeźnik, cofając się. Tamci
z pałkami już dawno wtopili się w tłum. – Nie ruszone wasze
rzeczy, panie.

– Wielcem rad – białowłosy uśmiechnął się. Na widok tego
uśmiechu, kwitnącego na bladej twarzy jak pękająca rana, tłumek
zaczął się szybko rozpraszać. – I dlatego, bratku, ty też
nie będziesz ruszony. Odejdź w pokoju. Ale odejdź prędko.

Pryszczaty, tyłem, też chciał się wycofać. Pryszcze na jego pobielałej
nagle twarzy uwydatniły się brzydko.

– Ej, poczekaj – rzekł do niego człowiek w brunatnej tunice.
– Zapomniałeś o czymś.

– O czym… panie?

– Wyjąłeś na mnie nóż.

Wyższa z dziewcząt zakolebała się nagle na szeroko rozstawionych
nogach, zakręciła w biodrach. Szabla, wydobyta nie wiadomo kiedy,
świsnęła ostro w powietrzu. Głowa pryszczatego wyleciała w górę,
łukiem, wpadła do ziejącego lochu. Ciało runęło sztywno i ciężko,
jak zrąbany pień, pomiędzy pokruszone cegły. Tłum wrzasnął jednym
głosem. Druga z dziewczyn, z dłonią na rękojeści, zwinnie obróciła
się, zabezpieczając tył. Niepotrzebnie. Tłum, potykając się i przewracając
na rozwalinach, co sił w nogach zmykał ku miastu. Na czele, w imponujących
podskokach, sadził wójt, zaledwie o kilka sążni wyprzedzając ogromnego
rzeźnika.

– Piękne uderzenie – skomentował zimno białowłosy, dłonią
w czarnej rękawicy osłaniając oczy od słońca. – Piękne uderzenie
zerrikańskiej szabli. Czoło chylę przed wprawą i urodą wolnych wojowniczek.
Jestem Geralt z Rivii.

– A ja – nieznajomy w brunatnej tunice wskazał na wyblakły
herb na przodzie ubioru przedstawiający trzy czarne ptaki siedzące
w równym rzędzie pośrodku jednolicie złotego pola – jestem
Borch, zwany Trzy Kawki. A to moje dziewczęta, Tea i Vea. Tak je
nazywam, bo na ich prawdziwych imionach można sobie język odgryźć.
Obie, jak słusznie się domyśliłeś, są Zerrikankami.

– Dzięki nim, zdaje mi się, mam jeszcze konia i dobytek. Dziękuję
wam, wojowniczki. Dziękuję i wam, panie Borch.

– Trzy Kawki. I daruj sobie tego pana. Czy coś cię zatrzymuje
w tej mieścinie, Geralcie z Rivii?

– Wręcz przeciwnie.

– Doskonale. Mam propozycję: niedaleko stąd, na rozstajach, przy
drodze do portu rzecznego jest oberża. Nazywa się „Pod Zadumanym
Smokiem”. Tamtejsza kuchnia nie ma sobie równych w całej okolicy.
Wybieram się tam właśnie z myślą o posiłku i noclegu. Byłoby
mi miło, gdybyś zechciał dotrzymać mi towarzystwa.

– Borch – białowłosy odwrócił się od konia, spojrzał nieznajomemu
w oczy – nie chciałbym, żeby jakieś niejasności
wkradły się pomiędzy nas. Jestem wiedźminem.

– Domyśliłem się. A powiedziałeś to takim tonem, jakbyś
mówił: „Jestem trędowaty”.

– Są tacy – rzekł Geralt wolno – którzy przedkładają
kompanię trędowatych nad towarzystwo wiedźmina.

– Są i tacy – zaśmiał się Trzy Kawki – którzy przedkładają
owce nad dziewczęta. Cóż, tylko im współczuć, jednym i drugim.
Ponawiam propozycję.

Geralt zdjął rękawicę, uścisnął wyciągniętą ku sobie dłoń.

– Przyjmuję, ciesząc się z zawartej znajomości.

– W drogę zatem, bom zgłodniał.

II

Oberżysta przetarł ścierką chropowate deski stołu, ukłonił
się i uśmiechnął. Nie miał dwóch przednich zębów.

– Taak… – Trzy Kawki popatrzył przez chwilę na okopcony
sufit i baraszkujące pod nim pająki. – Najpierw… Najpierw piwo.
Żeby dwa razy nie chodzić, cały antałek. A do piwa… Co możesz
zaproponować do piwa, kochasiu?

– Ser? – zaryzykował oberżysta.

– Nie – skrzywił się Borch. – Ser będzie na deser. Do
piwa chcemy czegoś kwaśnego i ostrego.

– Służę – oberżysta uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dwa przednie zęby nie były jedynymi, których nie miał. – Węgorzyki
z czosnkiem w oliwie i w occie albo marynowane strączki zielonej papryki…

– W porządku. I to, i to. A potem zupa, taka, jaką kiedyś
tu jadłem, pływały w niej różne muszle, rybki i inne smakowite
śmieci.

– Zupa flisacka?

– Właśnie. A potem pieczeń z jagnięcia z cebulą. A potem
kopę raków. Kopru wrzuć do garnka, ile wlezie. A potem owczy ser i
sałata. A potem się zobaczy.

– Służę. Dla wszystkich, cztery razy, znaczy?

Wyższa Zerrikanka przecząco pokręciła głową, poklepała się znacząco
w okolice talii, opiętej obcisłą, lnianą koszulą.

– Zapomniałem. – Trzy Kawki mrugnął do Geralta. – Dziewczęta
dbają o linię. Panie gospodarzu, baranina tylko dla nas dwóch. Piwo
dawaj zaraz, razem z tymi węgorzykami. Z resztą chwilę zaczekaj, żeby
nie stygło. Nie przyszliśmy tu żreć, ale obyczajnie spędzać
czas na rozmowach.

– Pojmuję – oberżysta skłonił się jeszcze raz.

– Roztropność to ważna rzecz w twoim fachu. Daj no rękę,
kochasiu.

Brzęknęły złote monety. Karczmarz rozdziawił gębę do granic możliwości.

– To nie jest zadatek – zakomunikował Trzy Kawki. – To
jest ekstra. A teraz pędź do kuchni, dobry człowieku.

W alkierzu było ciepło. Geralt rozpiął pas, ściągnął kaftan i
zawinął rękawy koszuli.

– Widzę – powiedział – że nie prześladuje cię
brak gotówki. Żyjesz z przywilejów stanu rycerskiego?

– Częściowo – uśmiechnął się Trzy Kawki, nie wchodząc
w szczegóły.

Szybko uporali się z węgorzykami i ćwiartką antałka. Obie Zerrikanki
też nie żałowały sobie piwa, obie wnet poweselały wyraźnie.
Szeptały coś do siebie. Vea, ta wyższa, wybuchnęła nagle
gardłowym śmiechem.

– Dziewczęta mówią wspólnym? – spytał cicho Geralt, zezując
na nie kątem oka.

– Słabo. I nie są gadatliwe. Co się chwali. Jak znajdujesz tę
zupę, Geralt?

– Mhm.

– Napijmy się.

– Mhm.

– Geralt – Trzy Kawki odłożył łyżkę i czknął dystyngowanie
– wróćmy na chwilę do naszej rozmowy z drogi. Zrozumiałem, że
ty, wiedźmin, wędrujesz z końca świata na drugi jego koniec,
a po drodze, jak się trafi jakiś potwór, zabijasz go. I z tego
masz grosz. Na tym polega wiedźmiński fach?

– Mniej więcej.

– A zdarza się, że specjalnie cię gdzieś
wzywają? Na, powiedzmy, specjalne zamówienie. Wtedy co, jedziesz
i wykonujesz?

– To zależy, kto wzywa i po co.

– I za ile?

– Też – wiedźmin wzruszył ramionami.
– Wszystko drożeje, a żyć trzeba, jak mawiała jedna moja
znajoma czarodziejka.

– Dość wybiórcze podejście, bardzo praktyczne,
powiedziałbym. A przecież u podstaw leży jakaś idea, Geralt.
Konflikt sił Ładu z siłami Chaosu, jak mawiał pewien mój znajomy czarodziej.
Wyobrażałem sobie, że wypełniasz misję, bronisz ludzi przed
Złem, zawsze i wszędzie. Bez różnicowania. Stoisz po wyraźnie
określonej stronie palisady.

– Siły Ładu, siły Chaosu. Strasznie szumne słowa,
Borch. Koniecznie chcesz mnie ustawić po którejś stronie palisady
w konflikcie, który, jak się powszechnie uważa, jest wieczny,
zaczął się grubo przed nami i będzie trwał, gdy nas już dawno
nie będzie. Po czyjej stronie stoi kowal, który podkuwa konie? Nasz
oberżysta, który właśnie pędzi tu z saganem baraniny? Co,
według ciebie, określa granicę między Chaosem a Ładem?

– Rzecz bardzo prosta – Trzy Kawki spojrzał mu
prosto w oczy. – To, co reprezentuje Chaos, jest zagrożeniem,
jest stroną agresywną. Ład zaś, to strona zagrożona, potrzebująca
obrony. Potrzebująca obrońcy. A, napijmy się. I bierzmy się za jagniątko.

– Słusznie.

Dbające o linię Zerrikanki miały przerwę w jedzeniu, którą
wypełniły piciem w przyspieszonym tempie. Vea, schylona nad ramieniem
towarzyszki, coś znowu szeptała, muskając warkoczem blat stołu.
Tea, ta niższa, zaśmiała się głośno, wesoło mrużąc
wytatuowane powieki.

– Tak – rzekł Borch ogryzając kość. –
Kontynuujmy rozmowę, jeśli pozwolisz. Zrozumiałem, że nie
przepadasz za ustawianiem cię po stronie żadnej z Sił. Wykonujesz
swój zawód.

– Wykonuję.

– Ale przed konfliktem Chaosu i Ładu nie uciekniesz.
Choć użyłeś tego porównania, nie jesteś kowalem. Widziałem,
jak pracujesz. Wchodzisz do piwnicy w ruinach i wynosisz stamtąd usieczonego
bazyliszka. Jest, kochasiu, różnica pomiędzy podkuwaniem koni
a zabijaniem bazyliszków. Powiedziałeś, że jeśli zapłata
jest godziwa, popędzisz na koniec świata i ukatrupisz stwora,
którego ci wskażą. Dajmy na to, srogi smok pustoszy…

– Zły przykład – przerwał Geralt. – Widzisz,
od razu kiełbasi ci się wszystko. Bo smoków, które bez wątpienia reprezentują
Chaos, nie zabijam.

– Jakże to? – Trzy Kawki oblizał palce. –
A to dopiero! Przecież wśród wszystkich potworów smok jest
chyba najwredniejszy, najokrutniejszy i najbardziej zajadły. Najbardziej
wstrętny gad. Napada na ludzi, ogniem zieje i porywa te, no, dziewice.
Mało to opowieści się słyszało? Nie może to być, żebyś
ty, wiedźmin, nie miał paru smoków na rozkładzie.

– Nie poluję na smoki – rzekł Geralt sucho. –
Na widłogony, owszem. Na oszluzgi. Na latawce. Ale nie na smoki właściwe,
zielone, czarne i czerwone. Przyjmij to do wiadomości, po prostu.

– Zaskoczyłeś mnie – powiedział Trzy Kawki.
– No, dobra, przyjąłem do wiadomości. Dość zresztą na
razie o smokach, widzę na horyzoncie coś czerwonego, niechybnie
są to nasze raki. Napijmy się!

Z chrzęstem łamali zębami czerwone skorupki, wysysali
białe mięso. Słona woda, szczypiąc dotkliwie, ściekała im aż
na przeguby rąk. Borch nalewał piwo, skrobiąc już czerpakiem po
dnie antałka. Zerrikanki poweselały jeszcze bardziej, obie rozglądały
się po karczmie, uśmiechając złowieszczo, wiedźmin był pewien,
że szukają okazji do awantury. Trzy Kawki też musiał to zauważyć,
bo nagle pogroził im trzymanym za ogon rakiem. Dziewczyny zachichotały,
a Tea, złożywszy usta jak do pocałunku, puściła oczko –
przy jej wytatuowanej twarzy sprawiło to makabryczne wrażenie.

– Dzikie są jak żbiki – mruknął Trzy Kawki
do Geralta. – Trzeba na nie uważać. U nich, kochasiu, szast-prast
i nie wiadomo kiedy dookoła na podłodze pełno flaków. Ale warte są
każdych pieniędzy. Żebyś ty wiedział, co one potrafią…

– Wiem – Geralt kiwnął głową. – Trudno o
lepszą eskortę. Zerrikanki to urodzone wojowniczki, od dziecka szkolone
do walki.

– Nie o to mi idzie – Borch wypluł na stół raczą
łapę. – Miałem na myśli to, jakie są w łóżku.

Geralt niespokojnie rzucił okiem na dziewczyny. Obie się
uśmiechały. Vea błyskawicznym, prawie niezauważalnym ruchem
sięgnęła do półmiska. Patrząc na wiedźmina zmrużonymi oczami,
z trzaskiem rozgryzła skorupkę. Jej usta lśniły od słonej wody.
Trzy Kawki beknął donośnie.

– A zatem, Geralt – rzekł – nie polujesz
na smoki, zielone i na inne kolorowe. Przyjąłem do wiadomości.
A dlaczego, jeśli wolno spytać, tylko na te trzy kolory?

– Cztery, jeśli chodzi o ścisłość.

– Mówiłeś o trzech.

– Ciekawią cię smoki, Borch. Jakiś specjalny
powód?

– Nie. Wyłącznie ciekawość.

– Aha. A z tymi kolorami, to tak się przyjęło określać
smoki właściwe. Chociaż nie jest to określenie precyzyjne.
Smoki zielone, te najpopularniejsze, są raczej szarawe, jak zwykłe
oszluzgi. Czerwone faktycznie są czerwonawe lub ceglaste. Wielkie
smoki o kolorze ciemnobrunatnym przyjęło się nazywać czarnymi. Najrzadsze
są smoki białe, nigdy takiego nie widziałem. Trzymają się na dalekiej
Północy. Jakoby.

– Ciekawe. A wiesz, o jakich smokach ja jeszcze słyszałem?

– Wiem – Geralt łyknął piwa. – O tych samych, o których
i ja słyszałem. O złotych. Nie ma takich.

– Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Bo nigdy nie widziałeś?
Białego podobno też nigdy nie widziałeś.

– Nie w tym rzecz. Za morzami, w Ofirze i Zangwebarze, są białe
konie w czarne paski. Też ich nigdy nie widziałem, ale wiem, że
istnieją. A złoty smok to stworzenie mityczne. Legendarne. Jak feniks,
dajmy na to. Feniksów i złotych smoków nie ma.

Vea, wsparta na łokciach, patrzyła na niego ciekawie.

– Pewnie wiesz, co mówisz, jesteś wiedźminem –
Borch naczerpał piwa z antałka. – A jednak myślę, że
każdy mit, każda legenda musi mieć jakieś korzenie. U
tych korzeni coś leży.

– Leży – potwierdził Geralt. – Najczęściej marzenie,
pragnienie, tęsknota. Wiara, że nie ma granic możliwości.
A czasami przypadek.

– Właśnie, przypadek. Może kiedyś był złoty smok,
jednorazowa, niepowtarzalna mutacja?

– Jeśli tak było, to spotkał go los wszystkich mutantów –
wiedźmin odwrócił głowę. – Zbyt się różnił, żeby przetrwać.

– Ha – rzekł Trzy Kawki. – Zaprzeczasz teraz prawom natury,
Geralt. Mój znajomy czarodziej zwykł był mawiać, że w naturze
każda istota ma swoją kontynuację i przetrwa, takim czy innym
sposobem. Koniec jednego to początek drugiego, nie ma granic możliwości,
przynajmniej natura nie zna takich.

– Wielkim optymistą był twój znajomy czarodziej. Jednego tylko
nie wziął pod uwagę: błędu popełnionego przez naturę. Lub przez tych,
którzy z nią igrali. Złoty smok i inne podobne mu mutanty, o ile
istniały, przetrwać nie mogły. Na przeszkodzie stanęła bowiem bardzo
naturalna granica możliwości.

– Jakaż to granica?

– Mutanty… – mięśnie na szczękach Geralta drgnęły silnie.
– Mutanty są sterylne, Borch. Tylko w legendach może przetrwać
to, co w naturze przetrwać nie może. Tylko legenda i mit nie znają
granic możliwości.

Trzy Kawki milczał. Geralt spojrzał na dziewczęta, na ich nagle spoważniałe
twarze. Vea niespodziewanie pochyliła się w jego stronę, objęła za
szyję twardym, umięśnionym ramieniem. Poczuł na policzku jej usta,
mokre od piwa.

– Lubią cię – powiedział wolno Trzy Kawki. – Niech mnie
poskręca, one cię lubią.

– Co w tym dziwnego? – wiedźmin uśmiechnął się smutno.

– Nic. Ale to trzeba oblać. Gospodarzu! Drugi antałek!

– Nie szalej. Najwyżej dzban.

– Dwa dzbany! – ryknął Trzy Kawki. – Tea, muszę na chwilę
wyjść.

Zerrikanka wstała, podniosła szablę z ławy, powiodła po sali tęsknym
spojrzeniem. Chociaż poprzednio kilka par oczu, jak zauważył
wiedźmin, rozbłyskiwało nieładnie na widok pękatej sakiewki, nikt
jakoś nie kwapił się wyjść za Borchem, zataczającym się lekko
w stronę wyjścia na podwórze. Tea wzruszyła ramionami, udając
się za pracodawcą.

– Jak masz naprawdę na imię? – spytał Geralt tę, która pozostała
przy stole. Vea błysnęła białymi zębami. Koszulę miała mocno rozsznurowaną,
prawie do granic możliwości. Wiedźmin nie wątpił, że
to kolejna zaczepka wobec sali.

– Alveaenerle.

– Ładnie – wiedźmin był pewien, że Zerrikanka zrobi
buzię w ciup i mrugnie do niego. Nie pomylił się.

– Vea?

– Hm?

– Dlaczego jeździcie z Borchem? Wy, wolne wojowniczki? Możesz
odpowiedzieć?

– Hm.

– Hm, co?

– On jest… – Zerrikanka, marszcząc czoło, szukała słów.
– On jest… Naj… piękniejszy.

Wiedźmin pokiwał głową. Kryteria, na podstawie których kobiety
oceniały atrakcyjność mężczyzn, nie po raz pierwszy stanowiły
dla niego zagadkę.

Trzy Kawki wwalił się do alkierza, dopinając spodnie, głośno wydawał
polecenia oberżyście. Trzymająca się dwa kroki za nim Tea,
udając znudzoną, rozglądała się po karczmie, a kupcy i flisacy starannie
unikali jej wzroku. Vea wysysała kolejnego raka, co i rusz rzucając
wiedźminowi wymowne spojrzenia.

– Zamówiłem jeszcze po węgorzu, pieczonym tym razem – Trzy
Kawki siadł ciężko, brzękając nie dopiętym pasem. – Namęczyłem
się przy tych rakach i zgłodniałem jakby. I załatwiłem ci tu nocleg,
Geralt. Nie ma sensu, żebyś włóczył się po nocy. Jeszcze się
zabawimy. Wasze zdrowie, dziewczyny!

– Vessekheal – powiedziała Vea, salutując mu kubkiem. Tea
mrugnęła i przeciągnęła się, przy czym atrakcyjny biust, wbrew oczekiwaniom
Geralta, nie rozsadził przodu jej koszuli.

– Zabawimy się – Trzy Kawki przechylił się przez stół i klepnął
Teę w tyłek. – Zabawimy się, wiedźminie. Hej, gospodarzu!
Sam tu!

Oberżysta podbiegł żywo, wycierając ręce w fartuch.

– Balia znajdzie się u ciebie? Taka do prania, solidna i duża?

– Jak duża, panie?

– Na cztery osoby.

– Na… cztery… – karczmarz otworzył usta.

– Na cztery – potwierdził Trzy Kawki, dobywając z kieszeni
wypchany trzos.

– Znajdzie się – oberżysta oblizał wargi.

– Świetnie – zaśmiał się Borch. – Każ ją
zanieść na górę, do mojej izby i napełnić gorącą wodą. Duchem,
kochasiu. I piwa też każ tam zanieść, ze trzy dzbanki.

Zerrikanki zachichotały i równocześnie mrugnęły.

– Którą wolisz? – spytał Trzy Kawki. – Hę? Geralt?

Wiedźmin podrapał się w potylicę.

– Wiem, że trudno wybrać – powiedzial Trzy Kawki ze zrozumieniem.
– Sam czasami mam kłopoty. Dobra, zastanowimy się w balii. Hej,
dziewczęta! Pomóżcie mi wejść na schody!

III

Na moście była zapora. Drogę zagradzała długa, solidna belka,
osadzona na drewnianych kozłach. Przed nią i za nią stali halabardnicy
w skórzanych, nabijanych guzami kurtach i kolczych kapturach. Nad
zaporą ospale powiewała purpurowa chorągiew ze znakiem srebrnego gryfa.

– Co za czort? – zdziwił się Trzy Kawki, stępa podjeżdżając
bliżej. – Nie ma przejazdu?

– Glejt jest? – spytał najbliższy halabardnik, nie wyjmując
z ust patyka, który żuł, nie wiadomo, z głodu czy dla zabicia
czasu.

– Jaki glejt? Co to, mór? A może wojna? Z czyjego rozkazu
drogę blokujecie?

– Króla Niedamira, pana na Caingorn – strażnik przesunął
patyk w przeciwległy kącik ust i wskazał na chorągiew. – Bez
glejtu w góry nie lza.

– Idiotyzm jakiś – rzekł Geralt zmęczonym głosem. – To
przecież nie Caingorn, ale Hołopolska Dziedzina. To Hołopole,
nie Caingorn, ściąga myto z mostów na Braa. Co ma do tego Niedamir?

– Nie mnie pytajcie – strażnik wypluł patyk. – Nie
moja rzecz. Mnie aby glejty sprawdzać. Chcecie, gadajcie z naszym
dziesiętnikiem.

– A gdzie on?

– Tam, za mytnika sadybą, na słonku się grzeje – rzekł
halabardnik, patrząc nie na Geralta, ale na gołe uda Zerrikanek,
leniwie przeciągających się na kulbakach.

Za domkiem mytnika, na kupie wyschniętych bierwion, siedział strażnik,
tylcem halabardy rysując na piasku niewiastę, a raczej jej fragment,
widziany z nietuzinkowej perspektywy. Obok niego, trącając delikatnie
struny lutni, półleżał szczupły mężczyzna w nasuniętym na
oczy fantazyjnym kapelusiku w kolorze śliwki ozdobionym
srebrną klamrą i długim, nerwowym czaplim piórem.

Geralt znał ten kapelusik i to pióro, słynne od Buiny po Jarugę, znane
po dworach, kasztelach, zajazdach, oberżach i zamtuzach. Zwłaszcza
zamtuzach.

– Jaskier!

– Wiedźmin Geralt! – spod odsuniętego kapelusika spojrzały
wesołe, modre oczy. – A to dopiero! I ty tutaj? Glejtu przypadkiem
nie masz?

– Co wy wszyscy z tym glejtem? – wiedźmin zeskoczył z
siodła. – Co się tu dzieje, Jaskier? Chcieliśmy się przedostać
na drugi brzeg Braa, ja i ten rycerz, Borch Trzy Kawki, i nasza eskorta.
I nie możemy, jak się okazuje.

– Ja też nie mogę – Jaskier wstał, zdjął kapelusik, ukłonił
się Zerrikankom z przesadną dwornością. – Mnie też nie
chcą przepuścić na drugi brzeg. Mnie, Jaskra, najsłynniejszego
minstrela i poetę w promieniu tysiąca mil, nie przepuszcza ten tu
dziesiętnik, chociaż też artysta, jak widzicie.

– Nikogo bez glejtu nie przepuszczę – rzekł dziesiętnik ponuro,
po czym uzupełnił swój rysunek o finalny detal, dziobiąc końcem drzewca
w piasek.

– No i obejdzie się – powiedział wiedźmin. – Pojedziemy
lewym brzegiem. Do Hengfors tędy droga dłuższa, ale jak mus, to
mus.

– Do Hengfors? – zdziwił się bard. – To ty, Geralt, nie
za Niedamirem jedziesz? Nie za smokiem?

– Za jakim smokiem? – zainteresował się Trzy Kawki.

– Nie wiecie? Naprawdę nie wiecie? No, to muszę wam o wszystkim
opowiedzieć, panowie. Ja i tak tu czekam, może będzie jechał ktoś
z glejtem, kto mnie zna i pozwoli się przyłączyć. Siadajcie.

– Zaraz – rzekł Trzy Kawki. – Słońce prawie na trzy ćwierci
do zenitu, a mnie suszy jak cholera. Nie będziemy gadać o suchym pysku.
Tea, Vea, zawróćcie rysią do miasteczka i kupcie antałek.

– Podobacie mi się, panie…

– Borch, zwany Trzy Kawki.

– Jaskier, zwany Niezrównanym. Przez niektóre dziewczęta.

– Opowiadaj, Jaskier – zniecierpliwił się wiedźmin. – Nie
będziemy tu sterczeć do wieczora.

Bard objął palcami gryf lutni, ostro uderzył po strunach.

– Jak wolicie, mową wiązaną czy normalnie?

– Normalnie.

– Proszę bardzo – Jaskier nie odłożył lutni. – Posłuchajcie
zatem, szlachetni panowie, co wydarzyło się tydzień temu nie opodal
miasta wolnego, zwanego Hołopolem. Otóż, świtem bladym, ledwie
co słonko wschodzące zaróżowiło wiszące nad łąkami całuny mgieł…

– Miało być normalnie – przypomniał Geralt.

– A nie jest? No, dobrze, dobrze. Rozumiem. Krótko, bez metafor.
Na pastwiska pod Hołopolem przyleciał smok.

– Eeee – rzekł wiedźmin. – Coś mi się to nie
widzi prawdopodobnym. Od lat nikt nie widział smoka w tych okolicach.
Nie był to aby zwykły oszluzg? Zdarzają się oszluzgi prawie tak duże…

– Nie obrażaj mnie, wiedźminie. Wiem, co mówię. Widziałem
go. Trzeba trafu, że akuratnie byłem w Hołopolu na jarmarku i
widziałem wszystko na własne oczy. Ballada jest już gotowa, ale
nie chcieliście…

– Opowiadaj. Duży był?

– Ze trzy końskie długości. W kłębie nie wyższy niż
koń, ale dużo grubszy. Szary jak piach.

– Znaczy się, zielony.

– Tak. Przyleciał niespodziewanie, wpadł prosto w stado owiec,
rozgonił pasterzy, utłukł z tuzin zwierząt, cztery zeżarł i odleciał.

– Odleciał… – Geralt pokiwał głową. – I koniec?

– Nie. Bo następnego ranka przyleciał znowu, tym razem bliżej
miasteczka. Spikował na gromadę bab piorących bieliznę na brzegu Braa.
Ale wiały, człowieku! W życiu się tak nie uśmiałem. Smok zaś
zatoczył ze dwa koła nad Hołopolem i poleciał na pastwiska, tam znowu
wziął się za owce. Wtedy dopiero zaczął się rozgardiasz i zamęt, bo
poprzednio mało kto wierzył pastuchom. Burmistrz zmobilizował milicję
miejską i cechy, ale zanim się sformowali, plebs wziął sprawę w swoje
ręce i załatwił ją.

– Jak?

– Ciekawym, ludowym sposobem. Lokalny mistrz szewski, niejaki
Kozojed, wymyślił sposób na gadzinę. Zabili owcę, napchali ją
gęsto ciemierem, wilczymi jagodami, blekotem, siarką i szewską smołą.
Dla pewności, miejscowy aptekarz wlał do środka dwie kwarty
swojej mikstury na czyraki, a kapłan ze świątyni Kreve odprawił
modły nad ścierwem. Potem ustawili spreparowaną owieczkę pośrodku
stada, podparłszy kołkiem. Nikt po prawdzie nie wierzył, że smoczysko
da się skusić tym śmierdzącym na milę gównem, ale rzeczywistość
przeszła nasze oczekiwania. Lekceważąc żywe i beczące owieczki,
gad połknął przynętę razem z kołkiem.

– I co? Gadajże, Jaskier.

– A co ja robię innego? Przecie gadam. Słuchajcie, co było dalej.
Nie minął czas, jaki wprawnemu mężczyźnie zajmuje rozsznurowanie
damskiego gorsetu, gdy smok nagle zaczął ryczeć i puszczać dym, przodem
i tyłem. Fikał kozły, próbował wzlatywać, potem oklapł i znieruchomiał.
Dwójka ochotników wyruszyła, aby sprawdzić, czy struty gad dycha jeszcze.
Byli nimi miejscowy grabarz i miejscowy półgłówek, spłodzony przez
upośledzoną córkę drwala, i pododdział najemnych pikinierów, który
przeciągnął przez Hołopole jeszcze za czasów rokoszu wojewody Nurzyboba.

– Ależ ty łżesz, Jaskier.

– Nie łżę, tylko ubarwiam, a to jest różnica.

– Niewielka. Opowiadaj, szkoda czasu.

– A więc, jak mówiłem, grabarz i mężny idiota wyruszyli w
charakterze szperaczy. Usypaliśmy im potem mały, ale cieszący
oko kurhanik.

– Aha – powiedział Borch. – Znaczy się, smok jeszcze
żył.

– A jak – rzekł wesoło Jaskier. – Żył. Ale był tak
słaby, że nie zeżarł ani grabarza, ani matołka, tyle że
zlizał krew. A potem, ku ogólnemu zmartwieniu, odleciał, wystartowawszy
w niemałym trudzie. Co półtorasta łokci spadał z łoskotem, zrywał
się znowu. Chwilami szedł, powłócząc tylnymi nogami. Co śmielsi
poszli za nim, utrzymując kontakt wzrokowy. I wiecie, co?

– Mów, Jaskier.

– Smok zapadł w wąwozy w Pustulskich Górach, w okolicach
źródeł Braa i skrył się w tamtejszych jaskiniach.

– Teraz wszystko jest jasne – powiedział Geralt. – Smok
prawdopodobnie był w tych jaskiniach od stuleci, pogrążony w letargu.
Słyszałem o takich wypadkach. I tam też musi być jego skarbiec.
Teraz wiem, czemu blokują most. Ktoś chce na tym skarbcu położyć
łapę. A ten ktoś to Niedamir z Caingorn.

– Dokładnie – potwierdził trubadur. – Całe Hołopole aż
gotuje się zresztą z tego powodu, bo uważa się tam, że smok
i skarbiec należą do nich. Ale wahają się zadrzeć z Niedamirem.
Niedamir to szczeniak, który jeszcze się nie zaczął golić, ale już
zdążył udowodnić, że nie opłaca się z nim zadzierać. A na
tym smoku zależy mu, jak diabli, dlatego tak prędko zareagował.

– Zależy mu na skarbcu, chciałeś powiedzieć.

– Właśnie że bardziej na smoku niż na
skarbcu. Bo, widzicie, Niedamir ostrzy sobie zęby na sąsiednie księstwo
Malleore. Tam, po nagłym a dziwnym zgonie księcia została księżniczka
w wieku, że się tak wyrażę, łożnicowym. Wielmoże z
Malleore niechętnie patrzą na Niedamira i innych konkurentów, bo wiedzą,
że nowy władca ostro ściągnie im wędzidło, nie to, co smarkata
księżniczka. Odgrzebali więc gdzieś starą i zakurzoną przepowiednię
mówiącą, że mitra i ręka dziewuszki należą się temu, kto pokona
smoka. Ponieważ smoka nikt nie widział tutaj od wieków, myśleli,
że mają spokój. Niedamir oczywiście obśmiał się z legendy,
wziąłby Malleore zbrojną ręką i tyle, ale gdy gruchnęła wieść
o hołopolskim smoku, zorientował się, że może pobić malleorską
szlachtę ich własną bronią. Gdyby zjawił się tam, niosąc smoczy łeb,
lud powitałby go jak monarchę zesłanego przez bogów, a wielmoże
nie śmieliby nawet pisnąć. Dziwicie się więc, że pognał za
smokiem jak kot z pęcherzem? Zwłaszcza za takim, co ledwo nogami powłóczy?
To dla niego czysta gratka, uśmiech losu, psiakrew.

– A drogi zagrodził przed konkurencją.

– No chyba. I przed Hołopolanami. Z tym, że po całej okolicy
rozesłał konnych z glejtami. Dla tych, którzy mają tego smoka zabić,
bo Niedamir nie pali się, żeby osobiście wejść do jaskini
z mieczem. Ściągnięto migiem co sławniejszych smokobójców. Większość
chyba znasz, Geralt.

– Możliwe. Kto przyjechał?

– Eyck z Denesle, to raz.

– Niech to… – wiedźmin zagwizdał cichutko. – Bogobojny
i cnotliwy Eyck, rycerz bez skazy i zmazy, we własnej osobie.

– Znasz go, Geralt? – spytał Borch. – Rzeczywiście
taki pies na smoki?

– Nie tylko na smoki. Eyck radzi sobie z każdym potworem.
Zabijał nawet mantikory i gryfy. Kilka smoków też załatwił, słyszałem
o tym. Jest dobry. Ale psuje mi interesy, łobuz, bo nie bierze
pieniędzy. Kto jeszcze, Jaskier?

– Rębacze z Crinfrid.

– No, to już po smoku. Nawet, jeśli ozdrowiał. Ta trójka
to zgrana banda, walczą niezbyt czysto, ale skutecznie. Wybili wszystkie
oszluzgi i widłogony w Redanii, a przy okazji padły trzy smoki czerwone
i jeden czarny, a to już jest coś. To wszyscy?

– Nie. Dołączyła jeszcze szóstka krasnoludów. Pięciu brodaczy,
którymi komenderuje Yarpen Zigrin.

– Nie znam go.

– Ale o smoku Ocviście z Kwarcowej Góry słyszałeś?

– Słyszałem. I widziałem kamienie, pochodzące z jego skarbca.
Były tam szafiry o niespotykanej barwie i diamenty wielkie jak czereśnie.

– No, to wiedz, że właśnie Yarpen Zigrin i jego krasnoludy
załatwiły Ocvista. Była o tym ułożona ballada, ale nędzna, bo
nie moja. Jeśli nie słyszałeś, nie straciłeś.

– To wszyscy?

– Tak. Nie licząc ciebie. Twierdziłeś, że nie wiesz
o smoku, kto wie, może to i prawda. Ale teraz już
wiesz. I co?

– I nic. Nie interesuje mnie ten smok.

– Ha! Chytrze, Geralt. Bo i tak nie masz glejtu.

– Nie interesuje mnie ten smok, powtarzam. A co z tobą, Jaskier?
Co ciebie tak ciągnie w tamtą stronę?

– Normalnie – trubadur wzruszył ramionami. – Trzeba być
blisko wydarzeń i atrakcji. O walce z tym smokiem będzie głośno.
Pewnie, mógłbym ułożyć balladę na podstawie opowieści, ale
inaczej będzie brzmiała śpiewana przez kogoś, kto widział
bój na własne oczy.

– Bój? – zaśmiał się Trzy Kawki. – Chyba
coś w rodzaju świniobicia albo ćwiartowania ścierwa. Słucham
i z podziwu wyjść nie mogę. Sławni wojownicy, którzy pędzą tu,
co koń wyskoczy, żeby dorżnąć półzdechłego smoka otrutego
przez jakiegoś chama. Śmiać się chce i rzygać.

– Mylisz się – rzekł Geralt. – Jeżeli
smok nie padł od trucizny na miejscu, to jego organizm zapewne już
ją zwalczył i bestia jest w pełni sił. Nie ma to zresztą wielkiego
znaczenia. Rębacze z Crinfrid i tak go zabiją, ale bez boju, jeśli
chcesz wiedzieć, nie obędzie się.

– Stawiasz więc na Rębaczy, Geralt?

– Jasne.

– Akurat – odezwał się milczący do tej chwili
strażnik artysta. – Smoczysko to stwór magiczny i nie ubić
go inaczej, jak czarami. Jeżeli ktoś da mu rady, to ta czarownica,
która przejechała tędy wczoraj.

– Kto? – Geralt przechylił głowę.

– Czarodziejka – powtórzył strażnik. –
Przecie mówię.

– Imię podała?

– Podała, alem zapomniał. Miała glejt. Młoda była,
urodziwa, na swój sposób, ale te oczy… Wiecie sami, panie. Zimno
się człekowi robi, gdy taka spojrzy.

– Wiesz coś o tym, Jaskier? Kto to może być?

– Nie – skrzywił się bard. – Młoda, urodziwa
i te oczy. Też mi wskazówka. Wszystkie takie są. Żadna, którą
znam, a znam wiele, nie wygląda na więcej niż dwadzieścia
pięć, trzydzieści, a niektóre, słyszałem, pamiętają czasy, gdy
bór szumiał tam, gdzie dzisiaj stoi Novigrad. W końcu, od czego są
eliksiry z mandragory? A oczy sobie również mandragorą zakraplają,
żeby błyszczały. Jak to baby.

– Ruda nie była? – spytał wiedźmin.

– Nie, panie – rzekł dziesiętnik. – Czarniutka.

– A koń, jakiej maści? Kasztan z białą gwiazdką?

– Nie. Kary, jak ona. Ano, panowie, mówię wam, ona
smoka ubije. Smok to robota dla czarodzieja. Ludzka moc przeciw niemu
nie podoła.

– Ciekawe, co by na to powiedział szewc Kozojed – zaśmiał
się Jaskier. – Gdyby miał pod ręką coś mocniejszego niż
ciemier i wilcza jagoda, smocza skóra suszyłaby się dziś na hołopolskim
ostrokole, ballada byłaby gotowa, a ja nie płowiałbym tu na słońcu…

– Jak to się stało, że Niedamir nie wziął cię ze sobą? –
spytał Geralt, koso spoglądając na poetę. – Przecież byłeś
w Hołopolu, gdy wyruszał. Czyżby król nie lubił artystów? Co sprawiło,
że tu płowiejesz, zamiast przygrywać u królewskiego strzemienia?

– Sprawiła to pewna młoda wdowa – rzekł ponuro Jaskier. –
Cholera by to wzięła. Zabradziażyłem, a na drugi dzień Niedamir
i reszta byli już za rzeką. Wzięli ze sobą nawet tego Kozojeda
i zwiadowców z hołopolskiej milicji, tylko o mnie zapomnieli. Tłumaczę
to dziesiętnikowi, a on swoje…

– Jest glejt, puszczam – rzekł beznamiętnie halabardnik,
odlewając się na ścianę domku mytnika. – Nie ma glejtu, nie
puszczam. Rozkaz taki…

– O – przerwał mu Trzy Kawki. – Dziewczęta wracają z
piwem.

– I nie same – dodał Jaskier, wstając. – Patrzcie, jaki
koń. Jak smok.

Od strony brzozowego lasku nadjeżdżały cwałem Zerrikanki,
flankując jeźdźca siedzącego na wielkim, bojowym, niespokojnym
ogierze.

Wiedźmin wstał również.

Jeździec nosił fioletowy, aksamitny kaftan ze srebrnym szamerunkiem
i krótki płaszcz, obszyty sobolowym futrem. Wyprostowany w siodle,
patrzył na nich dumnie. Geralt znał takie spojrzenia. I nie przepadał
za nimi.

– Witam panów. Jestem Dorregaray – przedstawił się jeździec,
zsiadając powoli i godnie. – Mistrz Dorregaray. Czarnoksiężnik.

– Mistrz Geralt. Wiedźmin.

– Mistrz Jaskier. Poeta.

– Borch, zwany Trzy Kawki. A moje dziewczęta, które tam oto wyciągają
szpunt z antałka, już poznałeś, panie Dorregaray.

– Tak jest, w rzeczy samej – rzekł czarodziej bez uśmiechu.
– Wymieniliśmy ukłony, ja i piękne wojowniczki z Zerrikanii.

– No, to na zdrowie – Jaskier rozdał skórzane kubki przyniesione
przez Veę. – Napijcie się z nami, panie czarodzieju. Panie Borch,
dziesiętnikowi też dać?

– Jasne. Chodź tu do nas, wojaku.

– Sądzę – rzekł czarnoksiężnik, upiwszy mały, dystyngowany
łyk – że pod zaporę na moście sprowadza panów ten sam
cel, co i mnie?

– Jeśli macie na myśli smoka, panie Dorregaray –
powiedział Jaskier – to tak jest, w samej rzeczy. Chcę tam być
i ułożyć balladę. Niestety, ten tu dziesiętnik, człek widać bez
ogłady, nie chce mnie przepuścić. Żąda glejtu.

– Upraszam wybaczenia – halabardnik wypił swoje piwo, zamlaskał.
– Mam przykazane pod gardłem, nikogo bez glejtu nie puszczać.
A podobno całe Hołopole już się zebrało z wozami i chce ruszyć
w góry za smokiem. Mam nakazane…

– Twój rozkaz, żołnierzu – zmarszczył brwi Dorregaray
– tyczy się tedy motłochu, mogącego zawadzać, dziewek, mogących
szerzyć rozpustę i paskudną niemoc, złodziei, szumowin i hultajstwa.
Ale nie mnie.

– Nikogo bez glejtu nie przepuszczę – nasrożył się dziesiętnik.
– Klnę się…

– Nie klnij się – przerwał mu Trzy Kawki. – Lepiej się
jeszcze napij. Tea, nalej temu mężnemu wojakowi. I usiądźmy,
panowie. Picie na stojąco, szybko i bez należytego namaszczenia
nie przystoi szlachcie.

Usiedli na balach dookoła antałka. Halabardnik, świeżutko
pasowany na szlachcica, kraśniał z zadowolenia.

– Pij, dzielny setniku – ponaglał Trzy Kawki.

– Dziesiętnik aby jestem, nie setnik. – Halabardnik jeszcze
bardziej pokraśniał.

– Ale będziesz setnik, musowo – Borch wyszczerzył zęby. –
Chłop z ciebie łebski, migiem awansujesz.

Dorregaray, odmawiając dolewki, odwrócił się w stronę Geralta.

– W miasteczku jeszcze głośno o bazyliszku, mości wiedźminie,
a ty już za smokiem się rozglądasz, jak widzę – powiedział
cicho. – Ciekawe, aż tak potrzebna ci gotówka, czy też
dla czystej przyjemności mordujesz stworzenia zagrożone wymarciem?

– Dziwna ciekawość – odrzekł Geralt – ze strony kogoś,
kto na łeb na szyję gna, by zdążyć na szlachtowanie smoka, by
wybić mu zęby, tak przecież cenne przy wyrobie czarodziejskich
leków i eliksirów. Czy to prawda, mości czarodzieju, że
te wybite żywemu smokowi są najlepsze?

– Jesteś pewien, że po to tam jadę?

– Jestem. Ale już cię ktoś wyprzedził, Dorregaray. Przed
tobą już zdążyła przejechać twoja konfraterka z glejtem,
którego ty nie masz. Czarnowłosa, o ile cię to interesuje.

– Na karym koniu?

– Podobno.

– Yennefer – powiedział Dorregaray, zasępiony. Wiedźmin
drgnął niezauważalnie dla nikogo.

Zapadła cisza, którą przerwało beknięcie przyszłego setnika.

– Nikogo… bez glejtu…

– Dwieście lintarów wystarczy? – Geralt spokojnie wyciągnął
z kieszeni sakiewkę otrzymaną od grubego wójta.

– Geralt – uśmiechnął się zagadkowo Trzy Kawki –
więc jednak…

– Przepraszam cię, Borch. Przykro mi, nie pojadę z wami
do Hengfors. Może innym razem. Może się jeszcze spotkamy.

– Nic mnie nie ciągnie do Hengfors – rzekł wolno Trzy Kawki.
– Nic a nic, Geralt.

– Schowajcie ten mieszek, panie – rzekł groźnie przyszły
setnik. – To zwykłe przekupstwo. Ani za trzysta nie przepuszczę.

– A za pięćset? – Borch wyjął swoją sakiewkę. – Schowaj
mieszek, Geralt. Ja zapłacę myto. Zaczęło mnie to bawić. Pięćset,
panie żołnierzu. Po sto od sztuki, licząc moje dziewczęta za jedną
piękną sztukę. Co?

– Ojej, jej, jej – zafrasował się przyszły setnik, chowając
pod kurtę sakiewkę Borcha. – Co ja królowi powiem?

– Powiesz mu – rzekł Dorregaray, prostując się i wyjmując
zza pasa ozdobną różdżkę ze słoniowej kości – że
strach cię obleciał, gdy popatrzyłeś.

– Na co, panie?

Czarodziej skinął różdżką, krzyknął zaklęcie. Sosna rosnąca
na nadrzecznej skarpie eksplodowała ogniem, cała, w jednym momencie,
od ziemi aż po wierzchołek pokryła się szalejącymi płomieniami.

– Na koń! – Jaskier, zrywając się, zarzucił lutnię na plecy.
– Na koń, panowie! I panie!

– Zaporę precz! – wrzasnął do halabardników bogaty dziesiętnik,
mający wielkie szanse zostać setnikiem.

Na moście, za zaporą, Vea ściągnęła wodze, koń zatańczył,
zadudnił kopytami po balach. Dziewczyna, miotając warkoczami, krzyknęła
przeszywająco.

– Słusznie, Vea! – odkrzyknął Trzy Kawki. – Dalej, waszmościowie,
po koniach! Pojedziemy po zerrikańsku, z łomotem i świstem!

IV

– No i patrzcie – rzekł najstarszy z Rębaczy, Boholt, ogromny
i zwalisty niczym pień starego dębu. – Niedamir nie przegnał was
na cztery wiatry, proszę waszmości, chociaż pewien byłem,
że tak właśnie zrobi. Cóż, nie nam, chudopachołkom, kwestionować
królewskie decyzje. Zapraszamy do ogniska. Mośćcie sobie legowiska,
chłopcy. A tak między nami, wiedźminie, to o czym z królem gadałeś?

– O niczym – powiedział Geralt, wygodniej opierając plecy
o podciągnięte w stronę ognia siodło. – Nawet do nas nie wyszedł
z namiotu. Wysłał tylko tego swojego totumfackiego, jak mu tam…

– Gyllenstiern – podpowiedział Yarpen Zigrin, krępy, brodaty
krasnolud, wtaczając w ogień olbrzymi, smolny karcz przytaszczony
z zarośli. – Nadęty bubek. Wieprz opasły. Jakeśmy dołączyli,
to przyszedł, nos zadarł po same chmury, phu-phu, pamiętajcie, rzecze,
krasnoludy, przy kim tu komenda, komu tu posłuch należny, tu król
Niedamir rozkazuje, a jego słowo to prawo i tak dalej. Stałem i słuchałem,
i myślałem sobie, że każę go swoim chłopakom obalić na
ziemię i obszczam mu płaszcz. Alem poniechał, wiecie, znowu by hyr
poszedł, że krasnoludy złośliwe, że agresywne, że
sukinsyny i że niemożliwa jest… jak to się nazywa, cholera…
kołogzystencja, czy jak tam. I zaraz znowu byłby gdzieś pogrom,
w jakimś miasteczku. Słuchałem tedy grzecznie, głową kiwałem.

– Wychodzi na to, że pan Gyllenstiern nic innego nie umie
– powiedział Geralt. – Bo i nam to samo powiedział, i też
przyszło nam kiwać głowami.

– A po mojemu – odezwał się drugi z Rębaczy, układając derkę
na kupie chrustu – źle się stało, że was Niedamir nie
przegnał. Ludu ciągnie na tego smoka, aż strach. Całe mrowie.
To już nie wyprawa, a kondukt na żalnik. Ja tam w tłoku bić
się nie lubię.

– Daj spokój, Niszczuka – powiedział Boholt. – W kupie
wędrować raźniej. Cóżeś to, nigdy na smoki nie chadzał?
Zawsze za smokiem ćma ludu ciągnie, jarmark cały, istny zamtuz
na kółkach. Ale gdy się gad pokaże, to wiesz, kto w polu
zostaje. My, nie kto inny.

Boholt zamilkł na chwilę, pociągnął solidnie z wielkiego, oplecionego
wikliną gąsiora, hałaśliwie smarknął, odkaszlnął.

– Inna rzecz – ciągnął – że praktyka pokazuje, iż
nieraz dopiero po zabiciu smoka zaczyna się uciecha i rzeźba,
i lecą głowy niby gruchy. Dopiero gdy skarbiec się dzieli, myśliwi
skaczą sobie do oczu. Co, Geralt? Hę? Mam rację? Wiedźminie, mówię
do ciebie.

– Znane mi są takie wypadki – potwierdził Geralt sucho.

– Znane, powiadasz. Zapewne ze słyszenia, bo nie obiło mi się
o uszy, byś kiedyś na smoki polował. Jak długo żyję, nie
słyszałem, by wiedźmin na smoki chodził. Tym dziwniejsze, żeś
się tu zjawił.

– Prawda – wycedził Kennet, zwany Zdzieblarzem, najmłodszy
z Rębaczy. – Dziwne to jest. A my…

– Zaczekaj, Zdzieblarz. Ja teraz mówię – przerwał mu Boholt.
– Zresztą, długo gadać nie zamierzam. Wiedźmin i tak już
wie, o co mi idzie. Ja jego znam i on mnie zna, do tej pory w drogę
sobie nie właziliśmy i dalej chyba nie będziemy. No, bo zauważcie,
chłopaki, że gdybym ja, dla przykładu, wiedźminowi chciał
w robocie przeszkadzać albo łup sprzed nosa zachachmęcić, to przecież
wiedźmin z miejsca by mnie swoją wiedźmińską brzytwą chlasnął
i w prawie byłby. Mam rację?

Nikt nie potwierdził ani też nie zaprzeczył. Nie wyglądało, by
Boholtowi specjalnie zależało na jednym lub drugim.

– Ano – ciągnął – w kupie wędrować raźniej, jakem
rzekł. I wiedźmin może się w kompanii przydać. Okolica dzika
i odludna, niech tak wyskoczy na nas przeraza albo żyrytwa, albo
strzyga, może nam kłopotu narobić. A będzie Geralt w okolicy,
nie będzie kłopotu, bo to jego specjalność. Ale smok to nie jego
specjalność. Prawda?

Znowu nikt nie potwierdził i nikt nie zaprzeczył.

– Pan Trzy Kawki – ciągnął Boholt, podając gąsiorek krasnoludowi
– jest z Geraltem i to mi wystarczy za rękojmię. To kto wam przeszkadza,
Niszczuka, Zdzieblarz? Chyba nie Jaskier?

– Jaskier – rzekł Yarpen Zigrin, podając bardowi gąsiorek
– zawsze się przyplącze, gdzie się coś ciekawego dzieje i
wszyscy wiedzą, że nie przeszkodzi, nie pomoże i marszu
nie opóźni. Coś, jakby rzep na psim chwoście. Nie, chłopcy?

„Chłopcy”, brodate i kwadratowe krasnoludy, zarechotali, trzęsąc
brodami. Jaskier odsunął kapelusik na tył głowy i łyknął z gąsiorka.

– Ooooch, zaraza – stęknął, łapiąc powietrze. – Aż
głos odejmuje. Z czego to pędzone, ze skorpionów?

– Jedno mi się nie podoba, Geralt – powiedział Zdzieblarz,
przejmując naczynie od minstrela. – To, żeś tego czarownika
tu przywiódł. Tu się już od czarowników gęsto robi.

– Prawda – wpadł mu w słowo krasnolud. – Zdzieblarz słusznie
prawi. Ten Dorregaray potrzebny nam tu jak świniakowi siodło.
Mamy już od niedawna naszą własną wiedźmę, szlachetną Yennefer,
tfu, tfu.

– Taak – rzekł Boholt, drapiąc się w byczy kark,
z którego przed chwilą odpiął skórzaną obrożę najeżoną stalowymi
ćwiekami. – Czarowników to tu jest za dużo, proszę waszmości.
Dokładnie o dwoje za dużo. I za bardzo oni do naszego Niedamira
przylgnęli. Popatrzcie tylko, my tu pod gwiazdeczkami, dookoła
ognia, a oni, proszę waszmości, w cieple, w królewskim namiocie
knują już, chytre liszki, Niedamir, wiedźma, czarownik i Gyllenstiern.
A Yennefer najgorsza. A powiedzieć wam, co oni knują? Jak nas wydudkać,
ot co.

– I sarninę żrą – wtrącił ponuro Zdzieblarz.
– A my cośmy jedli? Świstaka! A świstak, pytam, co
jest? Szczur, nic innego. To co my jedli? Szczura!

– Nic to – rzekł Niszczuka. – Niedługo smoczego
ogona popróbujemy. Nie ma to jak smoczy ogon, pieczony na węglach.

– Yennefer – ciągnął Boholt – jest paskudna,
złośliwa i pyskata baba. Nie to, co twoje dziewuszki, panie Borch.
Te ciche są i miłe, o, popatrzcie, siadły koło koni, szable ostrzą,
a przechodziłem obok, zagadnąłem dowcipnie, uśmiechnęły się, wyszczerzyły
ząbki. Tak, im rad jestem, nie to, co Yennefer, ta knuje a knuje.
Mówię wam, trzeba uważać, bo łajno będzie z naszej umowy.

– Jakiej umowy, Boholt?

– Co, Yarpen, powiemy wiedźminowi?

– Nie widzę przeciwwskazań – rzekł krasnolud.

– Gorzałki już nie ma – wtrącił Zdzieblarz,
obracając gąsiorek dnem do góry.

– To przynieś. Najmłodszy jesteś, proszę
waszmości. A umowę, Geralt, to my umyśliliśmy, bo my
nie jesteśmy najemnicy ani żadne tam płatne pachołki, i nie
będzie nas Niedamir na smoka posyłał, rzucając parę sztuk złota pod
nogi. Prawda jest taka, że my poradzimy sobie ze smokiem bez Niedamira,
a Niedamir bez nas sobie nie poradzi. A z tego jasno wynika, kto wart
więcej i czyja dola większa być powinna. I postawiliśmy sprawę
uczciwie – ci, którzy w ręczny bój pójdą i smoka położą, biorą
połowę skarbca. Niedamir, z racji na urodzenie i tytuł, bierze ćwierć,
tak czy inaczej. A reszta, o ile będzie pomagać, podzieli pozostałą
ćwierć między siebie, po równo. Co o tym myślisz?

– A co o tym Niedamir myśli?

– Nie powiedział ani tak, ani nie. Ale lepiej niech się nie stawia,
chłystek. Mówiłem, sam przeciw smokowi nie pójdzie, musi zdać się
na fachowców, to znaczy na nas, Rębaczy, i na Yarpena i jego chłopaków.
My, nie kto inny, spotkamy smoka na długość miecza. Reszta, w
tym i czarodzieje, jeśli uczciwie dopomoże, podzieli między
siebie ćwiartkę skarbca.

– Oprócz czarodziejów, kogo wliczacie do tej reszty? – zaciekawił
się Jaskier.

– Na pewno nie grajków i wierszokletów – zarechotał Yarpen
Zigrin. – Wliczamy tych, co popracują toporem, a nie lutnią.

– Aha – rzekł Trzy Kawki, patrząc w rozgwieżdżone
niebo. – A czym popracuje szewc Kozojed i jego hałastra?

Yarpen Zigrin splunął w ognisko, mrucząc coś po krasnoludzku.

– Milicja z Hołopola zna te zasrane góry i robi za przewodników
– rzekł cicho Boholt – toteż sprawiedliwie będzie dopuścić
ich do podziału. Z szewcem jednak jest trochę inna sprawa. Widzicie,
niedobrze będzie, jak chamstwo nabierze przekonania, że gdy się
smok w okolicy pokaże, to zamiast słać po zawodowców, można
mu mimochodem trutkę zadać i dalej z dziewkami gzić się we zbożu.
Jak się taki proceder rozpowszechni, to chyba na żebry przyjdzie
nam pójść. Co?

– Prawda – dodał Yarpen. – Dlatego, mówię wam, tego szewca
coś niedobrego powinno przypadkowo spotkać, zanim, chędożony,
do legendy trafi.

– Ma spotkać, to i spotka – rzekł Niszczuka z przekonaniem.
– Zostawcie to mnie.

– A Jaskier – podchwycił krasnolud – rzyć mu w balladzie
obrobi, na śmiech poda. Żeby mu była hańba i srom, na
wieki wieków.

– O jednym zapomnieliście – powiedział Geralt. –
Jest tu taki jeden, który może wam pomieszać szyki. Który na żadne
podziały ani umowy nie pójdzie. Mówię o Eycku z Denesle. Rozmawialiście
z nim?

– O czym? – zgrzytnął Boholt, drągiem poprawiając polana
w ognisku. – Z Eyckiem, Geralt, nie pogadasz. On nie zna się na
interesach.

– Jak podjeżdżaliśmy pod wasz obóz – powiedział
Trzy Kawki – spotkaliśmy go. Klęczał na kamieniach, w pełnej
zbroi, i gapił się w niebo.

– On tak cięgiem czyni – rzekł Zdzieblarz. – Medytuje,
albo modły odprawia. Powiada, że tak trzeba, bo on od bogów ma
rozkazane ludzi od złego ochraniać.

– U nas, w Crinfrid – mruknął Boholt – trzyma się takich
w obórce, na łańcuchu, i daje kawałek węgla, wtedy oni na ścianach
cudności malują. Ale dość tu będzie o bliźnich
plotkować, o interesach gadajmy.

W krąg światła weszła bezszelestnie niewysoka młoda kobieta o
czarnych włosach opiętych złotą siateczką, owinięta wełnianym płaszczem.

– Co tu tak śmierdzi? – zapytał Yarpen Zigrin, udając,
że jej nie widzi. – Nie siarka aby?

– Nie – Boholt, patrząc w bok, demonstracyjnie pociągnął
nosem. – To piżmo albo inne pachnidło.

– Nie, to chyba… – krasnolud wykrzywił się. – Ach!
Toż to wielmożna pani Yennefer! Witamy, witamy.

Czarodziejka powoli powiodła wzrokiem po zebranych, na chwilę zatrzymała
na wiedźminie błyszczące oczy. Geralt uśmiechnął się lekko.

– Pozwolicie się przysiąść?

– Ależ oczywiście, dobrodziejko nasza – powiedział
Boholt i czknął. – Siadajcie o tu, na kulbace. Rusz rzyć, Kennet,
i podaj jaśnie czarodziejce kulbakę.

– Panowie tu o interesach, jak słyszę. – Yennefer usiadła,
wyciągając przed siebie zgrabne nogi w czarnych pończochach.
– Beze mnie?

– Nie śmieliśmy – rzekł Yarpen Zigrin – niepokoić
tak ważnej osoby.

– Ty, Yarpen – Yennefer zmrużyła oczy, obracając głowę
w stronę krasnoluda – lepiej milcz. Od pierwszego dnia ostentacyjnie
traktujesz mnie jak powietrze, więc rób tak dalej, nie przeszkadzaj
sobie. Bo mnie to również nie przeszkadza.

– Co też wy, pani. – Yarpen pokazał w uśmiechu nierówne
zęby. – Niech mnie kleszcze oblezą, jeśli nie traktuję was
lepiej niż powietrze. Powietrze, dla przykładu, zdarza mi się
zepsuć, na co wobec was nie ośmieliłbym się żadną miarą.

Brodaci „chłopcy” zaryczeli gromkim śmiechem,
ale ucichli natychmiast na widok sinej poświaty, jaka nagle otoczyła
czarodziejkę.

– Jeszcze jedno słowo i z ciebie zostanie zepsute
powietrze, Yarpen – powiedziała Yennefer głosem, w którym dźwięczał
metal. – I czarna plama na trawie.

– W rzeczy samej – Boholt chrząknął, rozładowując
ciszę, jaka zapadła. – Milcz, Zigrin. Posłuchamy, co ma nam do
powiedzenia pani Yennefer. Użaliła się dopiero co, że bez
niej o interesach mówimy. Z tego wnoszę, że ma dla nas jakąś
propozycję. Posłuchajmy, proszę waszmości, co to za propozycja.
Byle tylko nie proponowała nam, że sama, czarami, ukatrupi smoka.

– A co? – Yennefer uniosła głowę. – Uważasz,
że to niemożliwe, Boholt?

– Może i możliwe. Ale dla nas nieopłacalne,
bo pewnie zażądalibyście wówczas połowy smoczego skarbca.

– Co najmniej – rzekła zimno czarodziejka.

– No, to sami widzicie, że to dla nas żaden
interes. My, pani, jesteśmy biedni wojownicy, jeśli łup nam
koło nosa przejdzie, to głód w oczy zagląda. My szczawiem i lebiodą
się żywimy…

– Od święta tylko czasem świstak się trafi – wtrącił
Yarpen Zigrin smutnym głosem.

– …wodą kryniczną popijamy – Boholt golnął
sobie z gąsiorka i otrząsnął się z lekka. – Dla nas, pani Yennefer,
wyjścia nie ma. Albo łup, albo w zimie pod płotem zamarznąć. A
gospody kosztują.

– I piwo – dodał Niszczuka.

– I dziewki wszeteczne – rozmarzył się Zdzieblarz.

– Dlatego – Boholt popatrzył w niebo – sami,
bez czarów i bez waszej pomocy, smoka ubijemy.

– Takiś pewien? Pamiętaj, że są granice możliwości,
Boholt.

– Może i są, nigdy nie spotkałem. Nie, pani. Powtarzam, sami
smoka ubijemy, bez żadnych czarów.

– Zwłaszcza – dodał Yarpen Zigrin – że czary też
pewnikiem mają swoje granice możliwości, których, przeciwnie
do naszych, nie znamy.

– Sam na to wpadłeś – spytała wolno Yennefer – czy
ktoś ci to podpowiedział? Czy to nie obecność wiedźmina
w tym zacnym gronie pozwala wam na takie zadufanie?

– Nie – rzekł Boholt, patrząc na Geralta, który zdawał się
drzemać, leniwie wyciągnięty na derce, z siodłem pod głową. –
Wiedźmin nic do tego nie ma. Posłuchajcie, wielmożna Yennefer.
Złożyliśmy królowi propozycję, nie zaszczycił nas odpowiedzią.
Myśmy cierpliwi, do rana zaczekamy. Jeśli król ugodę przybije,
jedziemy dalej razem. Jeśli nie, my wracamy.

– My też – warknął krasnolud.

– Targów żadnych nie będzie – kontynuował Boholt. –
Albo wóz, albo przewóz. Powtórzcie nasze słowa Niedamirowi, pani Yennefer.
A wam to powiem – ugoda dobra też dla was, i dla Dorregaraya,
o ile się z nim dogadacie. Nam, zważcie, smocze ścierwo niepotrzebne,
jeno ogon weźmiemy. A reszta wasza będzie, tylko brać-wybierać.
Nie poskąpimy wam ni zębów, ni mózgu, niczego, co wam potrzebne do
czarodziejstwa.

– Oczywista – dodał Yarpen Zigrin, chichocząc. – Padlina
będzie dla was, czarodziejów, nikt wam jej nie zabierze. Chyba że
inne sępy.

Yennefer wstała, zarzucając płaszcz na ramię.

– Niedamir nie będzie czekał do rana – powiedziała ostro.
– Zgadza się na wasze warunki już teraz. Wbrew, wiedzcie to,
radzie mojej i Dorregaraya.

– Niedamir – wycedził powoli Boholt – objawia mądrość,
która zadziwia u tak młodego króla. Bo dla mnie, pani Yennefer, mądrość
to między innymi umiejętność puszczania mimo uszu głupich lub
nieszczerych rad.

Yarpen Zigrin parsknął w brodę.

– Inaczej zaśpiewacie – czarodziejka wzięła się pod boki
– gdy jutro smok was pochlasta, podziurawi i potrzaska piszczele.
Będziecie mi buty lizać i skamleć o pomoc. Jak zwykle. Jak ja was
dobrze znam, jak dobrze znam takich, jak wy. Do mdłości was znam.

Odwróciła się, odeszła w mrok, bez słowa pożegnania.

– Za moich czasów – rzekł Yarpen Zigrin – czarownicy
siedzieli w wieżach, czytali uczone księgi i mieszali kopyścią
w tyglach. Nie plątali się wojownikom pod nogami, nie wtrącali się
w nasze sprawy. I nie kręcili tyłkiem przed oczami chłopów.

– Tyłek, szczerze rzekłszy, niczego sobie – powiedział Jaskier,
strojąc lutnię. – Co, Geralt? Geralt? Hej, gdzie podział się wiedźmin?

– A co nas to obchodzi? – mruknął Boholt, dorzucając drewna
do ognia. – Poszedł. Może za potrzebą, proszę waszmości.
Jego rzecz.

– Pewnie – zgodził się bard i uderzył dłonią po strunach.
– Zaśpiewać wam coś?

– A zaśpiewaj, cholera – powiedział Yarpen Zigrin
i splunął. – Ale nie myśl, Jaskier, że dam ci
za twoje beczenie choć szeląga. Tu, chłopie, nie królewski dwór.

– To widać – kiwnął głową trubadur.

V

– Yennefer.

Odwróciła się, jak gdyby zaskoczona, chociaż wiedźmin nie
wątpił, że już z daleka słyszała jego kroki. Postawiła na
ziemi drewniany ceberek, wyprostowała się, odgarnęła z czoła włosy
wyzwolone spod złotej siateczki, krętymi lokami spadające na ramiona.

– Geralt.

Jak zwykle, nosiła tylko dwa kolory. Swoje kolory – czerń i biel.
Czarne włosy, czarne, długie rzęsy każące zgadywać skryty pod
nimi kolor oczu. Czarna spódnica, czarny, krótki kaftanik z białym,
futrzanym kołnierzem. Biała koszula z najcieńszego lnu. Na szyi czarna
aksamitka ozdobiona usianą diamencikami gwiazdą z obsydianu.

– Nic się nie zmieniłaś.

– Ty też nie – skrzywiła wargi. – I w obu wypadkach
jest to równie normalne. Lub, jak wolisz, równie nienormalne. W każdym
razie, napomykanie o tym, choć może i stanowi niezły sposób
na rozpoczęcie rozmowy, jest bezsensowne. Prawda?

– Prawda – kiwnął głową, patrząc w bok, w stronę namiotu
Niedamira i ognisk królewskich łuczników przysłoniętych ciemnymi sylwetkami
furgonów. Od strony dalszego ogniska dobiegał dźwięczny głos Jaskra
śpiewającego „Gwiazdy nad traktem”, jedną ze swych najbardziej
udanych ballad miłosnych.

– Cóż, wstęp mamy zatem już za sobą – rzekła czarodziejka.
– Słucham, co dalej.

– Widzisz, Yennefer…

– Widzę – przerwała ostro. – Ale nie rozumiem. Po co
tutaj przyjechałeś, Geralt? Przecież nie z powodu smoka? Chyba
pod tym względem nic się nie zmieniło?

– Nie. Nic się nie zmieniło.

– Po co więc, pytam, dołączyłeś do nas?

– Jeśli ci powiem, że z twojego powodu, uwierzysz?

Patrzyła na niego w milczeniu, a w jej błyszczących oczach było coś,
co nie mogło się podobać.

– Uwierzę, czemu nie – powiedziała wreszcie. – Mężczyźni
lubią spotkania ze swymi dawnymi kochankami, lubią ożywiać wspomnienia.
Lubią wyobrażać sobie, że niegdysiejsze miłosne uniesienia
dają im coś w rodzaju dożywotniego prawa własności do
partnerki. To dobrze wpływa na ich samopoczucie. Nie jesteś wyjątkiem.
Mimo wszystko.

– Mimo wszystko – uśmiechnął się – masz rację, Yennefer.
Twój widok znakomicie wpływa na moje samopoczucie. Innymi słowy, cieszę
się, że cię widzę.

– I to wszystko? No, to powiedzmy, że i ja się cieszę. Nacieszywszy
się, życzę dobrej nocy. Udaję się, widzisz, na spoczynek. Przedtem
mam zamiar umyć się, a do tej czynności zwykłam się rozbierać.
Oddal się zatem, by grzecznie zapewnić mi minimum dyskrecji.

– Yen – wyciągnął ku niej ręce.

– Nie mów tak do mnie! – syknęła wściekle, odskakując,
a z palców, które wysunęła w jego stronę, sypnęły się błękitne i czerwone
iskry. – A jeżeli mnie dotkniesz, wypalę ci oczy, draniu.

Wiedźmin cofnął się. Czarodziejka, uspokojona nieco, znowu odgarnęła
włosy z czoła, stanęła przed nim z pięściami wspartymi o biodra.

– Ty co myślałeś, Geralt? Że poplotkujemy wesoło,
że powspominamy dawne czasy? Że może na zakończenie pogawędki
pójdziemy razem na wóz i pokochamy się na kożuchach, ot tak, dla
odświeżenia wspomnień? Co?

Geralt, nie będąc pewien, czy czarodziejka magicznie czyta w myślach,
czy wyłącznie trafnie zgaduje, milczał, uśmiechając się krzywo.

– Te cztery lata zrobiły swoje, Geralt. Przeszło mi już,
tylko i wyłącznie dlatego nie naplułam ci w oczy przy dzisiejszym
spotkaniu. Ale niech cię nie zwiedzie moja uprzejmość.

– Yennefer…

– Milcz! Dałam ci więcej niż jakiemukolwiek mężczyźnie,
łajdaku. Sama nie wiem, dlaczego właśnie tobie. A ty… O nie,
mój drogi. Ja nie jestem dziwką ani przygodnie nadybaną w lesie elfką,
którą można pewnego ranka porzucić, odejść, nie budząc, zostawiając
na stole bukiecik fiołków. Którą można wystawić na pośmiewisko.
Uważaj! Jeśli powiesz teraz chociaż słowo, pożałujesz!

Geralt nie powiedział ani słowa, bezbłędnie wyczuwając wrzącą w Yennefer
złość. Czarodziejka ponownie odgarnęła z czoła nieposłuszne loki,
spojrzała mu w oczy, z bliska.

– Spotkaliśmy się, trudno – rzekła cicho. – Nie będziemy
robić z siebie widowiska dla wszystkich. Zachowajmy twarz. Udawajmy
dobrych znajomych. Ale nie popełnij błędu, Geralt. Między tobą a mną
nie ma już niczego. Niczego, rozumiesz? I ciesz się, bo oznacza
to, że porzuciłam już pewne projekty, jakie jeszcze niedawno
wobec ciebie miałam. Ale to wcale nie oznacza, że ci wybaczyłam.
Ja ci nigdy nie wybaczę, wiedźminie. Nigdy.

Odwróciła się gwałtownie, chwyciła cebrzyk, rozpryskując wodę, odeszła
za wóz.

Geralt odpędził brzęczącego nad uchem komara, wolno odszedł w stronę
ogniska, przy którym rzadkimi oklaskami nagradzano właśnie występ
Jaskra. Spojrzał na granatowe niebo ponad czarną, zębatą piłą szczytów.
Miał ochotę się roześmiać. Nie wiedział, dlaczego.

VI

– Ostrożnie tam! Baczenie dawać! – zawołał Boholt, obracając
się na koźle do tyłu, w stronę kolumny. – Bliżej skały!
Dawać baczenie!

Wozy toczyły się, podskakując na kamieniach. Woźnice klęli, chlaszcząc
konie lejcami, wychylając się, zerkali niespokojnie, czy koła są w
dostatecznej odległości od skraju wąwozu, przy którym biegła wąska,
nierówna droga. W dole, na dnie przepaści, białą pianą kotłowała
się wśród głazów rzeka Braa.

Geralt wstrzymał konia, przyciskając się do skalnej ściany pokrytej
rzadkim brązowym mchem i białymi wykwitami wyglądającymi jak liszaje.
Pozwolił, by wyprzedził go furgon Rębaczy. Od czoła kolumny przycwałował
Zdzieblarz wiodący pochód razem ze zwiadowcami z Hołopola.

– Dobra! – wrzasnął. – Ruszajcie skorzej! Dalej jest
przestronniej!

Król Niedamir i Gyllenstiern, obaj wierzchem, w asyście kilku
konnych łuczników, zrównali się z Geraltem. Za nimi turkotały wozy
królewskiego taboru. Jeszcze dalej toczył się wóz krasnoludów powożony
przez Yarpena Zigrina wrzeszczącego bez przerwy.

Niedamir, szczuplutki i piegowaty wyrostek w białym kożuszku,
minął wiedźmina, obrzucając go wyniosłym, choć wyraźnie znudzonym
spojrzeniem. Gyllenstiern wyprostował się, wstrzymał konia.

– Pozwólcie no, panie wiedźminie – powiedział władczo.

– Słucham – Geralt szturchnął klacz piętami, ruszył powoli
obok kanclerza, za taborem. Dziwił się, że mając tak imponujące
brzuszysko, Gyllenstiern przedkłada siodło nad wygodną jazdę na
wozie.

– Wczoraj – Gyllenstiern ściągnął lekko wodze nabijane
złotymi guzami, odrzucił z ramienia turkusowy płaszcz – wczoraj
powiedzieliście, że nie interesuje was smok. Co was tedy interesuje,
panie wiedźminie? Czemu jedziecie z nami?

– To wolny kraj, panie kanclerzu.

– Na razie. Ale w tym orszaku, panie Geralt, każdy
powinien znać swoje miejsce. I rolę, jaką ma spełnić, zgodnie z wolą
króla Niedamira. Pojmujecie to?

– O co wam idzie, panie Gyllenstiern?

– Powiem wam. Słyszałem, że ostatnio trudno dogadać
się z wami, wiedźminami. Rzecz w tym, że co się wiedźminowi
wskaże potwora do zabicia, wiedźmin, zamiast brać miecz i
rąbać, zaczyna medytować, czy to się aby godzi, czy to nie wykracza
poza granice możliwości, czy nie jest sprzeczne z kodeksem
i czy potwór to aby faktycznie potwór, jakby tego nie było widać na
pierwszy rzut oka. Widzi mi się, że zaczęło się wam po prostu
za dobrze powodzić. Za moich czasów wiedźmini nie śmierdzieli
groszem, a wyłącznie onucami. Nie rozprawiali, rąbali, co się im wskazało,
za jedno im było, czy to wilkołak, czy smok, czy poborca podatków.
Liczyło się, czy dobrze cięty. Co, Geralt?

– Macie dla mnie jakieś zlecenie, Gyllenstiern?
– spytał oschle wiedźmin. – Mówcie tedy, o co chodzi.
Zastanowimy się. A jeżeli nie macie, to szkoda sobie gębę strzępić,
nieprawdaż?

– Zlecenie? – westchnął kanclerz. – Nie,
nie mam. Tu idzie o smoka, a to wyraźnie wykracza poza twoje granice
możliwości, wiedźminie. Wolę już Rębaczy. Ciebie chciałem
jedynie uprzedzić. Ostrzec. Wiedźmińskie fanaberie, polegające
na dzieleniu potworów na dobre i złe, ja i król Niedamir możemy
tolerować, ale nie życzymy sobie o nich słuchać, a tym bardziej
oglądać, jak są wprowadzane w życie. Nie mieszajcie się do królewskich
spraw, wiedźminie. I nie kumajcie się z Dorregarayem.

– Nie zwykłem kumać się z czarodziejami. Skąd takie przypuszczenie?

– Dorregaray – powiedział Gyllenstiern – prześciga
w fanaberiach nawet wiedźminów. Nie poprzestaje na
dzieleniu potworów na dobre i złe. Uważa, że wszystkie są
dobre.

– Przesadza nieco.

– Niewątpliwie. Ale broni swoich poglądów z zadziwiającym
uporem. Zaprawdę, nie zdziwiłbym się, gdyby mu się coś przytrafiło.
A że dołączył do nas w dziwnym towarzystwie…

– Nie jestem towarzystwem dla Dorregaraya. Ani on
dla mnie.

– Nie przerywaj. Towarzystwo jest dziwne. Wiedźmin
pełen skrupułów niczym lisie futro pcheł. Czarodziej powtarzający
druidzkie brednie o równowadze w naturze. Milczący rycerz Borch Trzy
Kawki i jego eskorta z Zerrikanii, gdzie, jak powszechnie wiadomo,
składa się ofiary przed podobizną smoka. I wszyscy oni nagle przyłączają
się do polowania. Dziwne, nieprawdaż?

– Niech wam będzie, że prawdaż.

– Wiedz więc – rzekł kanclerz – że najbardziej
zagadkowe problemy znajdują, jak dowodzi praktyka, najprostsze rozwiązania.
Nie zmuszaj mnie, wiedźminie, abym po nie sięgnął.

– Nie rozumiem.

– Rozumiesz, rozumiesz. Dzięki za rozmowę, Geralt.

Geralt zatrzymał się. Gyllenstiern popędził konia, dołączył
do króla, doganiając tabor. Obok przejechał Eyck z Denesle w pikowanym
kaftanie z jasnej skóry poznaczonej odciskami od pancerza, ciągnąc
jucznego konia obładowanego zbroją, jednolicie srebrną tarczą i potężną
kopią. Geralt pozdrowił go uniesieniem dłoni, ale błędny rycerz odwrócił
głowę w bok, zaciskając wąskie wargi, uderzył konia ostrogami.

– Nie przepada za tobą – powiedział Dorregaray, podjeżdżając.
– Co, Geralt?

– Najwyraźniej.

– Konkurencja, prawda? Obaj prowadzicie podobną działalność.
Tyle że Eyck jest idealistą, a ty profesjonałem. Mała różnica,
zwłaszcza dla tych, których zabijacie.

– Nie porównuj mnie z Eyckiem, Dorregaray. Diabli
wiedzą, kogo krzywdzisz tym porównaniem, jego czy mnie, ale
nie porównuj.

– Jak chcesz. Dla mnie, otwarcie mówiąc, obaj jesteście jednako
odrażający.

– Dziękuję.

– Nie ma za co – czarodziej poklepał po szyi konia spłoszonego
wrzaskami Yarpena i jego krasnoludów. – Dla mnie, wiedźminie,
nazywanie mordu powołaniem jest odrażające, niskie i głupie. Nasz
świat jest w równowadze. Unicestwianie, mordowanie jakichkolwiek
stworzeń, które ten świat zamieszkują, rozchwiewa tę równowagę.
A brak równowagi zbliża zagładę, zagładę i koniec świata,
takiego, jakim go znamy.

– Druidzka teoria – stwierdził Geralt. – Znam ją. Wyłożył
mi ją kiedyś pewien stary hierofant, jeszcze w Rivii. Dwa dni
po naszej rozmowie rozszarpały go szczurołaki. Zachwiania równowagi
nie dało się stwierdzić.

– Świat, powtarzam – Dorregaray spojrzał na niego obojętnie
– jest w równowadze. Naturalnej równowadze. Każdy gatunek
ma swoich naturalnych wrogów, każdy jest naturalnym wrogiem dla
innych gatunków. Ludzi to również dotyczy. Wyniszczenie naturalnych
wrogów człowieka, któremu się poświęciłeś, a które już
się zaczyna obserwować, grozi degeneracją rasy.

– Wiesz co, czarowniku – zdenerwował się Geralt – przejdź
się kiedyś do matki, której dziecko pożarł bazyliszek, i powiedz
jej, że powinna się cieszyć, bo dzięki temu rasa ludzka ocalała
przed degeneracją. Zobaczysz, co ci odpowie.

– Dobry argument, wiedźminie – powiedziała Yennefer podjeżdżając
do nich z tyłu na swoim wielkim karoszu. – A ty, Dorregaray,
uważaj, co wygadujesz.

– Nie zwykłem ukrywać swoich poglądów.

Yennefer wjechała między nich. Wiedźmin zauważył, że złotą
siateczkę na włosach zastąpiła przepaska ze zrolowanej, białej chustki.

– Jak najprędzej zacznij je ukrywać, Dorregaray – powiedziała.
– Zwłaszcza przed Niedamirem i Rębaczami, którzy już
podejrzewają, że zamierzasz przeszkodzić w zabiciu smoka.
Póki tylko gadasz, traktują cię jak niegroźnego maniaka. Jeśli
jednak spróbujesz coś przedsięwziąć, skręcą ci kark, zanim zdążysz
westchnąć.

Czarodziej uśmiechnął się pogardliwie i lekceważąco.

– A poza tym – ciągnęła Yennefer – wygłaszając te poglądy
psujesz powagę naszego zawodu i powołania.

– Czymże to?

– Swoje teorie możesz odnosić do wszelkiego stworzenia i
robactwa, Dorregaray. Ale nie do smoków. Bo smoki są naturalnymi i
najgorszymi wrogami człowieka. I nie o degenerację rasy ludzkiej
tu idzie, ale o jej przetrwanie. Żeby przetrwać, trzeba rozprawić
się z wrogami, z tymi, którzy mogą to przetrwanie uniemożliwić.

– Smoki nie są wrogami człowieka – wtrącił Geralt.

Czarodziejka spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Wyłącznie wargami.

– W tej kwestii – powiedziała – zostaw ocenę nam, ludziom.
Ty, wiedźmin, nie jesteś od oceniania. Jesteś od roboty.

– Jak zaprogramowany, bezwolny golem?

– Twoje, nie moje porównanie – odparła zimno Yennefer. – Ale
cóż, trafne.

– Yennefer – rzekł Dorregaray. – Jak na kobietę o twoim
wykształceniu i w twoim wieku wygadujesz zaskakujące brednie. Dlaczegóż
to właśnie smoki awansowały u ciebie na czołowych wrogów ludzi?
Dlaczego nie inne, stokroć groźniejsze stworzenia, te, które mają
na sumieniu stokroć więcej ofiar niż smoki? Dlaczego nie hirikki,
widłogony, mantikory, amfisbeny czy gryfy? Dlaczego nie wilki?

– Powiem ci, dlaczego. Przewaga człowieka nad innymi rasami i
gatunkami, jego walka o należne w przyrodzie miejsce, o przestrzeń
życiową, mogą zostać wygrane tylko wówczas, gdy ostatecznie wyeliminuje
się koczownictwo, wędrówki z miejsca na miejsce w poszukiwaniu żarcia,
zgodnie z kalendarzem natury. W przeciwnym razie nie osiągnie się
należytego tempa rozrodczości, dziecko ludzkie zbyt długo
nie jest samodzielne. Tylko bezpieczna za murami miasta lub warowni
kobieta może rodzić we właściwym tempie, to znaczy co rok.
Płodność, Dorregaray, to rozwój, to warunek przetrwania i dominacji.
I tu dochodzimy do smoków. Tylko smok, żaden inny potwór, może
zagrozić miastu lub warowni. Gdyby smoki nie zostały wytępione, ludzie
dla bezpieczeństwa rozpraszaliby się, zamiast łączyć, bo smoczy ogień
w gęsto zabudowanym osiedlu to koszmar, to setki ofiar, to straszliwa
zagłada. Dlatego smoki muszą zostać wybite do ostatniego, Dorregaray.

Dorregaray popatrzył na nią z dziwnym uśmiechem na ustach.

– Wiesz, Yennefer, nie chciałbym dożyć chwili, gdy zrealizuje
się twoja idea o panowaniu człowieka, gdy tobie podobni zajmą należne
im miejsce w przyrodzie. Na szczęście, nigdy do tego nie dojdzie.
Prędzej wyrżniecie się nawzajem, wytrujecie, wyzdychacie na dur
i tyfus, bo to brud i wszy, nie smoki, zagrażają waszym wspaniałym
miastom, w których kobiety rodzą co rok, ale tylko jeden noworodek
na dziesięć żyje dłużej niż dziesięć dni. Tak, Yennefer,
płodność, płodność i jeszcze raz płodność. Zajmij się,
moja droga, rodzeniem dzieci, to bardziej naturalne dla ciebie zajęcie.
To zajmie ci czas, który obecnie bezpłodnie tracisz na wymyślanie
bzdur. Żegnam.

Popędziwszy konia, czarodziej pocwałował w kierunku czoła kolumny.
Geralt, rzuciwszy okiem na bladą i wściekle skrzywioną twarz Yennefer,
zaczął współczuć mu z wyprzedzeniem. Wiedział, o co szło. Yennefer,
jak większość czarodziejek, była sterylna. Ale jak niewiele czarodziejek
bolała nad tym faktem i na wspominanie o nim reagowała prawdziwym
szałem. Dorregaray zapewne wiedział o tym. Nie wiedział prawdopodobnie
o tym, jaka jest mściwa.

– Narobi sobie kłopotów – syknęła. – Oj, narobi. Uważaj,
Geralt. Nie myśl, że jeśli przyjdzie co do czego, a ty
nie wykażesz rozsądku, to będę cię bronić.

– Bez obaw – uśmiechnął się. – My, to znaczy wiedźmini
i bezwolne golemy, działamy zawsze rozsądnie. Jednoznacznie i wyraźnie
wytyczone są bowiem granice możliwości, między którymi
możemy się poruszać.

– No, no, patrzcie – Yennefer spojrzała na niego, wciąż
blada. – Obraziłeś się jak panienka, której wytknięto
brak cnoty. Jesteś wiedźminem, nie zmienisz tego. Twoje
powołanie…

– Przestań z tym powołaniem, Yen, bo mnie już zaczyna mdlić.

– Nie mów tak do mnie, mówiłam. A twoje mdłości mało mnie
interesują. Jak i wszystkie pozostałe reakcje z ograniczonego, wiedźmińskiego
wachlarza reakcji.

– Niemniej, obejrzysz niektóre z nich, jeśli nie przestaniesz
raczyć mnie opowiadaniami o szczytnych przesłaniach i walce o dobro
ludzi. I o smokach, straszliwych wrogach ludzkiego plemienia. Wiem
lepiej.

– Tak? – zmrużyła oczy czarodziejka. – A cóż
ty takiego wiesz, wiedźminie?

– Choćby to – Geralt zlekceważył gwałtowne, ostrzegawcze
drganie medalionu na szyi – że gdyby smoki nie miały skarbców,
to pies z kulawą nogą nie interesowałby się nimi, a już na pewno
nie czarodzieje. Ciekawe, że przy każdym polowaniu na smoka
zawsze kręci się jakiś czarodziej, mocno powiązany z Gildią Jubilerów.
Tak jak ty. I później, chociaż na rynek powinno trafić zatrzęsienie
kamieni, jakoś nie trafiają i ich cena nie spada. Nie opowiadaj
mi więc o powołaniu i o walce o przetrwanie rasy. Za dobrze i za długo
cię znam.

– Za długo – powtórzyła, złowrogo krzywiąc wargi. – Niestety.
Ale nie myśl, że dobrze, ty sukinsynu. Psiakrew, jaka ja byłam
głupia… Ach, idź do diabła! Patrzeć na ciebie nie mogę!

Krzyknęła, poderwała karosza, ostro pocwałowała do przodu. Wiedźmin
wstrzymał wierzchowca, przepuścił wóz krasnoludów, ryczących,
klnących, gwiżdżących na kościanych piszczałkach. Między
nimi, rozwalony na workach z owsem, leżał Jaskier, pobrzękując
na lutni.

– Hej! – ryczał Yarpen Zigrin siedzący na koźle, wskazując
na Yennefer. – Coś się tam czerni na szlaku! Ciekawe, co to?
Wygląda jak kobyła!

– Bez ochyby! – odwrzasnął Jaskier odsuwając na tył głowy
śliwkowy kapelusik. – To kobyła! Wierzchem na wałachu!
Niebywałe!

Yarpenowi chłopcy zatrzęśli brodami w chóralnym śmiechu.
Yennefer udawała, że nie słyszy.

Geralt wstrzymał konia, przepuścił konnych łuczników Niedamira.
Za nimi, w pewnej odległości, jechał wolno Borch, a tuż za
nim Zerrikanki stanowiące ariergardę kolumny. Geralt zaczekał, aż
podjadą, poprowadził klacz bok w bok z koniem Borcha. Jechali, milcząc.

– Wiedźminie – odezwał się nagle Trzy Kawki. – Chcę
ci zadać jedno pytanie.

– Zadaj.

– Czemu nie zawrócisz?

Wiedźmin przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu.

– Naprawdę chcesz to wiedzieć?

– Chcę – powiedział Trzy Kawki zwracając ku niemu twarz.

– Jadę z nimi, bo jestem bezwolny golem. Bo jestem wiecheć pakuł
gnany wiatrem wzdłuż gościńca. Dokąd, powiedz mi, mam pojechać?
I po co? Tutaj przynajmniej zebrali się tacy, z którymi mam o czym
rozmawiać. Tacy, którzy nie przerywają rozmowy, gdy podchodzę. Tacy,
którzy nawet nie lubiąc mnie, mówią mi to w oczy, nie rzucają kamieniami
zza opłotków. Jadę z nimi z tego samego powodu, dla którego pojechałem
z tobą do flisackiej oberży. Bo jest mi wszystko jedno. Nie mam
miejsca, do którego mógłbym zmierzać. Nie mam celu, który powinien
znajdować się na końcu drogi.

Trzy Kawki odchrząknął.

– Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. Nawet
ty, chociaż wydaje ci się, że jesteś taki inny.

– Teraz ja zadam ci pytanie.

– Zadaj.

– Czy ty masz cel będący na końcu drogi?

– Mam.

– Szczęściarz.

– To nie jest sprawa szczęścia, Geralt. To jest sprawa tego,
w co wierzysz i czemu się poświęcisz. Nikt nie powinien wiedzieć
o tym lepiej od… Od wiedźmina.

– Ciągle słyszę dziś o powołaniu – westchnął Geralt.
– Powołaniem Niedamira jest zagarnąć Malleore. Powołaniem Eycka
z Denesle jest bronić ludzi przed smokami. Dorregaray czuje się powołany
do czegoś wręcz odwrotnego. Yennefer, z racji pewnych zmian, jakim
poddano jej organizm, nie może spełniać swojego powołania i strasznie
się miota. Cholera, tylko Rębacze i krasnoludy nie czują żadnego
powołania, chcą się po prostu nachapać. Może dlatego tak mnie
do nich ciągnie?

– Nie do nich cię ciągnie, Geralcie z Rivii. Nie
jestem ślepy ni głuchy. Nie na dźwięk ich imion sięgnąłeś
wtedy po sakiewkę. Ale wydaje mi się…

– Niepotrzebnie ci się wydaje – rzekł wiedźmin
bez gniewu.

– Przepraszam.

– Niepotrzebnie przepraszasz.

Wstrzymali konie, ledwie na czas, by nie wpaść na
zatrzymaną nagle kolumnę łuczników z Caingorn.

– Co się stało? – Geralt stanął w strzemionach.
– Dlaczegośmy się zatrzymali?

– Nie wiem – Borch odwrócił głowę. Vea, ze ściągniętą
dziwnie twarzą, wyrzekła szybko kilka słów.

– Podskoczę na czoło – rzekł wiedźmin –
i sprawdzę.

– Zostań.

– Dlaczego?

Trzy Kawki milczał przez chwilę patrząc w ziemię.

– Dlaczego? – powtórzył Geralt.

– Jedź – rzekł Borch. – Może tak
będzie lepiej.

– Co ma być lepiej?

– Jedź.

Most, spinający dwie krawędzie przepaści, wyglądał
solidnie, zbudowany z grubych, sosnowych bali, wsparty na czworokątnym
filarze, o który, szumiąc, długimi wąsami piany rozbijał się nurt.

– Hej, Zdzieblarz! – wrzasnął Boholt podprowadzając
wóz. – Czegoś się zatrzymał?

– A bo ja wiem, jaki ten most?

– Czemu tędy nam droga? – spytał Gyllenstiern,
podjeżdżając bliżej. – Nie w smak mi pchać się z wozami
na tę kładkę. Hej, szewcze! Czemu tędy wiedziesz, a nie szlakiem?
Szlak przecież idzie dalej, ku zachodowi?

Bohaterski truciciel z Hołopola zbliżył się,
zdejmując baranią czapkę. Wyglądał przezabawnie, ustrojony
w opięty na siermiędze staromodny półpancerz wyklepany zapewne jeszcze
za panowania króla Sambuka.

– Tędy droga krótsza, miłościwy panie – powiedział nie
do kanclerza, lecz wprost do Niedamira, którego twarz nadal wyrażała
bolesne wręcz znudzenie.

– Jak niby? – spytał zmarszczony Gyllenstiern. Niedamir nie
zaszczycił szewca nawet uważniejszym spojrzeniem.

– To – powiedział Kozojed, wskazując na górujące nad okolicą
trzy szczerbate szczyty – to są Chiava, Pustula i Skakunowy
Ząb. Szlak wiedzie ku ruinom starej warowni, otacza Chiavę od północy,
za źródłami rzeki. A mostem możem drogę skrócić. Wąwozem przejdziem
na płań między góry. A jeśli tamój smoczych śladów nie znajdziemy,
pójdziemy na wschód dalej, przepatrzymy jary. A jeszcze dalej na wschód
są równiuśkie hale, prosta droga tamtędy do Caingorn, ku waszym,
panie, dziedzinom.

– A gdzieżeś to, Kozojed, takiego umu o tych górach nabrał?
– spytał Boholt. – Przy kopycie?

– Nie, panie. Owcem tu za młodu pasał.

– A ten most wytrzyma? – Boholt wstał na koźle, spojrzał
w dół, na spienioną rzekę. – Przepaść ma ze czterdzieści
sążni.

– Wytrzyma, panie.

– Skąd w ogóle taki most w tej dziczy?

– Tego mosta – rzekł Kozojed – trolle dawnymi czasy pobudowały,
kto tędy jeździł, musiał im płacić słony grosz. Ale że rzadko
tędy jeździli, tedy trolle z torbami poszli. A most ostał.

– Powtarzam – powiedział gniewnie Gyllenstiern – wozy
mamy ze sprzętem i paszą, możemy na bezdrożach utknąć. Czy
nie lepiej szlakiem jechać?

– Można i szlakiem – wzruszył ramionami szewc – ale
to dłuższa droga. A król prawił, że mu do smoka pilno, że
wygląda go, niby kania dżdżownic.

– Dżdżu – poprawił kanclerz.

– Niech będzie, że dżdżu – zgodził się Kozojed.
– A mostem i tak będzie bliżej.

– No, to jazda, Kozojed – zdecydował Boholt. – Suń przodem,
ty i twoje wojsko. U nas taki obyczaj, przodem puszczać najwaleczniejszych.

– Nie więcej niż jeden wóz na raz – ostrzegł Gyllenstiern.

– Dobra – Boholt smagnął konie, wóz zadudnił po balach mostu.
– Za nami, Zdzieblarz! Bacz, czy koła równo idą!

Geralt wstrzymał konia, drogę zagrodzili mu łucznicy Niedamira w swoich
purpurowo-złotych kaftanach stłoczeni na kamiennym przyczółku.

Klacz wiedźmina parsknęła.

Ziemia zadrżała. Góry zadygotały, zębaty skraj skalistej ściany
zamazał się nagle na tle nieba, a sama ściana przemówiła nagle
głuchym, wyczuwalnym dudnieniem.

– Uwaga! – zaryczał Boholt, już po drugiej stronie mostu.
– Uwaga tam!

Pierwsze kamienie, na razie drobne, zaszuściły i zastukały po
dygoczącym spazmatycznie obrywie. Na oczach Geralta część drogi,
rozziewając się w czarną, przeraźliwie szybko rosnącą szczelinę,
oberwała się, poleciała w przepaść z ogłuszającym łoskotem.

– Po koniach!!! – wrzasnął Gyllenstiern. – Miłościwy
panie! Na drugą stronę!

Niedamir, z głową wtuloną w grzywę konia, runął na most, za nim skoczył
Gyllenstiern i kilku łuczników. Za nimi, dudniąc, wwalił się na trzeszczące
dyle królewski furgon z łopoczącą chorągwią z gryfem.

– To lawina! Z drogi! – zawył z tyłu Yarpen Zigrin chlaszcząc
biczem po końskich zadach, wyprzedzając drugi wóz Niedamira i roztrącając
łuczników. – Z drogi, wiedźminie! Z drogi!

Obok wozu krasnoludów przecwałował Eyck z Denesle, wyprostowany i
sztywny. Gdyby nie śmiertelnie blada twarz i zaciśnięte w
rozedrganym grymasie usta, można by pomyśleć, że błędny
rycerz nie zauważa sypiących się na szlak głazów i kamieni. Z
tyłu, z grupy łuczników, ktoś krzyczał dziko, rżały konie.

Geralt szarpnął wodze, spiął konia, tuż przed nim ziemia zagotowała
się od lecących z góry głazów. Wóz krasnoludów z turkotem przetoczył
się po kamieniach, tuż przed mostem podskoczył, osiadł z trzaskiem
na bok, na ułamaną oś. Koło odbiło się od balustrady, poleciało
w dół, w kipiel.

Klacz wiedźmina, sieczona ostrymi odłamkami skał,
stanęła dęba. Geralt chciał zeskoczyć, ale zaczepił klamrą buta o
strzemię, upadł na bok, na drogę. Klacz zarżała i popędziła
przed siebie, prosto na tańczący nad przepaścią most. Po moście
biegły krasnoludy wrzeszcząc i pomstując.

– Szybciej, Geralt! – krzyknął biegnący za nimi
Jaskier, oglądając się.

– Wskakuj, wiedźminie! – zawołał Dorregaray
miotając się w siodle, z trudem utrzymując szalejącego konia.

Z tyłu, za nimi, cała droga tonęła w chmurze pyłu wzbijanego
przez lecące głazy, druzgocące wozy Niedamira. Wiedźmin wczepił
palce w rzemienie juków za siodłem czarodzieja. Usłyszał krzyk.

Yennefer zwaliła się razem z koniem, odturlała w bok,
dalej od wierzgających na oślep kopyt, przypadła do ziemi, osłaniając
głowę rękoma. Wiedźmin puścił siodło, pobiegł ku niej, nurkując
w ulewę kamieni, przeskakując otwierające się pod nogami rozpadliny.
Yennefer, szarpnięta za ramię, uniosła się na kolana. Oczy miała
szeroko otwarte, z rozciętej brwi ciekła jej strużka krwi sięgająca
już końca ucha.

– Wstawaj, Yen!

– Geralt! Uważaj!

Ogromny, płaski blok skalny, z łoskotem i zgrzytem szorując
po ścianie obrywu, zsuwał się, leciał prosto na nich. Geralt padł
nakrywając sobą czarodziejkę. W tym samym momencie blok eksplodował,
rozerwał się na miliard odłamków, które spadły na nich, tnąc jak osy.

– Szybciej! – krzyknął Dorregaray. Wymachując
różdżką na tańczącym koniu, rozsadzał w pył kolejne głazy,
osuwające się z obrywu. – Na most, wiedźminie!

Yennefer machnęła ręką, wyginając palce, krzyknęła niezrozumiale.
Kamienie, stykając się z niebieskawą półsferą, wyrosłą nagle nad ich
głowami, znikały jak krople wody padające na rozpaloną blachę.

– Na most, Geralt! – krzyknęła czarodziejka. – Blisko
mnie!

Pobiegli, ścigając Dorregaraya i kilku spieszonych łuczników.
Most kołysał się i trzeszczał, bale wyginały się na wszystkie strony
miotając nimi od balustrady do balustrady.

– Szybciej!

Most osiadł nagle z przenikliwym trzaskiem, połowa, którą
już przebyli, urwała się, z łoskotem poleciała w przepaść,
wraz z nią wóz krasnoludów, roztrzaskując się o kamienne zęby wśród
oszalałego rżenia koni. Część, na której się znajdowali, wytrzymała,
ale Geralt zorientował się nagle, że biegną już pod górę,
pod raptownie stromiejącą stromiznę. Yennefer zaklęła dysząc.

– Padnij, Yen! Trzymaj się!

Resztka mostku zgrzytnęła, chrupnęła i opuściła się
jak pochylnia. Upadli, wczepiając palce w szczeliny między balami.
Yennefer nie utrzymała się. Pisnęła po dziewczęcemu i pojechała w
dół. Geralt, uczepiony jedną ręką, wyciągnął sztylet, wraził ostrze
między bale, oburącz uchwycił się rękojeści. Stawy w jego łokciach
zatrzeszczały, gdy Yennefer szarpnęła nim, zawisając na pasie i pochwie
miecza, przerzuconego przez plecy. Most chrupnął znowu i pochylił
się jeszcze bardziej, prawie do pionu.

– Yen – wystękał wiedźmin. – Zrób coś…
Cholera, rzuć zaklęcie!

– Jak? – usłyszał jej gniewne, stłumione warknięcie.
– Przecież wiszę!

– Zwolnij jedną rękę!

– Nie mogę…

– Hej! – wrzasnął z góry Jaskier. –
Trzymacie się? Hej!

Geralt nie uznał za celowe potwierdzać.

– Dajcie linę! – darł się Jaskier. – Prędko, psiakrew!

Obok trubadura pojawili się Rębacze, krasnoludy i Gyllenstiern.
Geralt usłyszał ciche słowa Boholta.

– Poczekaj, śpiewaku. Ona zaraz odpadnie. Wtedy
wyciągniemy wiedźmina.

Yennefer zasyczała jak żmija wijąc się na plecach
Geralta. Pas boleśnie wpił mu się w pierś.

– Yen? Możesz złapać oparcie? Nogami? Możesz
coś zrobić nogami?

– Tak – jęknęła. – Pomajtać.

Geralt spojrzał w dół, na rzekę, kotłującą się wśród
ostrych głazów, o które obijały się, wirując, nieliczne belki mostu,
koń i trup w jaskrawych barwach Caingorn. Za głazami, w szmaragdowym,
przejrzystym odmęcie, zobaczył wrzecionowate cielska wielkich pstrągów,
leniwie poruszających się w prądzie.

– Trzymasz się, Yen?

– Jeszcze… tak…

– Podciągnij się. Musisz złapać oparcie…

– Nie… mogę…

– Dajcie linę! – wrzeszczał Jaskier. – Co
wyście, pogłupieli? Spadną obydwoje!

– Może i dobrze? – zastanowił się niewidoczny
Gyllenstiern.

Most zatrzeszczał i obsunął się jeszcze bardziej. Geralt
zaczął tracić czucie w palcach, zaciśniętych na rękojeści
sztyletu.

– Yen…

– Zamknij się… i przestań wiercić…

– Yen?

– Nie mów tak do mnie…

– Wytrzymasz?

– Nie – powiedziała zimno. Nie walczyła już,
wisiała mu na plecach martwym, bezwładnym ciężarem.

– Yen?

– Zamknij się.

– Yen. Wybacz mi.

– Nie. Nigdy.

Coś pełzło w dół, po balach. Szybko. Jak wąż.

Emanująca zimną poświatą lina, wyginając się i zwijając,
jak żywa, namacała ruchliwym końcem kark Geralta, przesunęła się
pod pachami, zamotała w luźny węzeł. Czarodziejka, pod nim, jęknęła,
wciągając powietrze. Był pewien, że zaszlocha. Mylił się.

– Uwaga! – krzyknął z góry Jaskier. – Wyciągamy
was! Niszczuka! Kennet! W górę ich! Ciągnijcie!

Szarpnięcie, bolesny, duszący ucisk naprężonej liny.
Yennefer westchnęła ciężko. Pojechali w górę, szybko, szorując
brzuchami o szurpate dyle.

Na górze Yennefer wstała pierwsza.

VII

– Z całego taboru – rzekł Gyllenstiern – ocaliliśmy
jeden furgon, królu, nie licząc wozu Rębaczy. Z oddziału zostało siedmiu
łuczników. Po tamtej stronie przepaści nie ma już drogi, jest
tylko piarg i gładka ściana, jak daleko pozwala widzieć załom.
Nie wiadomo, czy ocalał ktokolwiek z tych, co zostali, gdy most się
zawalił.

Niedamir nie odpowiedział. Eyck z Denesle, wyprostowany, stanął przed
królem, utkwiwszy w nim błyszczące, zgorączkowane oczy.

– Ściga nas gniew bogów – powiedział wznosząc ręce. –
Zgrzeszyliśmy, królu Niedamirze. To była święta wyprawa, wyprawa
przeciw złu. Bo smok to zło, tak, każdy smok to wcielone zło.
Ja zła nie mijam obojętnie, ja rozgniatam je pod stopą… Unicestwiam.
Tak, jak każą bogowie i Święta Księga.

– Co on plecie? – zmarszczył się Boholt.

– Nie wiem – rzekł Geralt, poprawiając uprząż klaczy.
– Nie pojąłem ni słowa.

– Bądźcie cicho – powiedział Jaskier. – Staram się
to zapamiętać, może da się wykorzystać, gdy się dobierze rymy.

– Mówi Święta Księga – rozwrzeszczał się na dobre Eyck
– że wynijdzie z otchłani wąż, smok obrzydły, siedem głów
i dziesięć rogów mający! A na grzbiecie jego zasiądzie niewiasta w
purpurach i szkarłatach, a puchar złoty będzie w jej dłoni, a na czole
jej wypisany będzie znak wszelkiego i ostatecznego kurewstwa!

– Znam ją! – ucieszył się Jaskier. – To Cilia, żona
wójta Sommerhaldera!

– Uciszcie się, panie poeto – rzekł Gyllenstiern. –
A wy, rycerzu z Denesle, mówcie jaśniej, jeśli łaska.

– Przeciw złu, królu – zawołał Eyck – trzeba wystąpić
z czystym sercem i sumieniem, z podniesioną głową! A kogo
my tu widzimy? Krasnoludów, którzy są poganami, rodzą się w ciemnościach
i kłaniają się ciemnym mocom! Czarowników bluźnierców, uzurpujących
sobie boskie prawa, siły i przywileje! Wiedźmina, który jest wstrętnym
odmieńcem, przeklętym, nienaturalnym tworem. Dziwicie się, że
spadła na nas kara? Królu Niedamirze! Sięgnęliśmy granic możliwości!
Nie wystawiajmy na próbę bożej łaskawości. Wzywam was, królu,
byście oczyścili z plugastwa nasze szeregi, zanim…

– O mnie ani słowa – żałośnie wtrącił Jaskier. –
Ani słówka o poetach. A tak się staram.

Geralt uśmiechnął się do Yarpena Zigrina głaszczącego powolnym
ruchem ostrze zatkniętego za pas topora. Krasnolud, ubawiony, wyszczerzył
zęby. Yennefer odwróciła się demonstracyjnie, udając, że rozdarta
aż po biodro spódnica frasuje ją bardziej niż słowa Eycka.

– Przesadziliśmy nieco, panie Eyck – odezwał się ostro
Dorregaray. – Chociaż niewątpliwie ze szlachetnych pobudek.
Za niepotrzebne zgoła uważam uświadamianie nam, co myślicie
o czarodziejach, krasnoludach i wiedźminach. Choć, jak sądzę,
wszyscyśmy już przywykli do takich opinii, ani to grzeczne,
ani rycerskie, panie Eyck. A już zupełnie niepojęte po tym, kiedy
to wy, nie kto inny, biegniecie i podajecie magiczną elfią linę zagrożonym
śmiercią wiedźminowi i czarodziejce. Z tego, co mówicie,
wynika, że raczej powinniście się modlić, by spadli.

– Psiakrew – szepnął Geralt do Jaskra. – To on podał
tę linę? Eyck? Nie Dorregaray?

– Nie – mruknął bard. – To Eyck, to faktycznie on.

Geralt pokręcił głową z niedowierzaniem. Yennefer zaklęła pod nosem,
wyprostowała się.

– Rycerzu Eyck – powiedziała z uśmiechem, który każdy
prócz Geralta mógł wziąć za miły i życzliwy. – Jakże to?
Jestem plugastwo, a wy ratujecie mi życie?

– Jesteście damą, pani Yennefer – rycerz skłonił się
sztywno. – A wasza urodziwa i szczera twarz pozwala wierzyć, że
wyrzekniecie się kiedyś przeklętego czarnoksięstwa.

Boholt parsknął.

– Dziękuję wam, rycerzu – rzekła sucho Yennefer. – I wiedźmin
Geralt też wam dziękuje. Podziękuj mu, Geralt.

– Prędzej mnie szlag trafi – wiedźmin westchnął rozbrajająco
szczerze. – Za co niby? Jestem plugawy odmieniec, a moja nieurodziwa
twarz nie rokuje żadnych nadziei na poprawę. Rycerz Eyck wyciągnął
mnie z przepaści niechcący, tylko dlatego, że kurczowo
trzymałem się urodziwej damy. Gdybym sam tam wisiał, Eyck
nie kiwnąłby palcem. Nie mylę się, prawda, rycerzu?

– Mylicie się, panie Geralcie – powiedział spokojnie
błędny rycerz. – Nikomu będącemu w potrzebie nie odmawiam pomocy.
Nawet komuś takiemu jak wiedźmin.

– Podziękuj, Geralt. I przeproś – powiedziała
ostro czarodziejka. – W przeciwnym razie potwierdzisz, że
przynajmniej w odniesieniu do ciebie Eyck miał zupełną rację. Nie
potrafisz współżyć z ludźmi. Bo jesteś inny. Twój udział
w tej wyprawie jest pomyłką. Przygnał cię tu bezsensowny cel. Sensownie
będzie więc odłączyć się. Sądzę, że sam już to zrozumiałeś.
A jeżeli nie, to wreszcie zrozum.

– O jakim to celu mówicie, pani? – wtrącił się
Gyllenstiern. Czarodziejka spojrzała na niego, nie odpowiedziała.
Jaskier i Yarpen Zigrin uśmiechnęli się do siebie znacząco, ale
tak, by czarodziejka tego nie dostrzegła.

Wiedźmin spojrzał w oczy Yennefer. Były zimne.

– Przepraszam i dziękuję, rycerzu z Denesle –
skłonił głowę. – Wszystkim tu obecnym dziękuję. Za pospieszny
ratunek udzielony bez namysłu. Słyszałem, wisząc, jak jeden przez
drugiego rwaliście się do pomocy. Wszystkich tu obecnych proszę
o wybaczenie. Wyjąwszy szlachetną Yennefer, której dziękuję, o nic
nie prosząc. Żegnam. Plugastwo z dobrej woli opuszcza kompanię.
Bo plugastwo ma was dosyć. Bywaj, Jaskier.

– Ejże, Geralt – zawołał Boholt. – Nie
strój fochów niby dzieweczka, nie rób z igły wideł. Do diabła z…

– Ludzieeeee!

Od strony gardzieli wąwozu biegł Kozojed i kilku hołopolskich
milicjantów wysłanych na zwiady.

– Co jest? Czemu on tak się drze? – uniósł głowę
Niszczuka.

– Ludzie… Wasze… miłości… – dyszał
szewc.

– Wykrztuśże, człowieku – powiedział Gyllenstiern,
zaczepiając kciuki o złoty pas.

– Smok! Tam, smok!

– Gdzie?

– Za wąwozem… Na równym… Panie, on…

– Do koni! – zakomenderował Gyllenstiern.

– Niszczuka! – wrzasnął Boholt. – Na wóz! Zdzieblarz,
na koń i za mną!

– W dyrdy, chłopaki! – ryknął Yarpen Zigrin. – W dyrdy,
psia mać!

– Hej, poczekajcie! – Jaskier zarzucił lutnię na ramię. –
Geralt! Weź mnie na konia!

– Wskakuj!

Wąwóz kończył się usypiskiem jasnych skał, coraz rzadszych, tworzących
nieregularny krąg. Za nimi teren opadał lekko na trawiastą, pagórkowatą
halę, ze wszystkich stron zamkniętą wapiennymi ścianami, ziejącymi
tysiącami otworów. Trzy wąskie kaniony, ujścia wyschłych strumieni,
otwierały się na halę.

Boholt, który pierwszy docwałował do bariery głazów, zatrzymał nagle
konia, stanął w strzemionach.

– O, zaraza – powiedział. – O, jasna zaraza. To… to
nie może być!

– Co? – spytał Dorregaray podjeżdżając. Obok niego
Yennefer, zeskakując z wozu Rębaczy, oparła się piersią o skalny
blok, wyjrzała, cofnęła się, przetarła oczy.

– Co? Co jest? – krzyknął Jaskier, wychylając się zza pleców
Geralta. – Co jest, Boholt?

– Ten smok… jest złoty.

Nie dalej niż sto kroków od kamiennej gardzieli wąwozu, z którego
wyszli, na drodze do wiodącego na północ kanionu, na łagodnie obłym,
niewysokim pagórze, siedziało stworzenie. Siedziało, wyginając w regularny
łuk długą, smukłą szyję, skłoniwszy wąską głowę na wysklepioną
pierś, oplatając ogonem przednie, wyprostowane łapy.

Było w tym stworzeniu, w pozycji, w jakiej siedziało, coś pełnego
niewysłowionej gracji, coś kociego, coś, co zaprzeczało jego
ewidentnie gadziej proweniencji. Niezaprzeczalnie gadziej. Stworzenie
było bowiem pokryte łuską, wyraźną w rysunku, błyszczącą rażącym
oczy blaskiem jasnego, żółtego złota. Bo stworzenie siedzące na
pagórku było złote – złote od czubków zarytych w ziemię pazurów
po koniec długiego ogona, poruszającego się leciutko wśród porastających
pagór ostów. Patrząc na nich wielkimi, złotymi oczami, stworzenie
rozwinęło szerokie, złociste, nietoperze skrzydła i tak trwało nieruchome,
każąc się podziwiać.

– Złoty smok – szepnął Dorregaray. – To niemożliwe…
Żywa legenda!

– Nie ma, psia mać, złotych smoków – stwierdził
Niszczuka i splunął. – Wiem, co mówię.

– To co to jest to, co siedzi na pagórku? – spytał
rzeczowo Jaskier.

– To jakieś oszustwo.

– Iluzja.

– To nie jest iluzja – powiedziała Yennefer.

– To złoty smok – rzekł Gyllenstiern. – Najprawdziwszy
złoty smok.

– Złote smoki są tylko w legendach!

– Przestańcie – wtrącił nagle Boholt. – Nie
ma się czym gorączkować. Byle bałwan widzi, że to złoty smok.
A co to, proszę waszmości, za różnica, złoty, siny, sraczkowaty
czy w kratkę? Duży nie jest, załatwimy go raz-dwa. Zdzieblarz,
Niszczuka, rozgrużajcie wóz, wyciągajcie sprzęt. Też
mi różnica, złoty, niezłoty.

– Jest różnica, Boholt – powiedział Zdzieblarz.
– I to zasadnicza. To nie jest smok, którego tropimy. Nie ten,
podtruty pod Hołopolem, który siedzi w jamie, na kruszcu i klejnotach.
A ten tu siedzi na rzyci jedynie. To po cholerę nam on?

– Ten smok jest złoty, Kennet – warknął Yarpen
Zigrin. – Widziałeś kiedy takiego? Nie rozumiesz? Za jego
skórę weźmiemy więcej, niż wyciągnęlibyśmy ze zwykłego
skarbca.

– I to nie psując rynku drogich kamieni – dodała
Yennefer uśmiechając się nieładnie. – Yarpen ma rację. Umowa
obowiązuje nadal. Jest co dzielić, no nie?

– Hej, Boholt? – wrzasnął Niszczuka z wozu przebierając
z rumorem w ekwipunku. – Co zakładamy na siebie i na konie?
Czym ta złota gadzina może ziać, hę? Ogniem? Kwasem? Parą?

– A zaraza jego wie, proszę waszmości – zafrasował się
Boholt. – Hej, czarodzieje! Czy legendy o złotych smokach mówią,
jak takiego zabić?

– Jak go zabić? A zwyczajnie! – krzyknął nagle Kozojed. –
Nie ma co medytować, dajcie prędko jakiego zwierzaka. Napchamy go
czymś trującym i podrzucimy gadu, niech sczeźnie.

Dorregaray popatrzył na szewca z ukosa, Boholt splunął, Jaskier odwrócił
głowę z grymasem obrzydzenia. Yarpen Zigrin uśmiechał się obleśnie,
wziąwszy się pod boki.

– Co tak patrzycie? – spytał Kozojed. – Bierzmy się do
roboty, trzeba uradzić, czym napchamy ścierwo, żeby gad skapiał
co rychlej. Musi to być coś, co jest strasznie jadowite, trujące
albo zgniłe.

– Aha – przemówił krasnolud, wciąż z uśmiechem. – Coś,
co jest jadowite, paskudne i śmierdzące. Wiesz co, Kozojed?
Wychodzi, że to ty.

– Co?

– Gówno. Zjeżdżaj stąd, ciżmopsuju, niech oczy moje
na ciebie nie patrzą.

– Panie Dorregaray – rzekł Boholt podchodząc do czarodzieja.
– Okażcie przydatność. Przypomnijcie sobie legendy i
podania. Co wam wiadomo o złotych smokach?

Czarodziej uśmiechnął się, prostując się wyniośle.

– Co mi wiadomo o złotych smokach, pytasz? Mało, ale wystarczająco
wiele.

– Słuchamy tedy.

– A słuchajcie, i słuchajcie uważnie. Tam, przed nami, siedzi
złoty smok. Żywa legenda, być może ostatnie i jedyne w swoim
rodzaju stworzenie, jakie ocalało przed waszym morderczym szałem.
Nie zabija się legendy. Ja, Dorregaray, nie pozwolę wam ruszyć
tego smoka. Zrozumiano? Możecie się pakować, troczyć juki i wracać
do domów.

Geralt był przekonany, że wybuchnie wrzawa. Mylił się.

– Mości czarodzieju – przerwał ciszę głos Gyllenstierna.
– Baczcie no, co i do kogo mówicie. Król Niedamir może kazać
wam, Dorregarayowi, troczyć juki i wynosić się do diabła. Ale nie
odwrotnie. Czy to jest jasne?

– Nie – rzekł dumnie czarodziej. – Nie jest. Bo ja jestem
mistrz Dorregaray i nie będzie mi rozkazywał ktoś, kogo królestwo
obejmuje obszar widoczny z wysokości ostrokołu parszywej, brudnej
i zasmrodzonej warowni. Czy wiecie, panie Gyllenstiern, że jeśli
wypowiem zaklęcie i wykonam ruch ręką, to zmienicie się w krowi placek,
a wasz nieletni król w coś niewypowiedzianie gorszego? Czy to
jest jasne?

Gyllenstiern nie zdążył odpowiedzieć, bowiem Boholt, przystąpiwszy
do Dorregaraya, chwycił go za ramię i obrócił ku sobie. Niszczuka
i Zdzieblarz, milczący i ponurzy, wysunęli się zza pleców Boholta.

– Słuchajcie no, panie magik – rzekł cicho ogromny Rębacz.
– Zanim zaczniecie wykonywać te wasze ruchy ręką, posłuchajcie.
Mógłbym długo tłumaczyć, proszę waszmości, co sobie robię z twoich
zakazów, z twoich legend i z twojego głupiego gadania. Ale nie chce
mi się. Niech więc to starczy ci za moją odpowiedź.

Boholt odchrząknął, przyłożył palec do nosa i z bliskiej odległości
nasmarkał czarodziejowi na czubki butów.

Dorregaray pobladł, ale nie poruszył się. Widział – jak i wszyscy
– morgenstern łańcuchowy na łokciowej długości trzonku trzymany
przez Niszczukę w nisko opuszczonej dłoni. Wiedział – jak i wszyscy
– że czas, potrzebny na rzucenie zaklęcia jest nierównie dłuższy
od czasu, jaki potrzebny będzie Niszczuce na rozwalenie mu głowy na
ćwierci.

– No – powiedział Boholt. – A teraz odejdźcie grzecznie
na bok, proszę waszmości. A jeśli przyjdzie ci ochota znowu
otworzyć gębę, to prędko wetknij sobie w nią wiecheć trawy. Bo jeśli
jeszcze raz usłyszę twoje stękania, to mnie popamiętasz.

Boholt odwrócił się, zatarł dłonie.

– No, Niszczuka, Zdzieblarz, do roboty, bo nam gad w końcu
ucieknie.

– Nie wygląda, żeby on miał zamiar uciekać – powiedział
Jaskier obserwujący przedpole. – Patrzcie no na niego.

Złoty smok, siedzący na pagórku, ziewnął, zadarł głowę, zamachał skrzydłami,
smagnął ziemię ogonem.

– Królu Niedamirze i wy, rycerze! – zaryczał rykiem brzmiącym
jak mosiężna trąba. – Jestem smok Villentretenmerth! Jak widzę,
nie ze wszystkim zatrzymała was lawina, którą to ja, nie chwalący
się, spuściłem wam na głowy. Dotarliście aż tutaj. Jak
wiecie, z doliny tej są tylko trzy wyjścia. Na wschód, ku Hołopolu,
i na zachód, ku Caingorn. I z tych dróg możecie skorzystać. Północnym
wąwozem, panowie, nie pójdziecie, bo ja, Villentretenmerth, zabraniam
wam tego. Jeśli zaś ktoś mego zakazu respektować nie zechce,
wyzywam go oto na bój, na honorowy, rycerski pojedynek. Na broń konwencjonalną,

bez czarów, bez ziania ogniem. Walka do pełnej kapitulacji jednej
ze stron. Czekam odpowiedzi przez herolda waszego, jak każe zwyczaj!

Wszyscy stali otworzywszy szeroko usta.

– On gada! – sapnął Boholt. – Niebywałe!

– I do tego strasznie mądrze – rzekł Yarpen Zigrin. – Czy
ktoś wie, co to jest broń konfesjonalna?

– Zwykła, niemagiczna – powiedziała Yennefer marszcząc brwi.
– Mnie jednak zastanawia coś innego. Nie można mówić artykułowanie,
mając rozwidlony język. Łajdak używa telepatii. Uważajcie,
to działa w obie strony. Może czytać wasze myśli.

– Co on, zgłupiał ze szczętem, czy jak? – zdenerwował się
Kennet Zdzieblarz. – Honorowy pojedynek? Z głupim gadem? A takiego!
Idziemy na niego kupą! W kupie siła!

– Nie.

Obejrzeli się.

Eyck z Denesle, już na koniu, w pełnej zbroi, z kopią osadzoną
przy strzemieniu, prezentował się dużo lepiej niż na piechotę.
Spod podniesionej zasłony hełmu gorzały zgorączkowane oczy, bielała
blada twarz.

– Nie, panie Kennet – powtórzył rycerz. – Chyba, że
po moim trupie. Nie dopuszczę, by obrażano w mojej obecności
honor rycerski. Kto odważy się złamać zasady honorowego pojedynku…

Eyck mówił coraz głośniej, egzaltowany głos łamał mu się i drżał
z podniecenia.

– …kto znieważy honor, znieważy i mnie, i krew jego
lub moja popłynie na tę umęczoną ziemię. Bestia żąda pojedynku?
Dobrze więc! Niechaj herold otrąbi moje imię! Niech zadecyduje sąd
bogów! Za smokiem siła kłów i pazurów, i piekielna złość, a za
mną…

– Co za kretyn – mruknął Yarpen Zigrin.

– …za mną prawość, za mną wiara, za mną łzy
dziewic, które ten gad…

– Skończ, Eyck, bo rzygać się chce! – wrzasnął
Boholt. – Dalej, w pole! Bierz się za smoka, zamiast gadać!

– Ej, Boholt, zaczekaj – rzekł nagle krasnolud,
szarpiąc brodę. – Zapomniałeś o umowie? Jeśli Eyck położy
gadzinę, weźmie połowę…

– Eyck nic nie weźmie – wyszczerzył zęby
Boholt. – Znam go. Jemu wystarczy, jeśli Jaskier ułoży
o nim piosenkę.

– Cisza! – oznajmił Gyllenstiern. – Niech
tak będzie. Przeciwko smokowi wystąpi prawy rycerz błędny, Eyck z Denesle,
walczący w barwach Caingorn jako kopia i miecz króla Niedamira.
Taka jest królewska decyzja!

– No i masz – zgrzytnął zębami Yarpen Zigrin.
– Kopia i miecz Niedamira. Załatwił nas caingornski królik. I co
teraz?

– Nic – Boholt splunął. – Nie chcesz chyba
zadzierać z Eyckiem, Yarpen? On gada głupio, ale jeśli już
wlazł na konia i podniecił się, to lepiej schodzić mu z drogi. Niech
idzie, zaraza, i niech załatwi smoka. A potem się zobaczy.

– Kto będzie heroldem? – spytał Jaskier. –
Smok chciał herolda. Może ja?

– Nie. To nie piosenki śpiewać, Jaskier –
zmarszczył się Boholt. – Heroldem niech będzie Yarpen Zigrin.
Ma głos jak buhaj.

– Dobra, co mi tam – rzekł Yarpen. – Dawajcie
mi tu chorążego ze znakiem, żeby wszystko było jak należy.

– Tylko grzecznie mówcie, panie krasnoludzie. I dwornie
– upomniał Gyllenstiern.

– Nie uczcie mnie jak gadać – krasnolud dumnie
wypiął brzuch. – Chodziłem w poselstwa już wtedy, kiedy
wy jeszczeście na chleb mówili: „bep”, a na muchy:
„tapty”.

Smok w dalszym ciągu spokojnie siedział na pagórku, wesoło
machając ogonem. Krasnolud wdrapał się na największy głaz, odchrząknął
i splunął.

– Hej, ty tam! – zaryczał, biorąc się pod boki. – Smoku
chędożony! Słuchaj, co ci rzeknie herold! Znaczy się ja! Jako
pierwszy honorowo weźmie się za ciebie obłędny rycerz Eyck z Denesle!
I wrazi ci kopię w kałdun, wedle świętego zwyczaju, na pohybel
tobie, a na radość biednym dziewicom i królowi Niedamirowi! Walka
ma być honorowa i wedle prawa, ziać ogniem nie lza, a jeno konfesjonalnie
łupić jeden drugiego, dopokąd ten drugi ducha nie wyzionie albo nie
zemrze! Czego ci życzymy z duszy, serca! Pojąłeś, smoku?

Smok ziewnął, zamachał skrzydłami, a potem, przypadłszy do ziemi,
szybko zlazł z pagóra na równy teren.

– Pojąłem, cny heroldzie! – odryczał. – Niech tedy wystąpi
w pole szlachetny Eyck z Denesle. Jam gotów!

– Istne jasełki – Boholt splunął, ponurym wzrokiem odprowadzając
Eycka, stępa wyjeżdżającego zza bariery głazów. – Cholerna
kupa śmiechu…

– Zamknij jadaczkę, Boholt – krzyknął Jaskier zacierając
ręce. – Patrz, Eyck idzie do szarży! Psiakrew, ale będzie
piękna ballada!

– Hurra! Wiwat Eyck! – krzyknął ktoś z grupy łuczników
Niedamira.

– A ja – odezwał się ponuro Kozojed – ja bym go jednak
dla pewności napchał siarką.

Eyck, już w polu, odsalutował smokowi uniesioną kopią, zatrzasnął
zasłonę hełmu i uderzył konia ostrogami.

– No, no – powiedział krasnolud. – Głupi to on może
jest, ale na szarżowaniu faktycznie się zna. Patrzcie tylko!

Eyck, schylony, zaparty w siodle, zniżył kopię w pełnym galopie.
Smok, wbrew oczekiwaniom Geralta, nie odskoczył, nie ruszył półkolem,
ale przypłaszczony do ziemi, popędził prosto na atakującego rycerza.

– Bij go! Bij, Eyck! – wrzasnął Yarpen.

Eyck, choć niesiony galopem, nie uderzył na wprost, na oślep.
W ostatniej chwili zmienił zwinnie kierunek, przerzucił kopię nad
końskim łbem. Przelatując obok smoka, z całej mocy pchnął, stając
w strzemionach. Wszyscy wrzasnęli jednym głosem. Geralt nie przyłączył
się do chóru.

Smok uniknął pchnięcia w delikatnym, zwinnym, pełnym gracji obrocie
i zwijając się jak żywa, złota wstęga, błyskawicznie, ale miękko,
iście po kociemu, sięgnął łapą pod brzuch konia. Koń kwiknął,
wysoko wyrzucając zad, rycerz zakolebał się w siodle, ale nie wypuścił
kopii. W momencie, gdy koń prawie zarywał się chrapami w ziemię,
smok ostrym pociągnięciem łapy zmiótł Eycka z siodła. Wszyscy widzieli
lecące w górę, wirujące blachy pancerza, wszyscy usłyszeli brzęk i
huk, z jakim rycerz zwalił się na ziemię.

Smok przysiadając przygniótł konia łapą, zniżył zębatą paszczę.
Koń kwiknął przeraźliwie, zaszamotał się i ścichł.

W ciszy, jaka zapadła, wszyscy usłyszeli głęboki głos smoka Villentretenmertha.

– Mężnego Eycka z Denesle można zabrać z pola, jest niezdolny
do dalszej walki. Następny, proszę.

– O, kurwa – powiedział Yarpen Zigrin w ciszy, jaka zapadła.

VIII

– Obie nogi – powiedziała Yennefer wycierając ręce w lnianą
szmatkę. – I chyba coś z kręgosłupem. Zbroja na plecach wgnieciona,
jakby dostał kafarem. A nogi, to przez własną kopię. Nieprędko on
wsiądzie na konia. O ile w ogóle wsiądzie.

– Ryzyko zawodowe – mruknął Geralt.

Czarodziejka zmarszczyła się.

– Tylko tyle masz do powiedzenia?

– A co jeszcze chciałabyś usłyszeć, Yennefer?

– Ten smok jest niewiarygodnie szybki. Za szybki, by mógł z nim
walczyć człowiek.

– Rozumiem. Nie, Yen. Nie ja.

– Zasady? – uśmiechnęła się zjadliwie czarodziejka. – Czy
zwykły, najzwyklejszy strach? To jedno ludzkie uczucie, którego w
tobie nie wytrzebiono?

– Jedno i drugie – zgodził się beznamiętnie wiedźmin.
– Co za różnica?

– Właśnie – Yennefer podeszła bliżej. – Żadna.
Zasady można złamać, strach można pokonać. Zabij tego smoka,
Geralt. Dla mnie.

– Dla ciebie?

– Dla mnie. Chcę tego smoka. Całego. Chcę go mieć tylko dla siebie.

– Użyj czarów i zabij go.

– Nie. Ty go zabij. A ja czarami powstrzymam Rębaczy i innych,
żeby nie przeszkadzali.

– Padną trupy, Yennefer.

– Od kiedy ci to przeszkadza? Ty zajmij się smokiem, ja biorę
na siebie ludzi.

– Yennefer – rzekł chłodno wiedźmin. – Nie mogę zrozumieć.
Po co ci ten smok? Aż do tego stopnia olśniewa cię żółty
kolor jego łusek? Przecież nie cierpisz biedy, masz niezliczone
źródła utrzymania, jesteś sławna. O co więc chodzi? Tylko
nie mów nic o powołaniu, bardzo proszę.

Yennefer milczała, wreszcie, skrzywiwszy wargi, z rozmachem kopnęła
leżący w trawie kamień.

– Jest ktoś, kto może mi pomóc. Podobno to… wiesz,
o co mi chodzi… Podobno to nie jest nieodwracalne. Jest szansa.
Mogę jeszcze mieć… Rozumiesz?

– Rozumiem.

– To skomplikowana operacja, kosztowna. Ale w zamian za złotego
smoka… Geralt?

Wiedźmin milczał.

– Kiedyśmy wisieli na moście – powiedziała czarodziejka
– prosiłeś mnie o coś. Spełnię twoją prośbę. Mimo
wszystko.

Wiedźmin uśmiechnął się smutno, wskazującym palcem dotknął
obsydianowej gwiazdy na szyi Yennefer.

– Za późno, Yen. Już nie wisimy. Przestało mi zależeć.
Mimo wszystko.

Oczekiwał najgorszego, kaskady ognia, błyskawicy, ciosu w twarz, obelgi,
przekleństwa. Zdziwił się, widząc tylko powstrzymywane drżenie
warg. Yennefer odwróciła się powoli. Geralt pożałował swoich słów.
Pożałował emocji, która je zrodziła. Granica możliwości,
przekroczona, pękła jak struna lutni. Spojrzał na Jaskra, zobaczył,
jak trubadur szybko odwraca głowę, unika jego wzroku.

– No, to sprawę honoru rycerskiego mamy już z
głowy, proszę waszmości – zawołał Boholt, już w zbroi,
stając przed Niedamirem, wciąż siedzącym na kamieniu z nieodmiennym
wyrazem znudzenia na twarzy. – Honor rycerski leży tam i jęczy
cichutko. Kiepska to była koncepcja, mości Gyllenstiern, z wypuszczeniem
Eycka jako waszego rycerza i wasala. Palcem nie myślę wskazywać,
ale wiem, komu Eyck zawdzięcza połamane kulasy. Tak, jako żywo,
za jednym pociągnięciem mamy z głowy dwie sprawy. Jednego szaleńca,
chcącego szaleńczo ożywiać legendy o tym, jak to śmiały rycerz
w pojedynkę pokonuje smoka. I jednego krętacza, który chciał na tym
zarobić. Wiecie, o kim mówię, Gyllenstiern, co? To dobrze. A teraz
nasz ruch. Teraz smok jest nasz. Teraz my, Rębacze, załatwimy tego
smoka. Ale na własny rachunek.

– A umowa, Boholt? – wycedził kanclerz. – Co z
umową?

– W rzyci mam umowę.

– To niebywałe! To zniewaga majestatu! – tupnął
nogą Gyllenstiern. – Król Niedamir…

– Co, król? – wrzasnął Boholt wspierając się
na ogromnym, dwuręcznym mieczu. – Może król życzy sobie
osobiście, sam iść na smoka? A może to wy, jego wierny
kanclerz, wtłoczycie w blachy wasze brzuszysko i wystąpicie w pole?
Czemu nie, proszę bardzo, my zaczekamy, proszę waszmości. Mieliście
swoją szansę, Gyllenstiern, gdyby Eyck zadźgał smoka, to wy wzięlibyście
go całego, nam nie dostałoby się nic, ni jedna złota łuska z jego
grzbietu. Ale teraz za późno. Przejrzyjcie na oczy. Nie ma już
komu bić się w barwach Caingorn. Nie znajdziecie drugiego takiego
durnia jak Eyck.

– Nieprawda! – szewc Kozojed przypadł do króla,
wciąż zajętego obserwacją sobie tylko znanego punktu na horyzoncie.
– Królu panie! Zaczekajcie tylko krzynę, niech no nadciągną
nasi z Hołopola, a tylko ich patrzeć! Pluńcie na przemądrzałą szlachtę,
precz ich pognajcie! Obaczycie, kto śmiały naprawdę, kto w garści
mocny, a nie w gębie!

– Zamknij pysk – spokojnie odezwał się Boholt
ścierając plamkę rdzy z napierśnika. – Zamknij pysk, chamie,
bo jak nie, to ja ci go zamknę tak, że ci zębiska do gardzieli
wlecą.

Kozojed, widząc zbliżających się Kenneta i Niszczukę, wycofał
się szybko, skrył wśród hołopolskich milicjantów.

– Królu! – zawołał Gyllenstiern. – Królu, co rozkażesz?

Wyraz znudzenia znikł nagle z twarzy Niedamira. Nieletni monarcha
zmarszczył piegowaty nos i wstał.

– Co rozkażę? – powiedział cienko. – Nareszcie zapytałeś
o to, Gyllenstiern, zamiast decydować za mnie i przemawiać
za mnie i w moim imieniu. Bardzo sie cieszę. I niech tak zostanie,
Gyllenstiern. Od tej chwili będziesz milczał i słuchał rozkazów. Oto
pierwszy z nich. Zbierz ludzi, każ położyć na wóz Eycka z
Denesle. Wracamy do Caingorn.

– Panie…

– Ani słowa, Gyllenstiern. Pani Yennefer, szlachetni panowie,
żegnam was. Straciłem trochę czasu na tej wyprawie, ale i zyskałem
sporo. Wiele się nauczyłem. Dzięki wam za słowa, pani Yennefer, panie
Dorregaray, panie Boholt. I dzięki za milczenie, panie Geralt.

– Królu – rzekł Gyllenstiern. – Jak to? Smok jest tuż,
tuż. Tylko ręką sięgnąć. Królu, twoje marzenie…

– Moje marzenie – powtórzył zamyślony Niedamir. – Ja
go jeszcze nie mam. A jeśli tu zostanę… Może wtedy nie będę
go miał już nigdy.

– A Malleore? A ręka księżniczki? – nie rezygnował kanclerz
wymachując rękami. – A tron? Królu, tamtejszy lud uzna cię…

– W rzyci mam tamtejszy lud, jak mawia pan Boholt – zaśmiał
się Niedamir. – Tron Malleore jest i tak mój, bo mam w Caingorn
trzystu pancernych i półtora tysiąca pieszego luda przeciwko ich tysiącu
zafajdanych tarczowników. A uznać, to oni mnie i tak uznają. Tak długo
będę wieszał, ścinał i włóczył końmi, aż uznają. A ich księżniczka
to tłuste cielątko i plunąć mi na jej rękę, potrzebny mi tylko jej
kuper, niech urodzi następcę, a potem się ją i tak otruje. Metodą
mistrza Kozojeda. Dość gadania, Gyllenstiern. Przystąp do wykonywania
otrzymanych rozkazów.

– Zaiste – szepnął Jaskier do Geralta. – Dużo się
nauczył.

– Dużo – potwierdził Geralt patrząc na pagórek, na którym
złoty smok, zniżywszy trójkątną głowę, lizał rozwidlonym, szkarłatnym
jęzorem coś, co siedziało w trawie obok niego. – Ale nie chciałbym
być jego poddanym, Jaskier.

– I co teraz będzie, jak myślisz?

Wiedźmin patrzył spokojnie na maleńkie, szarozielone stworzonko,
trzepoczące nietoperzymi skrzydełkami obok złotych pazurów schylonego
smoka.

– A co ty na to wszystko, Jaskier? Co ty o tym myślisz?

– A jakie znaczenie ma to, co ja myślę? Ja jestem poetą,
Geralt. Czy moje zdanie ma jakieś znaczenie?

– Ma.

– No, to ci powiem. Ja, Geralt, jak widzę gada, żmiję, dajmy
na to, albo inną jaszczurkę, to aż mną rzuca, tak się tego paskudztwa
brzydzę i boję. A ten smok…

– No?

– On… on jest ładny, Geralt.

– Dziękuję, ci, Jaskier.

– Za co?

Geralt odwrócił głowę, wolnym ruchem sięgnął do klamry
pasa, skosem przecinającego pierś, skrócił go o dwie dziurki.
Uniósł prawą dłoń, sprawdzając, czy rękojeść miecza jest we właściwym
położeniu. Poeta przyglądał się szeroko otwartymi oczami.

– Geralt! Ty zamierzasz…

– Tak – rzekł spokojnie wiedźmin. – Jest granica
możliwości. Mam tego wszystkiego dość. Idziesz z Niedamirem
czy zostajesz, Jaskier?

Trubadur schylił się, ostrożnie i pieczołowicie ułożył lutnię
pod kamieniem, wyprostował się.

– Zostaję. Jak powiedziałeś? Granica możliwości?
Rezerwuję sobie ten tytuł dla ballady.

– To może być twoja ostatnia ballada.

– Geralt?

– Aha?

– Nie zabijaj… Możesz?

– Miecz to jest miecz, Jaskier. Gdy się go już dobędzie…

– Postaraj się.

– Postaram się.

Dorregaray zachichotał, obrócił się w stronę Yennefer i Rębaczy,
wskazał na oddalający się orszak królewski.

– Tam oto – powiedział – odchodzi król Niedamir. Nie
wydaje już królewskich rozkazów ustami Gyllenstierna. Odchodzi
wykazawszy rozsądek. Dobrze, że jesteś, Jaskier. Proponuję,
żebyś zaczął układać balladę.

– O czym?

– A o tym – czarodziej wyjął różdżkę
zza pazuchy – jak mistrz Dorregaray, czarnoksiężnik, pogonił
do domów hultajstwo chcące po hultajsku zabić ostatniego złotego smoka,
jaki pozostał na świecie. Nie ruszaj się, Boholt! Yarpen, ręce
precz od topora! Nawet nie drgnij, Yennefer! Dalej, hultaje, za królem,
jak za panią matką. Jazda, do koni, do wozów. Ostrzegam, kto zrobi
jeden niewłaściwy ruch, z tego zostanie swąd i szkliwo na piasku.
Ja nie żartuję.

– Dorregaray! – zasyczała Yennefer.

– Mości czarodzieju – rzekł pojednawczo Boholt.
– Alboż to się godzi…

– Milcz, Boholt. Powiedziałem, nie ruszycie tego
smoka. Nie zabija się legendy. W tył zwrot i wynocha.

Ręka Yennefer wystrzeliła nagle do przodu, a ziemia dookoła
Dorregaraya eksplodowała błękitnym ogniem, zakotłowała się kurzawą
rwanej darni i żwiru. Czarodziej zachwiał się, otoczony płomieniami.
Niszczuka przyskakując uderzył go w twarz nasadą pięści. Dorregaray
upadł, z jego różdżki strzeliła czerwona błyskawica, nieszkodliwie
gasnąc wśród głazów. Zdzieblarz, doskakując z drugiej strony,
kopnął leżącego czarodzieja, odwinął się, by powtórzyć. Geralt
wpadł między nich, odepchnął Zdzieblarza, wydobył miecz, ciął płasko,
mierząc pomiędzy naramiennik a napierśnik zbroi. Przeszkodził
mu Boholt, parując cios szeroką klingą dwuręcznego miecza. Jaskier
podstawił nogę Niszczuce, ale bezskutecznie – Niszczuka wczepił
się w tęczowy kubrak barda i huknął go kułakiem między oczy. Yarpen
Zigrin, przyskakując z tyłu, podciął Jaskrowi nogi, uderzając toporzyskiem
w zgięcie kolan.

Geralt zwinął się w piruecie, uchodząc przed mieczem Boholta,
uderzył krótko doskakującego Zdzieblarza, zrywając mu żelazny
naręczak. Zdzieblarz odskoczył, potknął się, upadł. Boholt stęknął,
zawinął mieczem jak kosą. Geralt przeskoczył nad świszczącym ostrzem,
głowicą miecza gruchnął Boholta w napierśnik, odrzucił, ciął,
mierząc w policzek. Boholt, widząc, że nie zdoła sparować ciężkim
mieczem, rzucił się w tył, padając na wznak. Wiedźmin doskoczył
do niego i w tym momencie poczuł, że ziemia umyka mu spod drętwiejących
nóg. Zobaczył, jak horyzont z poziomego robi się pionowy. Nadaremnie
usiłując złożyć palce w ochronny Znak, wyrżnął ciężko
bokiem o ziemię, wypuszczając miecz ze zmartwiałej dłoni. W uszach
tętniło mu i szumiało.

– Zwiążcie ich, dopóki działa zaklęcie –
powiedziała Yennefer gdzieś z góry i bardzo daleka. – Wszystkich
trzech.

Dorregaray i Geralt, otumanieni i bezwładni, dali się
spętać i przywiązać do wozu bez oporu i bez słowa. Jaskier rzucał
się i rugał, więc jeszcze przed przywiązaniem dostał po pysku.

– Po co ich wiązać, zdrajców, psich synów – rzekł
Kozojed podchodząc. – Od razu ich utłuc i spokój.

– Sam jesteś syn, i to nie psi – powiedział Yarpen Zigrin.
– Nie obrażaj tu psów. Poszedł won, zelówo.

– Strasznieście śmiali – warknął Kozojed.
– Obaczym, czy wam śmiałości starczy, gdy moi z Hołopola
nadciągną, a tylko ich patrzeć. Zoba…

Yarpen, wykręcając się z nieoczekiwaną przy swej posturze
zwinnością, łupnął go toporzyskiem przez łeb. Stojący obok Niszczuka
poprawił kopniakiem. Kozojed przeleciał kilka sążni i zarył nosem
w trawę.

– Popamiętacie! – wrzasnął na czworakach. – Wszystkich
was…

– Chłopaki! – ryknął Yarpen Zigrin. – W rzyć
szewca, dratwa jego mać! Łap go, Niszczuka!

Kozojed nie czekał. Zerwał się i kłusem pognał w stronę
wschodniego kanionu. Za nim chyłkiem pobiegli hołopolscy tropiciele.
Krasnoludy, rechocząc, ciskały za nimi kamieniami.

– Od razu jakoś powietrze poświeżało – zaśmiał
się Yarpen. – No, Boholt, bierzemy się za smoka.

– Pomału – podniosła rękę Yennefer. – Brać, to możecie,
ale nogi. Za pas. Wszyscy, jak tu stoicie.

– Że jak? – Boholt zgarbił się, a oczy rozbłysły mu złowrogim
blaskiem. – Co powiadacie, jaśnie wielmożna pani wiedźmo?

– Wynoście się stąd w ślad za szewcem – powtórzyła
Yennefer. – Wszyscy. Sama sobie poradzę ze smokiem. Bronią niekonwencjonalną.
A na odchodnym możecie mi podziękować. Gdyby nie ja, pokosztowalibyście
wiedźmińskiego miecza. No, już, prędziutko, Boholt, zanim
się zdenerwuję. Ostrzegam, znam zaklęcie, za pomocą którego mogę porobić
z was wałachów. Wystarczy, że ruszę ręką.

– No nie – wycedził Boholt. – Moja cierpliwość sięgnęła
granic możliwości. Nie dam robić z siebie głupka. Zdzieblarz,
odczep no dyszel od wozu. Czuję, że i mnie potrzebna
będzie broń niekonwencjonalna. Zaraz ktoś tu oberwie po krzyżu,
proszę waszmości. Nie będę wskazywać palcem, ale zaraz oberwie
po krzyżu pewna paskudna wiedźma.

– Spróbuj tylko, Boholt. Uprzyjemnisz mi dzień.

– Yennefer – powiedział z wyrzutem krasnolud. – Dlaczego?

– Może ja po prostu nie lubię się dzielić, Yarpen?

– Cóż – uśmiechnął się Yarpen Zigrin. – Głęboko
ludzkie. Tak ludzkie, że aż prawie krasnoludzkie. Przyjemnie
jest widzieć swojskie cechy u czarodziejki. Bo i ja nie lubię się
dzielić, Yennefer.

Zgiął się w krótkim, błyskawicznym zamachu. Stalowa kula, wydobyta
nie wiadomo skąd i kiedy, warknęła w powietrzu i łupnęła Yennefer
w środek czoła. Zanim czarodziejka zdążyła się opamiętać,
wisiała już w powietrzu, podtrzymywana za ręce przez Zdzieblarza
i Niszczukę, a Yarpen pętał jej kostki powrozem. Yennefer wrzasnęła
wściekle, ale jeden ze stojących z tyłu chłopaków Yarpena zarzucił
jej lejce na głowę, ściągnął mocno, wpijając rzemień w otwarte
usta, stłumił krzyk.

– No i co, Yennefer – powiedział Boholt podchodząc. – Jak
chcesz zrobić ze mnie wałacha? Kiedy ani ręką ruszyć?

Rozerwał jej kołnierz kubraczka, rozdarł i rozchełstał koszulę. Yennefer
wizgnęła, dławiona lejcami.

– Nie mam teraz czasu – rzekł Boholt obmacując
ją bezwstydnie wśród rechotu krasnoludów – ale poczekaj
trochę, wiedźmo. Jak załatwimy smoka, urządzimy sobie zabawę.
Przywiążcie ją porządnie do koła, chłopcy. Obie łapki do obręczy,
tak, by ni palcem kiwnąć nie mogła. I niech jej teraz nikt nie rusza,
psiakrew, proszę waszmości. Kolejność ustalimy wedle tego,
jak kto się spisze przy smoku.

– Boholt – odezwał się skrępowany Geralt, cicho,
spokojnie i złowrogo. – Uważaj. Odnajdę cię na końcu świata.

– Dziwię ci się – odrzekł Rębacz, równie spokojnie.
– Ja na twoim miejscu siedziałbym cicho. Znam cię i muszę poważnie
traktować twoją groźbę. Nie będę miał wyjścia. Możesz
nie przeżyć, wiedźminie. Wrócimy jeszcze do tej sprawy. Niszczuka,
Zdzieblarz, na konie.

– No i masz ci los – stęknął Jaskier. – Po
diabła ja się w to mieszałem?

Dorregaray, pochyliwszy głowę, przyglądał się gęstym kroplom
krwi, wolno kapiącym mu z nosa na brzuch.

– Może byś się tak przestał gapić! –
krzyknęła do Geralta czarodziejka, jak wąż wijąc się w powrozach,
na próżno usiłując ukryć obnażone wdzięki. Wiedźmin posłusznie
odwrócił głowę. Jaskier nie.

– Na to, co widzę – zaśmiał się bard –
zużyłaś chyba całą beczkę eliksiru z mandragory, Yennefer.
Skóra jak u szesnastolatki, niech mnie gęś poszczypie.

– Zamknij pysk, skurwysynu! – zawyła czarodziejka.

– Ile ty właściwie masz lat? – Jaskier nie
rezygnował. – Ze dwieście? No, powiedzmy, sto pięćdziesiąt.
A zachowałaś się jak…

Yennefer wykręciła szyję i splunęła na niego, ale niecelnie.

– Yen – rzekł z wyrzutem wiedźmin wycierając oplute ucho
o ramię.

– Niech on przestanie się gapić!

– Ani myślę – rzekł Jaskier nie spuszczając
oczu z uciesznego widoku, jaki przedstawiała rozchełstana czarodziejka.
– To przez nią tu siedzimy. I mogą nam poderżnąć gardła. A ją
najwyżej zgwałcą, co w jej wieku…

– Zamknij się, Jaskier – powiedział wiedźmin.

– Ani myślę. Właśnie mam zamiar ułożyć balladę o dwóch
cyckach. Proszę mi nie przeszkadzać.

– Jaskier – Dorregaray pociągnął krwawiącym nosem. –
Bądź poważny.

– Jestem, cholera, poważny.

Boholt, podpierany przez krasnoludów, z trudem wgramolił się na siodło,
ciężki i pałubowaty od zbroi i nałożonych na nią skórzanych
ochraniaczy. Niszczuka i Zdzieblarz już siedzieli na koniach trzymając
w poprzek siodeł ogromne, dwuręczne miecze.

– Dobra – charknął Boholt. – Idziemy na niego.

– A nie – powiedział głęboki głos, brzmiący jak mosiężna
surma. – To ja przyszedłem do was!

Zza pierścienia głazów wynurzył się połyskujący złotem długi pysk,
smukła szyja uzbrojona rzędem trójkątnych, zębatych wyrostków, szponiaste
łapy. Złe, gadzie oczy z pionową źrenicą patrzyły spod rogowatych
powiek.

– Nie mogłem się doczekać w polu – powiedział smok Villentretenmerth
rozglądając się – więc przyszedłem sam. Jak widzę, chętnych do
walki coraz mniej?

Boholt wziął wodze w zęby, a koncerz w obie pięści.

– Jehce stahcy – powiedział niewyraźnie, gryząc rzemień.
– Stahaj do wahki, hadzie!

– Staję – rzekł smok wyginając grzbiet w łuk i zadzierając
obelżywie ogon.

Boholt rozejrzał się. Niszczuka i Zdzieblarz wolno, demonstracyjnie
spokojnie okrążali smoka z obu stron. Z tyłu czekał Yarpen Zigrin
i jego chłopcy z toporami w rękach.

– Aaaargh! – ryknął Boholt waląc silnie konia piętami i unosząc
miecz.

Smok zwinął się, przypadł do ziemi i z góry, zza własnego grzbietu,
niczym skorpion, uderzył ogonem, godząc nie w Boholta, ale w Niszczukę,
atakującego z boku. Niszczuka zwalił się wraz z koniem wśród brzęku,
wrzasku i rżenia. Boholt, przypadając w galopie, ciął straszliwym
zamachem, smok uskoczył zwinnie przed szeroką klingą. Impet galopu
przeniósł Boholta obok. Smok wykręcił się, stając na tylnych łapach
i dziabnął szponami Zdzieblarza, za jednym zamachem rozrywając brzuch
konia i udo jeźdźca. Boholt, mocno odchylony w siodle, zdołał
zatoczyć koniem, ciągnąc wodze zębami, ponownie zaatakował.

Smok chlasnął ogonem po pędzących ku niemu krasnoludach,
przewracając wszystkich, po czym rzucił się na Boholta, po drodze
jakby mimochodem przydeptując energicznie Zdzieblarza usiłującego
wstać. Boholt, miotając głową, usiłował manewrować rozgalopowanym
koniem, ale smok był nierównie szybszy i zręczniejszy. Chytrze zachodząc
Boholta od lewej, by utrudnić mu cięcie, zdzielił go pazurzastą łapą.
Koń stanął dęba i rzucił się w bok, Boholt wyleciał z siodła, gubiąc
miecz i hełm, runął do tyłu, na ziemię, waląc głową o głaz.

– Chodu, chłopaki!!! W góry!!! – zawył Yarpen
Zigrin przekrzykując wrzask Niszczuki przywalonego koniem. Powiewając
brodami krasnoludy kopnęły się ku skałom z szybkością
zadziwiającą przy ich krótkich nogach. Smok nie ścigał ich.
Siadł spokojnie i rozejrzał się. Niszczuka miotał się i wrzeszczał
pod koniem. Boholt leżał bez ruchu. Zdzieblarz pełzł w stronę
skał, bokiem, jak ogromny, żelazny krab.

– Niewiarygodne – szeptał Dorregaray. – Niewiarygodne…

– Hej! – Jaskier targnął się w powrozach, aż
wóz zadygotał. – Co to jest? Tam! Patrzcie!

Od strony wschodniego wąwozu widać było wielką chmurę
kurzu, rychło też dobiegły ich krzyki, turkot i tętent. Smok wyciągnął
szyję, popatrując.

Na równinę wtoczyły się trzy wielkie wozy, wypełnione
zbrojnym ludem. Rozdzielając się zaczęły okrążać smoka.

– To… psiakrew, to milicja i cechy z Hołopola!
– zawołał Jaskier. – Obeszli źródła Braa! Tak, to oni!
Patrzcie, to Kozojed, tam, na czele!

Smok zniżył głowę, delikatnie popchnął w stronę wozu
małe, szarawe, popiskujące stworzonko. Potem uderzył ogonem po ziemi,
zaryczał donośnie i pomknął jak strzała na spotkanie Hołopolan.

– Co to jest? – spytała Yennefer. – To małe? To, co kręci
się w trawie? Geralt?

– To, czego smok bronił przed nami – powiedział wiedźmin.
– To, co wykluło się niedawno w jaskini, tam, w północnym kanionie.
Smoczątko wyklute z jaja smoczycy otrutej przez Kozojeda.

Smoczątko, potykając się i szorując po ziemi wypukłym
brzuszkiem, chwiejnie podbiegło do wozu, pisnęło, stanęło słupka,
rozcapierzyło skrzydełka, potem zaś bez zastanowienia przylgnęło
do boku czarodziejki. Yennefer, z wielce niewyraźną miną, westchnęła
głośno.

– Lubi cię – mruknął Geralt.

– Młody, ale niegłupi – Jaskier wykręcając się
w więzach, wyszczerzył zęby. – Patrzcie, gdzie wetknął łebek,
chciałbym być na jego miejscu, cholera. Hej, mały, uciekaj!
To Yennefer! Postrach smoków! I wiedźminów. A przynajmniej
jednego wiedźmina…

– Milcz, Jaskier – krzyknął Dorregaray. –
Patrzcie tam, na pole! Już go dopadli, niech ich zaraza!

Wozy Hołopolan, dudniąc niczym bojowe rydwany, gnały na
atakującego je smoka.

– Lać go! – ryczał Kozojed, uczepiony pleców
woźnicy. – Lać go, kumotrzy, gdzie popadnie i czym popadnie!
Nie żałować!

Smok zwinnie uskoczył przed najeżdżającym na niego
pierwszym wozem, błyskającym ostrzami kos, wideł i rohatyn, ale dostał
się między dwa następne, z których, targnięta rzemieniami, spadła
na niego wielka, podwójna, rybacka sieć. Smok, zaplątany, zwalił się,
poturlał, zwinął w kłębek, rozkraczył łapy. Sieć, rwana na strzępy,
zatrzeszczała ostro. Z pierwszego wozu, który zdołał zawrócić, ciśnięto
na niego następne sieci, oplatając go dokumentnie. Dwa pozostałe wozy
też zakręciły, pomknęły ku smokowi, turkocąc i podskakując na
wybojach.

– Popadłeś w sieci, karasiu! – darł się Kozojed.
– Zaraz my ciebie z łuski oskrobiemy!

Smok zaryczał, buchnął strzelającym w niebo strumieniem
pary. Hołopolscy milicjanci sypnęli się ku niemu, zeskakując z wozów.
Smok zaryczał znowu, rozpaczliwie, rozwibrowanym rykiem.

Z północnego kanionu przyszła odpowiedź, wysoki, bojowy krzyk.

Wyciągnięte w szaleńczym galopie, powiewając jasnymi warkoczami, gwiżdżąc
przenikliwie, otoczone migotliwymi błyskami szabel, z wąwozu wypadły…

– Zerrikanki! – krzyknął wiedźmin bezsilnie
szarpiąc powrozy.

– O, cholera! – zawtórował Jaskier. – Geralt!
Rozumiesz?

Zerrikanki przejechały przez ciżbę jak gorący nóż
przez faskę masła, znacząc drogę porąbanymi trupami, w biegu zeskoczyły
z koni, stając obok targającego się w sieci smoka. Pierwszy z nadbiegających
milicjantów natychmiast stracił głowę. Drugi zamierzył się na Veę
widłami, ale Zerrikanka, trzymając szablę oburącz, odwrotnie, końcem
do dołu, rozchlastała go od krocza po mostek. Pozostali zrejterowali
pospiesznie.

– Na wozy! – ryknął Kozojed. – Na wozy, kumotrzy!
Wozami ich rozjedziemy!

– Geralt! – krzyknęła nagle Yennefer, kurcząc
związane nogi i nagłym rzutem wpychając je pod wóz, pod wykręcone
do tyłu, skrępowane ręce wiedźmina. – Znak Igni! Przepalaj!
Wyczuwasz powróz? Przepalaj, do cholery!

– Na ślepo? – jęknął Geralt. – Poparzę cię, Yen!

– Składaj Znak! Wytrzymam!

Usłuchał, poczuł mrowienie w palcach złożonych
w Znak Igni tuż nad związanymi kostkami czarodziejki. Yennefer
odwróciła głowę, wgryzła się w kołnierz kubraczka tłumiąc jęk. Smoczątko,
piszcząc, tłukło skrzydełkami u jej boku.

– Yen!

– Przepalaj! – zawyła.

Więzy puściły w momencie, gdy obrzydliwy, mdlący odór
przypiekanej skóry stał się nie do wytrzymania. Dorregaray wydał z
siebie dziwny odgłos i zemdlał, obwisły w pętach u koła wozu.

Czarodziejka, skrzywiona z bólu, wyprężyła się, unosząc
wolną już nogę. Krzyknęła wściekłym, pełnym bólu i złości
głosem. Medalion na szyi Geralta zatargał się jak żywy. Yennefer
wyprężyła udo i machnęła nogą w stronę szarżujących wozów
hołopolskiej milicji, wykrzyczała zaklęcie. Powietrze zatrzeszczało
i zapachniało ozonem.

– O, bogowie – jęknął Jaskier w podziwie. – Cóż to
będzie za ballada, Yennefer!

Zaklęcie, rzucone zgrabną nóżką, nie ze wszystkim udało się czarodziejce.
Pierwszy wóz, wraz ze wszystkim, co się na nim znajdowało, nabrał
po prostu kaczeńcowo żółtej barwy, czego hołopolscy wojownicy
w zapale bitewnym nawet nie zauważyli. Z drugim wozem poszło lepiej
– cała jego załoga w okamgnieniu zmieniła się w ogromne, kostropate
żaby, które, rechocąc uciesznie, rozkicały się na wszystkie strony.
Wóz, pozbawiony kierownictwa, przewrócił się i rozleciał. Konie,
rżąc histerycznie, umknęły w dal, wlokąc za sobą ułamany
dyszel.

Yennefer zagryzła wargi i ponownie zamachała nogą w powietrzu. Kaczeńcowy
wóz, wśród skocznych tonów muzyki, dobiegającej skądś z góry,
rozpłynął się nagle w kaczeńcowy dym, a cała jego obsada klapnęła
w trawę, ogłupiała, tworząc malowniczą kupę. Koła trzeciego wozu z
okrągłych zrobiły się kwadratowe i skutek był natychmiastowy. Konie
stanęły dęba, wóz wywalił się, a hołopolskie wojsko wykuliło się i
posypało na ziemię. Yennefer, już z czystej mściwości,
machała zawzięcie nogą i krzyczała zaklęcia, zamieniając Hołopolan
na chybił trafił w żółwie, gęsi, stonogi, flamingi i pasiaste
prosięta. Zerrikanki wprawnie i metodycznie dorzynały pozostałych.

Smok, poszarpawszy wreszcie sieć na strzępy, zerwał się, załopotał
skrzydłami, zaryczał i pomknął, wyciągnięty jak struna, za ocalałym
z pogromu, umykającym szewcem Kozojedem. Kozojed pomykał jak jeleń,
ale smok był szybszy. Geralt, widząc rozwierającą się paszczę i błyskające
zęby, ostre jak sztylety, odwrócił głowę. Usłyszał makabryczny wrzask
i obrzydliwy chrzęst. Jaskier krzyknął zduszonym głosem. Yennefer,
z twarzą białą jak płótno, zgięła się w pół, wykręciła w bok
i zwymiotowała pod wóz.

Zapadła cisza, przerywana jedynie okazjonalnym gęganiem, kumkaniem
i pokwikiwaniem niedobitków hołopolskiej milicji.

Vea, uśmiechnięta nieładnie, stanęła nad Yennefer, szeroko rozstawiwszy
nogi. Zerrikanka uniosła szablę. Yennefer, blada, uniosła nogę.

– Nie – powiedział Borch, zwany Trzy Kawki, siedzący na kamieniu.
Na kolanach trzymał smoczątko, spokojne i zadowolone.

– Nie będziemy zabijać pani Yennefer – powtórzył smok Villentretenmerth.
– To już nieaktualne. Co więcej, teraz jesteśmy wdzięczni
pani Yennefer za nieocenioną pomoc. Uwolnij ich, Vea.

– Rozumiesz, Geralt? – szepnął Jaskier, rozcierając zdrętwiałe
ręce. – Rozumiesz? Jest taka starożytna ballada o złotym smoku.
Złoty smok może…

– Może przybrać każdą postać – mruknął wiedźmin.
– Również ludzką. Też o tym słyszałem. Ale nie wierzyłem.

– Panie Yarpenie Zigrin! – zawołał Villentretenmerth do krasnoluda
uczepionego pionowej skały na wysokości dwudziestu łokci nad ziemią.
– Czego tam szukacie? Świstaków? Nie jest to wasz przysmak,
jeśli dobrze pamiętam. Zejdźcie na dół i zajmijcie się Rębaczami.
Potrzebują pomocy. Nie będzie się już zabijać. Nikogo.

Jaskier, rzucając niespokojne spojrzenia na Zerrikanki, czujnie krążące
po pobojowisku, cucił wciąż nieprzytomnego Dorregaraya. Geralt
smarował maścią i opatrywał poparzone kostki Yennefer. Czarodziejka
syczała z bólu i mruczała zaklęcia.

Uporawszy się z zadaniem, wiedźmin wstał.

– Zostańcie tu – powiedział. – Muszę z nim porozmawiać.

Yennefer krzywiąc się wstała.

– Idę z tobą, Geralt – wzięła go pod rękę. – Mogę?
Proszę, Geralt.

– Ze mną, Yen? Myślałem…

– Nie myśl – przycisnęła się do jego ramienia.

– Yen?

– Już dobrze, Geralt.

Spojrzał w jej oczy, które były ciepłe. Jak dawniej. Pochylił głowę
i pocałował w usta, gorące, miękkie i chętne. Jak dawniej.

Podeszli. Yennefer, podtrzymywana, dygnęła głęboko, jak przed królem,
ujmując suknię końcami palców.

– Trzy Kaw… Villentretenmerth… – powiedział wiedźmin.

– Moje imię w wolnym przekładzie na wasz język oznacza Trzy Czarne
Ptaki – powiedział smok.

Smoczątko, wczepione pazurkami w jego przedramię, podstawiło
kark pod głaszczącą dłoń.

– Chaos i Ład – uśmiechnął się Villentretenmerth.
– Pamiętasz, Geralt? Chaos to agresja, Ład to obrona przed nią.
Warto pędzić na koniec świata, by przeciwstawić się agresji i
złu, prawda, wiedźminie? Zwłaszcza, jak mówiłeś, gdy zapłata
jest godziwa. A tym razem była. To był skarb smoczycy Myrgtabrakke,
tej otrutej pod Hołopolem. To ona mnie wezwała, bym jej pomógł, bym
powstrzymał grożące jej zło. Myrgtabrakke odleciała już, krótko
po tym, gdy zniesiono z pola Eycka z Denesle. Czasu miała dość,
gdy wy gadaliście i kłóciliście się. Ale zostawiła mi swój
skarb, moją zapłatę.

Smoczątko pisnęło i zatrzepotało skrzydełkami.

– Więc ty…

– Tak – przerwał smok. – Cóż, takie czasy.
Stworzenia, które wy zwykliście nazywać potworami, od pewnego
czasu czują się coraz bardziej zagrożone przez ludzi. Nie dają
już sobie rady same. Potrzebują Obrońcy. Takiego… wiedźmina.

– A cel… Cel, który jest na końcu drogi?

– Oto on – Villentretenmerth uniósł przedramię.
Smoczątko pisnęło przestraszone. – Właśnie go osiągnąłem.
Dzięki niemu przetrwam, Geralcie z Rivii, udowodnię, że nie ma
granic możliwości. Ty też znajdziesz kiedyś taki cel,
wiedźminie. Nawet ci, co się różnią, mogą przetrwać. Żegnaj,
Geralt. Żegnaj, Yennefer.

Czarodziejka, chwytając mocniej ramię wiedźmina, dygnęła
ponownie. Villentretenmerth wstał, spojrzał na nią, a twarz miał bardzo
poważną.

– Wybacz szczerość i prostolinijność, Yennefer.
To jest wypisane na waszych twarzach, nie muszę nawet starać się czytać
w myślach. Jesteście stworzeni dla siebie, ty i wiedźmin.
Ale nic z tego nie będzie. Nic. Przykro mi.

– Wiem – Yennefer pobladła lekko. – Wiem,
Villentretenmerth. Ale i ja chciałabym wierzyć, że nie ma granicy
możliwości. A przynajmniej w to, że jest ona jeszcze bardzo
daleko.

Vea podchodząc dotknęła ramienia Geralta, wypowiedziała szybko kilka
słów. Smok zaśmiał się.

– Geralt, Vea mówi, że długo pamiętać będzie balię „Pod
Zadumanym Smokiem”. Liczy, że się jeszcze kiedyś spotkamy.

– Co? – spytała Yennefer mrużąc oczy.

– Nic – rzekł szybko wiedźmin. – Villentretenmerth…

– Słucham cię, Geralcie z Rivii.

– Możesz przybrać każdą postać. Każdą, jaką
zechcesz.

– Tak.

– Dlaczego więc człowiek? Dlaczego Borch z trzema czarnymi ptakami
w herbie?

Smok uśmiechnął się pogodnie.

– Nie wiem, Geralt, w jakich okolicznościach zetknęli się
po raz pierwszy ze sobą odlegli przodkowie naszych ras. Ale faktem
jest, że dla smoków nie ma niczego bardziej odrażającego niż
człowiek. Człowiek budzi w smokach instynktowny, nieracjonalny wstręt.
Ze mną jest inaczej. Dla mnie… jesteście sympatyczni. Żegnajcie.

To nie była stopniowa, rozmazująca się transformacja, ani mgliste,
roztętnione drżenie jak przy iluzji. To było nagłe jak mgnienie
oka. W miejscu, gdzie przed sekundą stał kędzierzawy rycerz w tunice
ozdobionej trzema czarnymi ptakami, siedział złoty smok, wyciągając
wdzięcznie długą, smukłą szyję. Skłoniwszy głowę smok rozpostarł skrzydła,
olśniewająco złote w promieniach słońca. Yennefer westchnęła głośno.

Vea, już w siodle, obok Tei, pokiwała ręką.

– Vea – powiedział wiedźmin – miałaś rację.

– Hm?

– On jest najpiękniejszy.