Wstęp

„Droga, z której się nie wraca”, drugie z napisanych przeze mnie opowiadań, ukazała się w roku
1988, w sierpniowym numerze miesięcznika „Fantastyka” –
a więc rok i dziewięć miesięcy po moim debiucie, „Wiedźminie”,
opublikowanym w tejże „Fantastyce” w grudniu 1986.

Trzeba zaś Państwu – to jest szanownemu P.T. Czytelnikowi – wiedzieć,
żem podówczas od lat dobrych kilku usiłował spłodzić powieść
fantasy, żem pracowicie składał rozmaite fragmenty owej, konstruował
sytuacje, bohaterów, scenerię itp.
I naraz zaszły dwie ważne okoliczności. Pierwszą było nadspodziewanie
dobre przyjęcie „Wiedźmina” wśród czytelników i fanów.

Drugą było uświadomienie sobie, że opowiadania i owszem,
da się i może w „Fantastyce” opublikować, ale powieści
debiutującego w tym gatunku polskiego autora nie weźmie żaden
wydawca. Należy więc myśleć trzeźwo i realistycznie. Gdy
więc „Fantastyka” wywarła na młodego, a dobrze zapowiadającego
się debiutanta lekki nacisk, usilnie prosząc młodego, a dobrze zapowiadającego
się o drugie opowiadanie, młody i dobrze zapowiadający się pomyślał
trzeźwo i realistycznie, po czym nie deliberując długo, bez cienia
żalu przykroił fragmenty szykowanej powieści do rozmiarów
opowiadania. I tak powstała „Droga…”.

Opowiadanie początkowo nie było i nie miało być w żadnym
stopniu powiązane z cyklem
o wiedźminie Geralcie – a to z tej prostej przyczyny, że
wówczas jeszcze w ogóle nie planowałem takiego cyklu. W najśmielszych
marzeniach! Później, gdy cykl zaczął powstawać, nie uniknąłem
zbieżności
ono- i topomastycznych, sugerujących, że to ten sam Never Never
Land. Ale nadal wystrzegałem się powiązań zupełnie jednoznacznych
– najlepszy dowód, że bobołaki i vranowie, humanoidy, które pojawiają
się w „Drodze…”, w cyklu wiedźmińskim nie występują
w ogóle, nie ma o nich – niemalże – wzmianki.

Na pomysł zaś, że druidka Visenna z „Drogi…”
jest matką wiedźmina Geralta, wpadłem stosunkowo późno. Miał
to być detal, „zakręcający” fabułę i akcję opowiadania „Coś
więcej”, kończącego fixup „Miecz przeznaczenia” –
i spinającego klamrą dotychczasowe dwanaście opowiadań wiedźminowi
poświęconych. Fabuła domagała się tego wyjaśniającego pewne
sprawy szczegółu z biografii wiedźmina, a mnie – wyznam
szczerze i bez bicia – żal było pięknego imienia Visenna.
Które to imię, wyznam, wykopałem, jak i sporo innych,
z Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera. Visenna powróciła
zatem do cyklu, zostając mamą Geralta, mamą wyrodną troszeczkę, ale
sympatyczną, pojawiającą się w życiu wiedźmina dokładnie wtedy,
kiedy trzeba. Dając mu – w przenośni i dosłownie – życie
po raz wtóry.

Drugi protagonista „Drogi…”, Korin, szczęścia
powrotu nie dostąpił. Imię miał dość pospolite – które, przysięgam,
wymyśliłem sam, nie ściągnąłem wcale z C.S. Lewisa; o Korinie
z cyklu „Narnia” (Koń i jego chłopiec) przypomniałem
sobie już po fakcie, „Narnia” była, wyznam, zbyt dla mnie
dziecinna, bym często do niej wracał i na wyrywki pamiętał bohaterów.
A dla fabuły, która głośno domagała się matki wiedźmina,
ojciec był przysłowiowym drugim grzybkiem w barszczu. Pedigree
wiedźmina po mieczu nic nie wnosiło i do nikąd nie wiodło. Toteż
na pomysł, by to właśnie Korin z „Drogi…” był ojcem
wiedźmina, wpadłem bynajmniej nie ja, lecz Maciej Parowski z „Fantastyki”,
któremu koncept ten znakomicie pasował na otwierający wielozeszytową
serię komiksów o wiedźminie. Maciej Parowski, autor koncepcji
i scenariuszy owych komiksów, „Drogę…” lubił, mówił o tym
wielokrotnie, włożył też to opowiadanie do antologii „Co
większe muchy” w roku 1992. Korin, bohater „Drogi…”, w
komiksie został zatem ojcem wiedźmina. Scenarzysta Maciej Parowski
nie pozwolił jednak Korinowi cieszyć się z potomka. Przejmując nieco
z przewrotności adaptowanego autora, Parowski wykończył Korina
nazajutrz po upojnej i namiętnej nocy miłosnej z Visenną. Kto zresztą
ciekaw, kto, co, dlaczego i jak to tam w komiksie było, niechaj sam
zobaczy, pożyczając archiwalne już zeszyty od jakiegoś
kolekcjonera.

Tym, którzy rzeczywiście to uczynią, muszę wyjaśnić
jeszcze jedną rzecz. Otóż pomysłu na vrana, humanoida o wielkich
czerwonych ślepiach, dostarczyła mi okładka zobaczonej w berlińskiej
księgarni książki SF, na której to okładce taki wielko- i czerwonooki
ufoludek figurował. Tytułu książki nie pamiętam, była jednak ponad
wszelką wątpliwość wydana przez oficynę Heyne Verlag, słynącą
z artystycznej i gustownej grafiki na okładkach swej znanej fantastycznej
serii. W omawianym komiksie rysownik, Bogusław Polch, do moich czerwonych
oczu dołożył vranom gadzią postać, fizjonomię, a nawet i zieloną
łuskę. Jest to jednak jego własna rysownicza licentia poetica.

Na koniec jeszcze jedno: gdy „Droga…” ukazywała
się w „Fantastyce”, wielokrotnie już tu będący przywoływany
Maciej Parowski pozwolił sobie na pewne redaktorskie korekty, nie
konsultując tychże z autorem – któżby w końcu cackał
się z debiutantem. Ofiarą redaktorskiej gumy padły przede wszystkim
zwroty, których w fantasy używać nie wolno, bo „podówczas
tak nie mówiono”. W wydrukowanym w „Fantastyce” opowiadaniu
spostrzegłem więc z niejakim zdumieniem, że „pycha” zastąpiła
„arogancję”, że „inteligentny” stał się „mądrym”
itp. Ponieważ twardo bronię teorii, że fantasy nie dzieje
się w żadnym „podówczasie” i bezsensowne są zarówno
archaizacja języka, jak i jakiekolwiek języka stylizowanie, z wersji,
którą Państwo za chwilę przeczytają, poprawki Parowskiego wyeliminowałem,
wróciłem do swego dziewiczego maszynopisu. Mają więc Państwo przed
sobą wersję, którą Anglosasi określają jako unabridged.
Ocenie Państwa pozostawiam, czy tekst zyskał przez to, czy stracił.

Droga, z Której Się Nie Wraca

I

Ptak o pstrokatych piórkach, siedzący na ramieniu Visenny, zaskrzeczał,
zatrzepotał skrzydełkami, z furkotem wzbił się i poszybował między
zarośla. Visenna wstrzymała konia, nasłuchiwała chwilę, potem
ostrożnie ruszyła wzdłuż leśnej dróżki.

Mężczyzna zdawał się spać. Siedział opierając się plecami o słup
pośrodku rozstaju. Z bliższej odległości Visenna zobaczyła,
że oczy ma otwarte. Już wcześniej spostrzegła, że
jest ranny. Prowizoryczny opatrunek, pokrywający lewe ramię i biceps,
przesiąknięty był krwią, która jeszcze nie zdążyła sczernieć.

– Witaj, młodzieńcze – odezwał się ranny, wypluwając długie
źdźbło trawy. – Dokąd zmierzasz, jeśli wolno spytać?

Visennie nie spodobał się ten „młodzieniec”. Odrzuciła kaptur
z głowy.

– Spytać wolno – odpowiedziała – ale wypadałoby uzasadnić
ciekawość.

– Wybaczcie, pani – rzekł mężczyzna, mrużąc oczy.
– Nosicie męski strój. A co do ciekawości, to jest ona uzasadniona,
a jakże. To jest niezwykłe rozdroże. Spotkała mnie tu
interesująca przygoda…

– Widzę – przerwała Visenna, patrząc na nieruchomy, nienaturalnie
skręcony kształt, na wpół zagrzebany w poszyciu nie dalej niż
dziesięć kroków od słupa.

Mężczyzna podążył za jej spojrzeniem. Potem ich oczy spotkały
się. Visenna, udając, że odgarnia włosy z czoła, dotknęła diademu
ukrytego pod opaską z wężowej skóry.

– A tak – rzekł ranny spokojnie. – Tam leży nieboszczyk.
Bystre macie oczy. Pewnie uważacie mnie za rozbójnika? Mam rację?

– Nie masz – powiedziała Visenna, nie odejmując ręki od diademu.

– A… – zająknął się mężczyzna. – Tak. No…

– Twoja rana krwawi.

– Większość ran ma taką dziwną właściwość – uśmiechnął
się ranny. Miał ładne zęby.

– Pod opatrunkiem zrobionym jedną ręką będzie krwawić długo.

– Czyżbyście chcieli zaszczycić mnie swoją pomocą?

Visenna zeskoczyła z konia, drążąc obcasem miękką ziemię.

– Nazywam się Visenna – powiedziała. – Nie zwykłam robić
nikomu zaszczytów. Poza tym nie cierpię, kiedy ktoś zwraca się
do mnie w liczbie mnogiej. Zajmę się twoją raną. Możesz wstać?

– Mogę. A muszę?

– Nie.

– Visenna – powiedział mężczyzna, unosząc się z lekka,
by ułatwić jej odwinięcie płótna. – Ładne imię. Mówił ci już
ktoś, Visenna, że masz piękne włosy? Ten kolor nazywa się
miedziany, prawda?

– Nie. Rudy.

– Aha. Jak skończysz, ofiaruję ci bukiet z łubinu, o, tego, co
rośnie w rowie. A w czasie operacji opowiem ci, ot tak, dla zabicia
czasu, co mi się przydarzyło. Nadszedłem, wystaw sobie, tą samą drogą
co i ty. Widzę, stoi na rozstaju słup. O, właśnie ten. Do słupa
przymocowana deska. To boli.

– Większość ran ma taką dziwną właściwość. –
Visenna oderwała ostatnią warstwę płótna, nie starając się być delikatną.

– Prawda, zapomniałem. O czym ja… Ach, tak. Podchodzę, patrzę,
na desce napis. Strasznie koślawy, znałem kiedyś łucznika,
który potrafił ładniejsze litery wysikać na śniegu. Czytam…
A to co ma być, moja panno? Co to za kamyk? O, do licha. Tego się
nie spodziewałem.

Visenna powoli przesunęła hematyt wzdłuż rany. Krwawienie
ustało momentalnie. Zamknąwszy oczy, uchwyciła ramię mężczyzny
oburącz, mocno dociskając brzegi skaleczenia. Odjęła ręce – tkanka
zrosła się, pozostawiając zgrubienie i szkarłatną pręgę.

Mężczyzna milczał, bacznie się jej przypatrując. Wreszcie podniósł
ostrożnie ramię, rozprostował je, potarł szramę, pokręcił głową.
Naciągnął skrwawiony strzęp koszuli i kubrak, wstał, podjął z ziemi
pas z mieczem, kiesą i manierką, spinany klamrą w kształcie smoczego
łba.

– Tak, to się nazywa mieć szczęście – powiedział, nie
spuszczając z Visenny oka. – Trafiłem na uzdrowicielkę w samym
środku puszczy, w widłach Iny i Jarugi, gdzie zwykle łatwiej o
wilkołaka albo, co gorsza, pijanego drwala. Jak będzie z zapłatą za
leczenie? Chwilowo cierpię na brak gotówki. Wystarczy bukiet z łubinu?

Visenna zignorowała pytanie. Podeszła bliżej do słupa, zadarła
głowę – deska przybita była na wysokości wzroku mężczyzny.

– „Ty, który nadejdziesz od zachodu – przeczytała na
głos. – W lewo pójdziesz, wrócisz. W prawo pójdziesz, wrócisz.
Wprost pójdziesz, nie wrócisz”. Bzdury.

– Dokładnie to samo pomyślałem – zgodził się mężczyzna,
otrzepując nogawki z igliwia. – Znam te okolice. Prosto, to jest
na wschód, idzie się ku przełęczy Klamat, na kupiecki trakt. Niby
dlaczego nie można stamtąd wrócić? Takie ładne dziewczęta spragnione
zamążpójścia? Tania gorzałka? Wakujące stanowisko burmistrza?

– Nie trzymasz się tematu, Korin.

Mężczyzna otworzył usta, zdumiony do granic.

– Skad wiesz, że nazywam się Korin?

– Sam mi to mówiłeś przed chwilą. Opowiadaj dalej.

– Tak? – Mężczyzna spojrzał na nią podejrzliwie. –
Doprawdy? No, może… Na czym skończyłem? Aha. Czytam więc i dziwię
się, co za baran wymyślił ten napis. Naraz, słyszę, ktoś bełkoce
i mruczy za moimi plecami. Oglądam się, babuleńka, siwiuteńka, zgarbiona,
z kijaszkiem, a jakże. Pytam grzecznie, co jej jest. Ona mamroce:
„Głodnam, cny rycerzyku, od świtania na ząb nie było co wziąć”.
Zgaduję, ma babuleńka jeszcze minimum jeden ząb. Wzruszyłem się jak
nie wiem co, biorę więc z sakwy chleba kąsek i połowę wędzonego leszcza,
którego dostałem od rybaków nad Jarugą, i daję starowince. Ta siada,
mamle, chrząka, wypluwa ości. Ja nadal oglądam ten dziwny drogowskaz.
Naraz babcia odzywa się: „Dobryś, rycerzyku, poratowałeś
mnie, nagroda cię nie minie”. Chciałem jej powiedzieć, gdzie może
sobie wsadzić swoją nagrodę, a babka mówi: „Zbliż się, mam
ci coś rzec do ucha, ważną tajemnicę odkryć, jak wielu dobrych
ludzi od nieszczęścia wybawić, sławę zyskać i bogactwo”.

Visenna westchnęła, siadła obok rannego. Podobał jej się,
wysoki, jasnowłosy, z pociągłą twarzą i wydatnym podbródkiem. Nie
śmierdział jak zwykle mężczyźni, których spotykała. Odpędziła
natrętną myśl, że za długo włóczy się samotnie po lasach i
gościńcach. Korin ciągnął opowieść:

– Ha, pomyślałem sobie – mówił – klasyczna
okazja się trafia. Jeśli babka nie ma sklerozy, a ma wszystkie
klepki, to może i będzie z tego zysk dla biednego wojaka. Schylam
się, nadstawiam ucha jak kto głupi. No i gdyby nie refleks, dostałbym
prosto w grdykę. Odskoczyłem, krew sika mi z ramienia jak z fontanny
pałacowej, a babka sunie z nożem, wyjąc, parskając i plując. Ciągle
jeszcze nie uważałem, że to poważna sprawa. Poszedłem
w zwarcie, by pozbawić ją przewagi, i czuję, że to żadna
staruszka. Piersi twarde jak krzemienie…

Korin zerknął w stronę Visenny, by sprawdzić, czy się
nie czerwieni. Visenna słuchała z grzecznym wyrazem zaciekawienia
na twarzy.

– O czym to ja… Aha. Myślałem, zwalę ją z nóg
i rozbroję, ale gdzie tam. Silna jak ryś. Czuję, za moment wysmyknie
mi się jej ręka z nożem. Co było robić? Odepchnąłem ją, cap za
miecz… Nadziała się sama.

Visenna siedziała milcząc, z ręką u czoła, niby w zadumie
poprawiła wężową opaskę.

– Visenna? Mówię, jak było. Wiem, że to kobieta
i głupio mi, ale niech skonam, jeśli to była normalna kobieta.
Natychmiast po tym, jak upadła, odmieniła się. Odmłodniała.

– Iluzja – rzekła Visenna w zamyśleniu.

– Że co?

– Nic – Visenna wstała, podeszła do zwłok leżących w paprociach.

– Tylko popatrz. – Korin stanął obok. – Baba jak posąg
w pałacowej fontannie. A była zgarbiona i pomarszczona jak zad stuletniej
krowy. Niech mnie…

– Korin – przerwała Visenna – nerwy masz mocne?

– Hę? A co mają do tego moje nerwy? Owszem, jeśli cię to
interesuje, nie narzekam.

Visenna zdjęła opaskę z czoła. Klejnot w diademie rozjarzył się mlecznym
blaskiem. Stanęła nad zwłokami, wyciągnęła ręce, zamknęła oczy. Korin
przyglądał się jej z półotwartymi ustami. Visenna pochyliła głowę,
szeptała coś, czego nie rozumiał.

– Grealghane! – krzyknęła nagle.

Paprocie zaszeleściły gwałtownie. Korin odskoczył dobywając miecza,
zamierając w obronnej pozycji. Zwłoki zatrzepotały.

– Grealghane! Mów!

– Aaaaaaaa! – rozległ się z paproci narastający ochrypły
wrzask. Trup wygiął się w kabłąk, nieledwie lewitował, dotykając ziemi
plecami i czubkiem głowy. Wrzask ścichł, zaczął się rwać, przechodzić
w gardłowy bełkot, urywane jęki i krzyki, stopniowo nabierające kadencji,
ale absolutnie niezrozumiałe. Korin poczuł na plecach zimną strużkę
potu, drażniącą jak pełznąca gąsienica. Zaciskając pięści,
by powstrzymać mrowienie w przedramionach, całą siłą woli walczył
z przemożnym pragnieniem ucieczki w głąb lasu.

– Oggg… nnnn… nngammm – wybełkotał trup, drąc ziemię
paznokciami, bulgocąc krwawymi bańkami, pękającymi na wargach. –
Nam… eeeggg…

– Mów!

Z wyciągniętych dłoni Visenny sączył się mętnawy strumień światła,
w którym wirował i kłębił się kurz. Z paproci frunęły w góre suche
listki i źdźbła. Trup zachłysnął się, zamlaskał i nagle przemówił.
Zupełnie wyraźnie.

– …rozstajach sześć mil od Klucza w południe najdalej.
Poo… Posyłał. Kręgu. Chłopaka. Spra… ggg… Aaazał. Kazał.

– Kto?! – krzyknęła Visenna. – Kto kazał? Mów!

– Fffff… ggg… genal. Wszystkie pisma, listy, amulety. Pier…
ścienie.

– Mów!

– …rzełęczy. Kościej. Ge… nal. Zabrać listy. Per… gaminy.
Przyjdzie z maaaaaaaaa! Eeeeeeeee! Nyyyyyyyyy!!!

Bełkotliwy głos zawibrował, rozpłynął się w przerażającym wrzasku.
Korin nie wytrzymał, rzucił miecz, zamknął oczy i przycisnął dłonie
do uszu. Stał tak, dopóki nie poczuł na ramieniu dotknięcia. Drgnął
potężnie, całym ciałem, jakby ktoś złapał go za genitalia.

– Już po wszystkim – powiedziała Visenna, ocierając pot
z czoła. – Pytałam, jakie masz nerwy.

– Co za dzień – wystękał Korin. Podniósł miecz, schował go
do pochwy, starając się nie patrzeć w stronę nieruchomego już
ciała.

– Visenna?

– Słucham?

– Chodźmy stąd. Jak najdalej od tego miejsca.

II

Jechali we dwójkę na koniu Visenny leśnym duktem, zarośniętym
i wyboistym. Ona z przodu, w siodle, Korin na oklep, z tyłu, obejmując
ją w talii. Visenna już dawno przywykła bez skrępowania cieszyć
się drobnymi przyjemnościami, sporadycznie ofiarowywanymi przez
los, z zadowoleniem opierała więc plecy o pierś mężczyzny.
Milczeli oboje.

– Visenna – Korin zdecydował się pierwszy, po blisko godzinie.

– Słucham.

– Nie jesteś tylko uzdrowicielką. Jesteś z Kręgu?

– Tak.

– Sądząc po tym… pokazie, mistrzem?

– Tak.

Korin puścił jej talię i przytrzymał się łęku siodła. Visenna
zmrużyła oczy z gniewu. Oczywiście nie dostrzegł tego.

– Visenna?

– Słucham?

– Zrozumiałaś coś z tego, co ta… co to… mówiło?

– Niewiele.

Znowu milczeli. Pstrokaty ptak, przelatujący nad nimi wśród listowia,
zaskrzeczał głośno.

– Visenna?

– Korin, zrób mi przyjemność.

– Hę?

– Przestań gadać. Chcę pomyśleć.

Dukt sprowadził ich prosto w dół, w wąwóz, w koryto płytkiego strumienia,
leniwie przemykającego wśród głazów i czarnych pni w przenikliwym
zapachu mięty i pokrzywy. Koń ślizgał się na kamieniach pokrytych
osadem gliny i mułu. Korin, by nie spaść, ponownie uchwycił talię
Visenny. Odpędził natrętną myśl, że za długo włóczy się samotnie
po lasach i gościńcach.

III

Osada była typową ulicówką, przytuloną do zbocza góry, rozwleczoną
wzdłuż traktu, słomianą, drewnianą i brudną, przycupniętą wśród
krzywych płotów. Gdy nadjechali, psy podniosły jazgot. Koń Visenny
człapał spokojnie środkiem drogi, nie zwracając uwagi na zajadłe
kundle wyciągające spienione pyski ku jego pęcinom.

Początkowo nie widzieli nikogo. Potem zza płotów, z dróżek wiodących
na gumna, pojawili się mieszkańcy – podchodzili wolno, bosi i
chmurni. Nieśli widły, drągi, cepy. Któryś schylił się, podniósł
kamień.

Visenna wstrzymała konia, uniosła rękę. Korin spostrzegł, że w
dłoni trzyma mały złoty nożyk w kształcie sierpa.

– Jestem uzdrowicielką – powiedziała wyraźnie i
dźwięcznie, choć wcale niegłośno.

Chłopi opuścili broń, zaszemrali, spojrzeli po sobie. Było ich
coraz więcej. Kilku bliższych zdjęło czapki.

– Jak zowie się to sioło?

– Klucz – padło z ciżby po chwili ciszy.

– Kto starszy nad wami?

– Topin, wielmożna pani. O, tamta chałupa.

Nim ruszyli, przez szpaler rolników przecisnęła się kobieta z niemowlęciem
na ręku.

– Pani… – jęknęła, dotykając nieśmiało kolana Visenny.
– Córka… Aż gorzeje z gorączki…

Visenna zeskoczyła z kulbaki, dotknęła główki dziecka, zamknęła oczy.

– Jutro będzie zdrowa. Nie owijaj jej tak ciepło.

– Dzięki, wielmożna… Stokrotne…

Topin, starszy osady, był już na podwórku i właśnie zastanawiał
się, co począć z widłami, które trzymał w pogotowiu. Wreszcie zgarnął
nimi ze schodów kurze łajno.

– Wybaczcie – rzekł, odstawiając widły pod ścianę chałupy.
– Pani. I wy, wielmożny. Czas niepewny taki… Do środka
proszę. Na poczęstunek upraszam.

Weszli.

Topinowa kobieta, holując uczepioną spódnicy dwójkę słomianowłosych
dziewuszek, podała jajecznicę, chleb i zsiadłe mleko, po czym znikła
w komorze. Visenna, w odróżnieniu od Korina, jadła mało, siedziała
zasępiona i cicha. Topin przewracał oczami, drapał się w różne
miejsca i gadał.

– Czas niepewny. Niepewny. Bieda nam, wielmożni. My owce
na runo hodujem, na sprzedaż to runo, a nynie kupców nie ma, tedy
wybijamy stada, runne owce bijem, by do garnka co włożyć. Dawniej
kupce po jaszmę, po kamień zielony chodzili do Amellu, przez przełęcz,
tamój kopalnie są. Tamój jaszmę dobywają. A jak kupce szli, to i runo
brali, płacili, różne dobro ostawiali. Nie ma nynie kupców. Nawet
soli nie ma, co ubijem, we trzy dni zjeść musim.

– Omijają was karawany? Dlaczego? – Visenna w zamyśleniu
co jakiś czas dotykała opaski na czole.

– A omijają – burknął Topin. – Zamknięta droga do Amellu,
na przełęczy rozsiadł się przeklęty kościej, żywej duszy nie
przepuści. To jak tam kupcom iść? Na śmierć?

Korin zamarł z łyżką zawieszoną w powietrzu.

– Kościej? Co to jest kościej?

– A bo to ja wiem? Kościej, mówią, ludojad. Na przełęczy
pono siedzi.

– I nie przepuszcza karawan?

Topin rozejrzał się po izbie.

– Niektóre ino. Mówią, swoje. Swoje puszcza.

Visenna zmarszczyła czoło.

– Jak to… swoje?

– Ano swoje – zamruczał Topin i pobladł. – Ludziskom
z Amellu jeszcze gorzej niźli nam. Nas choć bór nieco pożywi.
A tamci na gołej skale siedzą i ino to mają, co im kościejowi
za jaszmę sprzedadzą. Okrutnie, po zbójecku pono za każde dobro
płacić każą, ale co tamtym z Amellu czynić? Przecie jaszmy jeść
nie będą.

– Jacy „kościejowi”? Ludzie?

– Ludzie i vrany, i insi. Zbiry to, pani. Oni do Amellu wożą
to, co nam pobiorą, tam na jaszmę i kamień zielony mieniają. A nam
siłą biorą. Po siołach, bywało, grabili, gwałcili dziewki, a przeciwił
się kto, mordowali, z dymem puszczali ludzi. Zbiry. Kościejowi.

– Ilu ich? – odezwał się Korin.

– Kto by ich tam, panie wielmożny, liczył. Bronią się sioła,
kupy trzymają. Co z tego, kiedy w nocy nalecą, podpalą. Lepiej już
nieraz dać, czego chcą. Bo mówią…

Topin pobladł jeszcze bardziej, zadygotał cały.

– Co mówią, Topin?

– Mówią, że kościej, jeśli go rozeźlić, wylezie
z przełęczy i pójdzie ku nam, ku dolinom.

Visenna wstała raptownie, twarz miała zmienioną. Korina przeszył dreszcz.

– Topin – powiedziała czarodziejka. – Gdzie tu kuźnia
najbliższa? Koń mój podkowę zgubił na trakcie.

– Za osadą dalej, pod lasem. Tamój kuźnia jest i stajnia.

– Dobrze. Teraz idź, popytaj, gdzie kto chory lub ranny.

– Dzięki niech wam będą, dobrodziejko wielmożna.

– Visenna – odezwał się Korin, gdy tylko za Topinem zamknęły
się drzwi. Druidka odwróciła się, spojrzała na niego.

– Twój koń ma wszystkie podkowy w porządku.

Visenna milczała.

– Jaszma to oczywiście jaspis, a zielony kamień to jadeit,
z którego słyną kopalnie w Amell – ciągnął Korin. – A do Amell
można dojść tylko przez Klamat, przez przełęcz. Drogą, z której
się nie wraca. Co mówiła nieboszczka na rozdrożu? Dlaczego chciała
mnie zabić?

Visenna nie odpowiedziała.

– Nic nie mówisz? Nie szkodzi. I tak wszystko zaczyna się pięknie
wyjaśniać. Babuleńka z rozstaju czekała na kogoś, kto zatrzyma
się przed głupim napisem, zakazującym dalszego marszu na wschód. To
była pierwsza próba: czy przybysz umie czytać. Potem babka upewnia
się jeszcze: któż, jeśli nie dobry samarytanin z Kręgu Druidów,
wspomoże w dzisiejszych czasach głodną staruszkę? Każdy inny,
głowę daję, odebrałby jej jeszcze i kijaszek. Chytra babcia bada dalej,
zaczyna gaworzyć o biednych ludziach w nieszczęściu, potrzebujących
pomocy. Podróżny, zamiast poczęstować ją kopniakiem i plugawym
słowem, jak uczyniłby to zwykły, szary mieszkaniec tych okolic, słucha
w napięciu. Tak, myśli babcia, to on. Druid idący rozprawić się
z bandą prześladującą okolicę. A że ponad wszelką wątpliwość
sama jest nasłana przez ową bandę, sięga po nóż. Ha! Visenna!
Czyż ja nie jestem nadprzeciętnie inteligentny?

Visenna nie odpowiedziała. Stała z głową odwróconą w stronę okna.
Widziała – półprzezroczyste błony z rybich pęcherzy nie stanowiły
przeszkody dla jej wzroku – pstrokatego ptaka siedzącego na wiśniowym
drzewku.

– Visenna?

– Słucham.

– Co to jest kościej?

– Korin – rzekła Visenna ostro, odwracając się ku niemu.
– Dlaczego się mieszasz do nie swoich spraw?

– Posłuchaj – Korin ani trochę nie przejął się jej tonem.
– Jestem już wmieszany w twoje, jak mówisz, sprawy. Tak wyszło,
że chciano mnie zarżnąć zamiast ciebie.

– Przypadkowo.

– Myślałem, że czarodzieje nie wierzą w przypadki, tylko
w magiczne przyciąganie, sploty wydarzeń i różne takie. Zauważ,
jedziemy na jednym koniu. Fakt i przenośnia zarazem. Krótko…
Oferuję ci pomoc w misji, której celu się domyślam. Odmowę potraktuję
jako przejaw arogancji. Mówiono mi, że wy, z Kręgu, mocno lekceważycie
sobie zwykłych śmiertelników.

– To kłamstwo.

– Świetnie się składa – Korin wyszczerzył zęby. –
Nie traćmy zatem czasu. Jedźmy do kuźni.

IV

Mikula solidniej uchwycił pręt obcęgami i obrócił go w żarze.

– Dmij, Czop! – rozkazał.

Czeladnik zawisł na dźwigni miecha. Jego pucołowata twarz
błyszczała od potu. Pomimo szeroko otwartych drzwi w kuźni
było nieznośnie gorąco. Mikula przerzucił pręt na kowadło, kilkoma
mocnymi uderzeniami młota rozpłaszczył koniec.

Stelmach Radim, siedzący na nie obrobionym pieńku brzozowym, również
się pocił. Rozpiął sukmanę i wyciągnął koszulę ze spodni.

– Dobrze wam gadać, Mikula – powiedział. – Wam bijatyka
nie nowina. Każdy wie, żeście nie całe życie w kuźni
kuli. Ponoć dawniej łby tłukliście, nie żelazo.

– To i cieszyć się powinniście, że takiego macie w gromadzie
– rzekł kowal. – Po raz wtóry mówię wam, że nie będę więcej
tamtym w pas się kłaniał. Ani robił na nich. Nie pójdziecie ze mną,
zacznę sam albo z takimi, co krew, nie podpiwek, mają w żyłach.
W lasy zapadniem, będziem ich po jednemu prać, jak którego nadybiem.
Ilu ich? Trzydziestu? Może i tego nie. A siół po tej stronie przełęczy
ile? Chłopów mocnych? Dmij, Czop!

– Przecie dmę!

– Raźniej!

Młot dzwonił o kowadło rytmicznie, nieledwie melodyjnie. Czop dął
w miech. Radim wysmarkał się w palce, wytarł dłoń o cholewę.

– Dobrze wam gadać – powtórzył. – A ilu to z Klucza pójdzie?

Kowal opuścił młot, milczał.

– Takem myślał – rzekł stelmach. – Nikt nie pójdzie.

– Klucz sioło małe. Mieliście wybadać w
Porogu i w Kaczanie.

– Tak i badałem. Mówiłem wam, jak jest. Bez wojaków
z Mayeny ludzie nie ruszą. Niektórzy gadają tak: co nam tamci, vrany,
bobołaki, tych na widły możemy we trzy migi wziąć, ale co czynić,
gdy kościej na nas pójdzie? W bór umykać. A chałupy, dobytek?
Na plecy nie weźmiemy. A na kościeja nie nasza moc, to
wiecie.

– Skąd mam wiedzieć?! Widział go kto?! – krzyknął
kowal. – Może wcale nie ma nijakiego kościeja? Tylko strachu
chcą wam do rzyci nagonić, kmiotkom? Widział go kto?

– Nie gadajcie, Mikula – Radim schylił głowę.
– Sami wiecie, że z kupcami w ochronę nie byle jakie zabijaki
chodziły, obwieszone żelazem, istne rezuny. A wrócił który z przełęczy?
Ani jeden. Nie, Mikula. Trzeba czekać, mówię wam. Da komes z Mayeny
pomoc, wtedy inna sprawa będzie.

Mikula odłożył młot, ponownie włożył pręt w palenisko.

– Nie przyjdzie wojsko z Mayeny – powiedział
ponuro. – Pobili się panowie między sobą. Mayena z Razwanem.

– O co?

– A bo to wyrozumiesz, o co i po co się wielmożni
biją?! Po mojemu, z nudów, kpy zaprzałe! – wrzasnął kowal. –
Widzieliście go, komesa! Za co my jemu, gadowi, daninę płacim?

Wyrwał pręt z żaru, aż sypnęły się iskry, wywinął
nim w powietrzu. Czop odskoczył. Mikula chwycił młot, walnął raz,
drugi, trzeci.

– Jak komes chłopaka mojego wygnał, do Kręgu tamtejszego
go posłałem, pomocy prosić. Do druidów.

– Do czarowników? – spytał stelmach z niedowierzaniem.
– Mikula?

– Do nich. Ale chłopak nie wrócił jeszcze.

Radim pokręcił głową, wstał, podciągnął spodnie.

– Nie wiem, Mikula, nie wiem. Nie na moją to głowę. Ale i tak
na to samo wychodzi. Czekać trzeba. Kończcie robotę, wraz jadą, trzeba
mi…

Przed kuźnią na podwórzu zarżał koń.

Kowal zamarł z młotem wzniesionym nad kowadłem. Stelmach zaszczękał
zębami, zbladł. Mikula spostrzegł, że drżą mu ręce, wytarł
je bezwiednie o skórzany fartuch. Nie pomogło. Przełknął ślinę
i ruszył ku wyjściu, w którym wyraźnie rysowały się sylwetki
jeźdźców. Radim i Czop poszli za nim, bardzo blisko, z tyłu.
Wychodząc, kowal oparł pręt o słup przy drzwiach.

Widział sześciu, wszystkich konno, w przeszywanicach nabijanych
żelaznymi płytkami, kolczugach, skórzanych hełmach ze stalowymi
nosalami, wchodzącymi prostą linią metalu pomiędzy ogromne rubinowoczerwone
oczy zajmujące połowę twarzy. Siedzieli na koniach nieruchomo, jakby
niedbale. Mikula, biegając spojrzeniem od jednego do drugiego, widział
ich broń – krótkie dzidy o szerokim ostrzu. Miecze z dziwacznie
wykutą gardą. Berdysze. Zębate gizarmy.

Na wprost wejścia do kuźni stało dwóch. Wysoki vran na siwku
okrytym zielonym kropierzem, ze znakiem słońca na hełmie. I drugi…

– Mateńko – szepnął Czop za plecami kowala. I zachlipał.

Drugi jeździec był człowiekiem. Miał na sobie ciemnozielony vrański
płaszcz, ale spod dziobowatego hełmu patrzyły na nich blade, niebieskie
– nie czerwone – oczy. W oczach tych kryło się tyle zimnego,
obojętnego okrucieństwa, że Mikulę przeszył potworny strach wdzierający
się zimnem do trzewi, mdlący, spływający mrowieniem do pośladków.
Nadal było cicho. Kowal słyszał bzykanie much kłębiących się nad kupą
nawozu za płotem.

Człowiek w hełmie z dziobem przemówił pierwszy.

– Który z was jest kowalem?

Pytanie było bezsensowne, skórzany fartuch i postura Mikuli zdradzały
go na pierwszy rzut oka. Kowal milczał. Uchwycił okiem krótki gest,
jaki bladooki wykonał do jednego z vranów. Vran przechylił się w kulbace
i machnął na odlew gizarmą trzymaną w połowie drzewca. Mikula skurczył
się, odruchowo kryjąc głowę w ramiona. Cios nie był jednak przeznaczony
dla niego. Brzeszczot ugodził Czopa w szyję i wciął się skośnie,
głęboko, druzgocąc obojczyk i kręgi. Chłopiec runął plecami na ścianę
kuźni, zatoczył się na słup przy drzwiach i zwalił się na ziemię
w samym wejściu.

– Pytałem – przypomniał człowiek w dziobowatym hełmie, nie
spuszczając z Mikuli oka. Dłonią w rękawicy dotykał topora zawieszonego
u siodła. Dwaj vranowie, stojący najdalej, krzesali ogień, zapalali
smolne łuczywa, rozdawali innym. Spokojnie, bez pośpiechu, stępa,
okrążali kuźnię, przykładali żagwie do strzechy.

Radim nie wytrzymał. Zakrył twarz dłońmi, zaszlochał i ruszył prosto
przed siebie, pomiędzy dwa konie. Gdy zrównał się z wysokim vranem,
ten z rozmachem wbił mu dzidę w brzuch. Stelmach zawył, upadł, dwukrotnie
podkurczył i rozprostował nogi. Znieruchomiał.

– No i co, Mikula, czy jak ci tam – powiedział bladooki.
– Zostałeś sam. I po co ci to było? Ludzi buntować, po pomoc
gdzieś tam posyłać? Myślałeś, że się nie dowiemy?
Głupi jesteś. Są po wsiach i tacy, co doniosą, byle się przypodobać.

Strzecha na kuźni trzeszczała, stękała, buchała brudnym
żółtawym dymem, wreszcie huknęła, ryknęła płomieniami, sypnęła
iskrami, czknęła potężnym oddechem żaru.

– Twojego czeladnika dopadliśmy, wyśpiewał, dokąd go
posyłałeś. Na tego, co ma przyjść z Mayeny, też czekamy
– kontynuował człowiek w hełmie z dziobem. – Tak, Mikula.
Wepchnąłeś swój parszywy nos tam, gdzie nie należało go wpychać.
Za to spotka cię zaraz poważna nieprzyjemność. Tak myślę,
że warto by cię wbić na pal. Znajdzie się tu w obejściu jakiś
przyzwoity pal? Albo jeszcze lepiej: zawiesimy cię za nogi na drzwiach
stodoły i obedrzemy ze skóry jak węgorza.

– Dobra, dosyć tego gadania – rzekł wysoki vran ze słońcem
na hełmie, ciskając swoją żagiew w otwarte drzwi kuźni. –
Zaraz zleci się tu cała wieś. Kończmy z nim raz dwa, zabierajmy
konie ze stajni i odjeżdżajmy. Skąd to się bierze w was, ludziach,
to zamiłowanie do katowania, do zadawania męki? W dodatku niepotrzebnej?
Dalej, kończ z nim.

Bladooki nie odwrócił głowy w stronę vrana. Pochylił się w siodle,
naparł koniem na kowala.

– Właź – powiedział. W jego bladych oczach tliła się
radość mordercy. – Do środka. Nie mam czasu, aby oprawić
cię jak należy. Ale mogę cię przynajmniej usmażyć.

Mikula zrobił krok do tyłu. Na plecach czuł żar płonącej kuźni,
huczącej padającymi ze stropu belkami. Jeszcze jeden krok. Potknął
się o ciało Czopa i o pręt, który chłopak przewrócił, padając.

Pręt.

Kowal schylił się błyskawicznie, ucapił ciężkie żelazo i nie
prostując się, z dołu, z całą siłą, jaką wyzwoliła w nim nienawiść,
cisnął pręt prosto w pierś bladookiego. Dłutowato wykute ostrze
przebiło kolczugę. Mikula nie czekał, aż człowiek zwali się z
konia. Runął przed siebie, na skos przez podwórze. Za nim wrzask,
tętent. Dopadł drewutni, wczepił się palcami w kłonicę opartą o ścianę,
natychmiast, z półobrotu, na ślepo, uderzył. Cios spadł prosto
na pysk siwka w zielonym kropierzu. Koń stanął dęba, zwalając w pył
podwórka vrana ze słońcem na hełmie. Mikula uchylił się, krótka włócznia
huknęła w ścianę drewutni, zadygotała. Drugi vran, dobywając miecza,
spiął konia, uchodząc przed świszczącym zamachem kłonicy. Trzej
następni szarżowali, wrzeszcząc, wywijając bronią. Mikula stęknął,
otaczając się straszliwym młyńcem ciężkiego drąga. Trafił coś,
znowu konia, który zarżał i zatańczył na tylnych nogach.
Vran utrzymał się w siodle.

Nad płotem, od strony lasu, przeleciał koń, wyciągnięty w skoku, zderzając
się z siwkiem w zielonym kropierzu. Siwek spłoszył się, targnął wodzami,
przewracając wysokiego vrana usiłującego go dosiąść. Mikula, nie
wierząc własnym oczom, spostrzegł, że nowy jeździec rozdwaja
się – na pokurcza w kapturze, pochylonego nad końskim karkiem
i na jasnowłosego mężczyznę z mieczem, siedzącego z tyłu.

Długa, wąska klinga miecza opisała dwa półkola, dwie błyskawice. Dwóch
vranów zmiotło z siodeł, runęli na ziemię w obłokach kurzu. Trzeci,
zapędzony aż pod drewutnię, odwrócił się ku dziwnej parze i dostał
sztych pod brodę, tuż ponad stalowy napierśnik. Ostrze miecza
zalśniło, na moment wyzierając z karku. Jasnowłosy ześliznął
się z konia i przebiegł przez podwórze, odcinając wysokiego vrana
od jego wierzchowca. Vran dobył miecza.

Piąty vran kręcił się pośrodku podwórza, usiłując opanować tańczącego
konia, boczącego się na płonącą kuźnię. Ze wzniesionym berdyszem
rozglądał się, wahał. Wreszcie wrzasnął, uderzył konia ostrogami i
runął na pokurcza uczepionego końskiej grzywy. Mikula zobaczył, jak
malec odrzuca kaptur i zrywa z czoła opaskę, zorientował się, jak
bardzo się mylił. Dziewczyna wstrząsnęła rudą grzywą włosów i krzyknęła
niezrozumiale, wyciągając dłoń w stronę szarżującego vrana.
Z jej palców trysnęła cienka strużka światła jasnego jak rtęć.
Vran wyfrunął z siodła, zatoczył w powietrzu łuk i zwalił się na piasek.
Jego ubranie dymiło. Koń, bijąc w ziemię wszystkimi czterema kopytami,
rżał, trząsł łbem.

Wysoki vran ze słońcem na hełmie cofał się powoli przed jasnowłosym
ku płonącej kuźni, zgarbiony, obie ręce – w prawej miecz –
wyciągając przed siebie. Jasnowłosy przyskoczył, ścięli się raz,
drugi. Miecz vrana poleciał w bok, a on sam, głową do przodu, zawisł
na przeszywającym go ostrzu. Jasnowłosy cofnął się, szarpnął, wyrwał
klingę miecza. Vran upadł na kolana, przechylił się, zarył twarzą
w ziemię.

Jeździec wysadzony z siodła błyskawicą rudowłosej uniósł się na
czworaki, macał dookoła w poszukiwaniu broni. Mikula otrząsnął się
z zaskoczenia, zrobił dwa kroki, wzniósł kłonicę i spuścił ją
na kark powalonego. Chrupnęła kość.

– Niepotrzebnie – usłyszał tuż obok siebie.

Dziewczyna w męskim stroju była piegowata i zielonooka. Na jej czole
błyszczał dziwny klejnot.

– Niepotrzebnie – powtórzyła.

– Pani wielmożna – zająknął się kowal, trzymając swój
drąg jak gwardzista halabardę. – Kuźnia… Spalili. Chłopaka
zabili, zasiekli. I Radima. Zasiekli, zbóje. Pani…

Jasnowłosy obrócił nogą ciało wysokiego vrana, przyjrzał mu się, po
czym podszedł, chowając miecz.

– No, Visenna – powiedział. – Teraz to już wmieszałem
się na dobre. Jedno, co mnie niepokoi, to czy aby porąbałem tych,
co trzeba.

– Tyś jest kowal Mikula? – spytała Visenna, zadzierając
głowę.

– Ja. A wyście z Druidzkiego Kręgu, wielmożni? Z Mayeny?

Visenna nie odpowiedziała. Patrzyła na skraj lasu, na zbliżającą
się biegiem gromadę ludzi.

– To swoi – rzekł kowal. – Z Klucza.

V

– Dostalim trzech! – grzmiał czarnobrody przywódca grupy
z Poroga, potrząsając kosą osadzoną na sztorc. – Trzech, Mikula!
Za dziewkami na pola przygnali i tam my ich… Jeden ledwo zdołał
ujść, konia dopadł, psi syn!

Jego ludzie, stłoczeni na polanie wewnątrz kręgu ognisk znaczących
czerń nocnego nieba punkcikami lecących iskier, wrzeszczeli, pohukiwali,
wymachiwali orężem. Mikula wzniósł ręce, uciszał, chcąc posłuchać
dalszych relacji.

– Do nas wczoraj z wieczora przyskakało czterech – rzekł
stary, chudy jak tyka sołtys z Kaczana. – Po mnie. Musiał ktoś
donieść, żem się z wami zgadywał, kowalu. Zdążyłem na
stryszek w stodole, drabinę wciągłem, widły w garść, chodźcie,
wołam, psie krwie, no, który, wołam. Wzięli się stodółkę palić, już
by po mnie było, ale ludziska nie strzymali, poszli na nich kupą.
Tamci w konie, przebili się. Naszych paru padło, ale jednego
z siodła zmietlim.

– Żyw? – spytał Mikula. – Słałem wam, żeby którego
żywym wziąć.

– Eeee – żachnął się tykowaty. – Nie zdążylim.
Baby wzięły wrzątku, podleciały pierwsze…

– Zawszem mówił, że w Kaczanie gorące baby – mruknął
kowal, drapiąc się w kark. – A tego, co donosił?

– Znaleźlim – krótko rzekł chudzielec, nie wdając się
w szczegóły.

– Dobrze. A teraz słuchajcie, gromada. Gdzie tamci siedzą, wiemy
już. Na podgórzu, obok owczarskich szałasów, są jamy w skale.
Tamój zbóje zapadły i tam ich dostaniemy. Siana, chrustu weźmiem
na wozy, wykurzymy ich jak borsuków. Drogę zasiekiem zawalim, nie
ujdą. Takem z tym oto rycerzem, co się zwie Korin, uradził. A i mnie,
jako wiecie, wojaczka nie pierwszyzna. Z wojewodą Grozimem na vranów
chadzałem czasu wojny, zanim w Kluczu osiadłem.

Z ciżby znów się rozległy bojowe okrzyki, ale szybko ścichły
przyduszone słowami, zrazu wypowiadanymi cicho, niepewnie. Potem coraz
głośniej. Wreszcie zapadła cisza.

Visenna wysunęła się zza pleców Mikuli, stanęła u boku kowala. Nie
sięgała mu nawet do ramienia. Tłum zaszemrał. Mikula znowu uniósł
obie dłonie.

– Przyszedł czas taki – zawołał – że nie ma co dłużej
w tajemnicy kryć, żem po pomoc posłał do druidów z Kręgu, gdy
komes z Mayeny pomocy nam odmówił. Nie nowina mi, że mnodzy z
was krzywo na to patrzą.

Tłum ucichł z wolna, lecz wciąż falował, pomrukiwał.

– Oto jest pani Visenna – rzekł Mikula wolno. – Z mayeńskiego
Kręgu. Na pomoc nam pospieszyła na pierwsze wezwanie. Ci, co są z
Klucza, znają ją już, ludzi tam leczyła, uzdrawiała mocą swoją.
Tak, chłopy. Pani to maleńka, ale moc jej wielka. Ponad zrozumienie
nasze owa moc i straszna nam, ale przecież ku pomocy nam posłuży!

Visenna nie odezwała się ani słowem, nie przemówiła ani nie uczyniła
żadnego gestu w stronę zebranych. Ale ukryta moc tej małej piegowatej
czarodziejki była niewiarygodna. Korin ze zdumieniem poczuł, że
przepaja go dziwny entuzjazm, że obawa przed tym czymś, co
kryje się na przełęczy, obawa przed niewiadomym znika, rozwiewa się,
przestaje istnieć, staje się nieważna, tak długo, jak długo błyszczy
świetlisty klejnot na czole Visenny.

– Tak tedy widzicie – ciągnął Mikula – że i na owego
kościeja sposób się znajdzie. Nie sami idziemy, nie bezbronni.
Ale wprzódy tamtych zbójów wybić mus nam!

– Mikula praw! – wrzasnął brodacz z Poroga. – Co nam,
czary nie czary! Na przełęcz, chłopy! Na pohybel kościejowym!

Tłum huknął jednym głosem, płomień ognisk rozbłysł na ostrzach wzniesionych
kos, pik, siekier i wideł.

Korin przedarł się przez ciżbę, wycofał pod las, odnalazł kociołek
zawieszony nad ogniskiem, miskę i łyżkę. Wydrapał z dna kotła
resztkę przypalonej kaszy ze skwarkami. Usiadł, oparł miskę na kolanach,
jadł powoli, wypluwając łuski jęczmienia. Po chwili wyczuł czyjąś
obecność.

– Siadaj, Visenna – powiedział z pełnymi ustami.

Jadł dalej, zerkając na jej profil, na wpół przysłonięty kaskadą włosów
czerwonych jak krew w blasku ognia. Visenna milczała, zapatrzona w
płomienie.

– Hej, Visenna, czemu siedzimy jak dwa puszczyki? – Korin
odstawił miskę. – Ja tak nie mogę, zaraz mi się robi smutno i
zimno. Gdzie oni schowali ten samogon? Dopiero co stał tu dzbanek,
zaraza z nim. Ciemno jak w…

Druidka odwróciła się ku niemu. Jej oczy świeciły dziwnym zielonkawym
blaskiem. Korin zamilkł.

– Tak. Zgadza się – powiedział po chwili i odkaszlnął –
Jestem złodziej. Najemnik. Rabuś. Wmieszałem się, bo lubię bijatyki,
wszystko mi jedno, z kim się biję. Wiem, jaka jest cena jaspisu, jadeitu
i innych kamieni, jakie jeszcze się trafiają w kopalniach Amell. Chcę
się obłowić. Jest mi obojętne, ilu z tych ludzi jutro zginie. Co jeszcze
chcesz wiedzieć? Sam powiem, niepotrzebnie używasz tej błyskotki
schowanej pod wężową skórką. Nie zamierzam niczego ukrywać. Masz
rację, nie pasuję ani do ciebie, ani do twojej szlachetnej misji.
To wszystko. Dobranoc. Idę spać.

Wbrew słowom nie wstał. Chwycił tylko kij i dźgnął nim kilkakrotnie
płonące głownie.

– Korin – rzekła Visenna cicho.

– Tak?

– Nie odchodź.

Korin spuścił głowę. Z brzozowego polana w ognisku buchały niebieskawe
gejzery płomienia. Spojrzał na nią, ale nie mógł znieść widoku
niesamowicie błyszczących oczu. Odwrócił głowę w stronę ognia.

– Nie wymagaj od siebie za wiele – powiedziała Visenna, owijając
się płaszczem. – Tak już jest, że to, co nienaturalne,
budzi strach. I wstręt.

– Visenna…

– Nie przerywaj mi. Tak, Korin, ludzie potrzebują
naszej pomocy, są za nią wdzięczni, często nawet szczerze, ale brzydzą
się nami, boją się nas, nie patrzą nam w oczy, spluwają za plecami.
Mądrzejsi, jak ty, są mniej szczerzy. Nie jesteś wyjątkiem, Korin.
Od wielu już słyszałam, że nie są dostatecznie godni, by siedzieć
ze mną przy jednym ognisku. A zdarza się, że to my potrzebujemy
pomocy tych… normalnych. Albo ich towarzystwa.

Korin milczał.

– Wiem – ciągnęła Visenna – że byłoby
ci łatwiej, gdybym miała siwą brodę do pasa i haczykowaty nos. Wówczas
wstręt do mojej osoby nie powodowałby takiego zamieszania w twojej
głowie. Tak, Korin, wstręt. Ta błyskotka, którą noszę na czole, to
chalcedon… Jemu w dużej mierze zawdzięczam swoje zdolności
magiczne. Masz rację, z pomocą chalcedonu udaje mi się czytać co wyraźniejsze
myśli. Twoje są aż nadto wyraźne. Nie wymagaj, żeby
mi było z tego powodu przyjemnie. Jestem czarownicą, wiedźmą,
ale oprócz tego kobietą. Przyszłam tu, bo chciałam się z tobą przespać.

– Visenna…

– Nie. Teraz już nie chcę.

Siedzieli w milczeniu. Pstrokaty ptak w głębi lasu, w ciemnościach
na gałęzi drzewa, czuł strach. W lesie były sowy.

– Z tym wstrętem – odezwał się wreszcie Korin
– lekko przesadziłaś. Przyznaję jednak, że budzisz we
mnie coś w rodzaju… niepokoju. Nie powinnaś była pozwolić,
bym oglądał to wtedy, na rozstaju. Ten trup, wiesz?

– Korin – rzekła czarodziejka spokojnie. –
Kiedy ty pod kuźnią wbiłeś vranowi miecz w gardło, ja o mało
nie wyrzygałam się na grzywę konia. Miałam kłopoty z utrzymaniem się
w siodle. Ale zostawmy nasze specjalności w spokoju. Skończmy
rozmowę, która prowadzi donikąd.

– Skończmy, Visenna.

Czarodziejka szczelniej otuliła się płaszczem. Korin dorzucił do ogniska
kilka szczap.

– Korin?

– Tak?

– Chciałabym, żeby przestało być ci obojętne, ilu ludzi jutro
zginie. Ludzi i… I innych. Liczę na twoją pomoc.

– Pomogę ci.

– To jeszcze nie wszystko. Zostaje sprawa przełęczy. Muszę otworzyć
drogę przez Klamat.

Korin wskazał żarzącym się końcem patyka inne ogniska i ułożonych
przy nich ludzi, uśpionych lub pogrążonych w cichych rozmowach.

– Z naszą wspaniałą armią – powiedział – nie powinniśmy
z tym mieć kłopotów.

– Nasza armia zwieje do domów w momencie, w którym przestanę
ją otumaniać czarami – uśmiechnęła się smutno Visenna. –
A ja nie będę ich otumaniać. Nie chcę, żeby któryś z nich
zginął w walce nie za swoją sprawę. A kościej to nie jest ich
sprawa, tylko sprawa Kręgu. Muszę iść sama na przełęcz.

– Nie. Sama nie pójdziesz – rzekł Korin. – Pójdziemy
tam razem. Ja, Visenna, od dziecka wiedziałem, kiedy należy uciekać,
a kiedy jeszcze za wcześnie. Wiedzę tę doskonaliłem przez lata
praktyki i dzięki temu uchodzę obecnie za odważnego. Nie mam zamiaru
narażać swojej opinii. Nie musisz mnie otumaniać czarami. Najpierw
zobaczymy, jak ten kościej wygląda. Nawiasem mówiąc, według ciebie,
co to jest, ten kościej?

Visenna pochyliła głowę.

– Obawiam się – szepnęła – że to jest śmierć.

VI

Tamci nie dali się zaskoczyć w jaskiniach. Czekali w siodłach, nieruchomi,
wyprostowali, wpatrzeni w wychodzące z lasu szeregi uzbrojonych chłopów.
Wiatr targający ich płaszczami upodabniał ich do wychudłych drapieżnych
ptaków o postrzępionych piórach, groźnych, budzących respekt i
strach.

– Osiemnastu – policzył Korin, stając w strzemionach. –
Wszyscy konno. Sześć luzaków. Jeden wóz. Mikula!

Kowal szybko przeformował swój oddział. Uzbrojeni w piki i oszczepy
przyklękli na skraju zarośli, wbijając tylce broni w ziemię. Łucznicy
wybrali pozycję za drzewami. Reszta wycofała się w gąszcz.

Jeden z jeźdźców ruszył w ich stronę, zbliżył
się. Wstrzymał konia, uniósł rękę nad głowę, coś krzyknął.

– Podstęp – mruknął Mikula. – Znam
ich, psich synów.

– Przekonamy się – rzekł Korin, zeskakując z
kulbaki. – Chodź.

Wolno podeszli do konnego, we dwu. Po chwili Korin spostrzegł,
że Visenna idzie za nimi.

Jeździec był bobołakiem.

– Będę mówił krótko – zawołał, nie zsiadając
z konia. Jego małe błyszczące oczka migotały wpół skryte w futrze
porastającym twarz. – Jestem obecnym dowódcą grupy, którą tam
widzicie. Dziewięciu bobołaków, pięciu ludzi, trzech vranów, jeden
elf. Reszta nie żyje. Doszło między nami do nieporozumień. Nasz
były przywódca, którego pomysły tutaj nas sprowadziły, jest tam w
jaskini, związany. Zrobicie z nim, co zechcecie. My chcemy odjechać.

– W rzeczy samej mowa była krótka – parsknął
Mikula. – Wy chcecie odjechać. A my chcemy wypruć z was flaki.
Co ty na to?

Bobołak błysnął szpiczastymi zębami, prostując w siodle
swą maleńką postać.

– Myślisz, że paktuję ze strachu przed wami,
przed waszą bandą zasrańców w słomianych łapciach? Proszę bardzo,
jeśli chcecie, przejedziemy wam po brzuchach. To nasze rzemiosło,
chłopie. Wiem, czym ryzykujemy. Nawet jeśli część padnie,
reszta przejedzie. Takie jest życie.

– Wóz nie przejedzie – wycedził Korin. –
Takie jest życie.

– Mamy to wkalkulowane.

– Co jest na wozie?

Bobołak splunął przez prawe ramię.

– Jedna dwudziesta tego, co zostało w jaskini. I
żeby wszystko było jasne: każecie zostawić wóz, nie ma zgody.
Jeżeli mamy wyjść z tej hecy bez profitu, to wolimy ze świadomością,
że nie bez walki. No, jak będzie? Jeżeli mamy się bić, to
wolę teraz rano, zanim słonko nie zacznie przypiekać.

– Śmiały jesteś – powiedział Mikula.

– Wszyscy tacy w mojej rodzinie.

– Puścimy was, jeśli złożycie broń.

Bobołak splunął ponownie, dla odmiany przez lewe ramię.

– Nic z tego – warknął krótko.

– Tu cię boli – zaśmiał się Korin. – Bez broni jesteście
śmiecie.

– A ty czym jesteś bez broni? – zapytał karzeł bez emocji.
– Królewiczem? Przecież widzę, coś za jeden. Myślisz,
że jestem ślepy?

– Z bronią gotowiście jutro wrócić – powiedział wolno
Mikula. – Choćby po resztę tego, co zostało w jaskini, jako powiadasz.
Po jeszcze większy profit.

Bobołak wyszczerzył zęby.

– Była taka koncepcja. Ale zrezygnowaliśmy z niej po krótkiej
dyskusji.

– Bardzo słusznie – rzekła nagle Visenna, wysuwając się przed
Korina, stając tuż przed konnym. – Bardzo słusznie, że
zrezygnowaliście, Kehl.

Korinowi wydało się, że wiatr raptownie się wzmógł, zawył wśród
skał i traw, uderzył zimnem. Visenna mówiła dalej nie swoim, metalicznym
głosem:

– Każdy z was, który spróbuje tu wrócić, umrze. Widzę to
i przepowiadam. Odejdźcie stąd natychmiast. Natychmiast. Zaraz.
Każdy, kto spróbuje wrócić, umrze.

Bobołak pochylił się, spojrzał na czarodziejkę znad końskiego karku.
Nie był młody – futro miał już prawie popielate, upstrzone
białymi kosmykami.

– To ty? Tak myślałem. Rad jestem, że… Mniejsza z tym.
Powiedziałem, że nie zamierzam tu wracać. Dołączyliśmy do
Fregenala dla zarobku. To się skończyło. Teraz mamy na karku Krąg
i całe wsie, a Fregenal zaczął bredzić o władzy nad światem. Mamy
dość i jego, i tego straszydła z przełęczy.

Szarpnął wodzami, obrócił konia.

– Po co ja to mówię? Odchodzimy. Bywajcie w zdrowiu.

Nikt mu nie odpowiedział. Bobołak zawahał się, spojrzał na skraj lasu,
potem obejrzał się na nieruchomy szereg swoich jeźdźców. Znowu
pochylił się w siodle i zajrzał w oczy Visenny.

– Byłem przeciwny zamachowi na ciebie – powiedział. –
Teraz widzę, że słusznie. Jeśli ci powiem, że kościej
to śmierć, to i tak pójdziesz na przełęcz, prawda?

– Prawda.

Kehl wyprostował się, krzyknął na konia, pocwałował do swoich. Po
chwili konni formując kolumnę, otaczając wóz, ruszyli w stronę drogi.
Mikula już był przy swoich, perorował, uspokajał brodacza z Poroga
oraz innych, żądnych krwi i zemsty. Korin i Visenna w milczeniu
obserwowali mijający ich oddział. Tamci jechali wolno, patrząc przed
siebie, demonstrując spokój i zimną pogardę. Jedynie Kehl, mijając
ich, uniósł lekko dłoń w pożegnalnym geście, z dziwnym grymasem
na twarzy przypatrując się Visennie. Potem raptownie poderwał konia,
popędził na czoło kolumny, zniknął wśród drzew.

VII

Pierwszy trup leżał przy samym wejściu do pieczar, stłamszony,
wciśnięty między worki z owsem i kupę chrustu. Korytarz rozwidlał
się, tuż za rozwidleniem leżały następne dwa – jeden prawie
zupełnie pozbawiony głowy uderzeniem maczugi lub obucha, drugi pokryty
zakrzepłą krwią z licznych ran. Wszyscy byli ludźmi.

Visenna zdjęła opaskę z czoła. Z diademu emanował blask jaśniejszy
od światła pochodni, oświetlając mroczne wnętrze jamy. Korytarz
wwiódł ich do większej pieczary. Korin zagwizdał cichutko przez zęby.
Pod ścianami stały skrzynie, worki i beczki, piętrzyły się stosy
końskiej uprzęży, bele wełny, broń, narzędzia. Kilka skrzyń było
rozbitych i pustych. Inne były pełne. Przechodząc, Korin widział matowozielone
grudki jaspisów, ciemne odłamki jadeitu, agaty, opale, chryzoprazy
i inne kamienie, których nie znał. Na kamiennym podłożu, skrzącym
się gdzieniegdzie porozrzucanymi punkcikami złotych, srebrnych i miedzianych
monet, leżały, ciśnięte bezładnie, pęki futer – bobrów,
rysi, lisów, rosomaków.

Visenna, nie zatrzymując się nawet na chwilę, zmierzała do dalszej
kawerny, znacznie mniejszej, mrocznej. Korin podążył za nią.

– Tutaj jestem – odezwał się ciemny, niewyraźny kształt,
leżący na stosie szmat i skór pokrywających ziemię.

Zbliżyli się. Skrępowany człowiek był niski, łysy, otyły. Ogromny
siniak pokrywał mu połowę twarzy.

Visenna dotknęła diademu, chalcedon na sekundę rozbłysnął jaśniejszym
światłem.

– To niepotrzebne – rzekł skrępowany. – Znam cię. Zapomniałem,
jak cię nazywali. Wiem, co masz na czole. To niepotrzebne, mówię.
Napadli mnie podczas snu, zabrali mój pierścień, zniszczyli różdżkę.
Jestem bezsilny.

– Fregenal – powiedziała Visenna. – Zmieniłeś się.

– Visenna – mruknął grubas. – Przypomniałem sobie. Myślałem,
że to będzie mężczyzna, dlatego posłałem Manissę. Z mężczyzną
moja Manissa poradziłaby sobie.

– Nie poradziła sobie – pochwalił się Korin, patrząc dookoła.
– Chociaż trzeba oddać nieboszczce sprawiedliwość. Starała
się, jak mogła.

– Szkoda.

Visenna rozejrzała się po jaskini, pewnym krokiem skierowała się do
kąta, czubkiem buta odwróciła kamień, z jamki pod nim wydobyła gliniany
garnuszek zawiązany natłuszczoną skórą. Rozcięła rzemyk swoim złotym
sierpem, wyciągnęła zwój pergaminu. Fregenal przyglądał się jej złowrogo.

– Proszę, proszę – powiedział drżącym ze złości głosem.
– Co za talent, pogratulować. Umiemy znajdować ukryte rzeczy.
Co jeszcze umiemy? Wróżyć z baranich kiszek? Leczyć wzdęcie u
jałówek?

Visenna przeglądała kartę po karcie, nie zwracając na niego uwagi.

– Ciekawe – rzekła po chwili. – Jedenaście lat temu,
kiedy wypędzono cię z Kręgu, zginęły pewne strony z Zakazanych Ksiąg.
Dobrze, że się znalazły i to wzbogacone komentarzem. Że też
odważyłeś się zastosować Podwójny Krzyż Alzura, no, no.
Nie sądzę, żebyś nie pamiętał, jak skończył Alzur. Kilka jego
stworów podobno jeszcze krąży po świecie, w tym również
ten ostatni: wij, który zmasakrował go i zniszczył pół Mariboru, zanim
nie uciekł w lasy na Zarzeczu. – Złożyła kilka pergaminów
na czworo, schowała do kieszeni na bufiastym rękawie kaftana. Rozwinęła
następne.

– Aha – powiedziała, marszcząc czoło. – Wzór Drzewokorzenia,
nieznacznie zmieniony. A tutaj Trójkąt w Trójkącie, sposób na wywołanie
serii mutacji i ogromnego przyrostu masy ciała. A cóż to posłużyło
ci za stworzenie wyjściowe, Fregenal? Co to jest? Wygląda jak
zwykły spawęk. Fregenal, czegoś tu brakuje. Wiesz, o czym mówię,
mam nadzieję?

– Cieszę się, że zauważyłaś – wykrzywił się czarownik.
– Zwykły spawęk, powiadasz? Kiedy ten zwykły spawęk wyjdzie z
przełęczy, świat oniemieje ze zgrozy. Na chwilę. A potem zacznie
krzyczeć.

– Dobrze, dobrze. Gdzie są zaklęcia, których tu brakuje?

– Nigdzie. Nie chciałem, by dostały się w niewłaściwe ręce.
Zwłaszcza w wasze. Wiem, że cały Krąg marzy o władzy, jaką można
mieć dzięki nim, ale nic z tego. Nigdy nie uda się wam stworzyć niczego
choćby w połowie tak groźnego jak mój kościej.

– Zdaje się, że bito cię po głowie, Fregenal. – powiedziała
Visenna spokojnie. – I temu też należy przypisać, że
nie odzyskałeś jeszcze zdolności myślenia. Kto tu mówi
o tworzeniu? Twojego potwora trzeba będzie zniszczyć, unicestwić.
Prostym sposobem, rewersując wiążące zaklęcie, to znaczy Efektem
Zwierciadła. Oczywiście wiążące zaklęcie było dostrojone do
twojej różdżki, więc trzeba będzie przestroić je na mój chalcedon.

– Dużo tych „trzeba będzie” – warknął grubas.
– Możesz tu siedzieć i trzeba będzić do sądnego dnia, moja
ty przemądrzała panno. Skąd śmieszny pomysł, że zdradzę ci
wiążące zaklęcie? Nie wyciągniesz ze mnie nic, ani żywego,
ani umarłego. Mam blokadę. Nie wybałuszaj się na mnie tak, bo ten
kamyk przepali ci czoło. Jazda, rozwiążcie mnie, bo zdrętwiałem.

– Chcesz, to kopnę cię parę razy. – Korin uśmiechnął
się. – To ci pobudzi krążenie. Zdaje się, że nie pojmujesz
swojego położenia, łysa pało. Za chwilę wpadną tu chłopi, którym
mocno dopiekłeś i rozerwą cię na sztuki czwórką koni. Widziałeś
kiedyś, jak to się odbywa? Najpierw urywają się ręce.

Fregenal naprężył kark, wybałuszył oczy i spróbował napluć Korinowi
na buty, ale z pozycji, w jakiej się znajdował, było to trudne –
obryzgał sobie tylko brodę.

– Tyle – parsknął – tyle sobie robię z waszych gróźb!
Nie zrobicie mi nic! Co ty sobie wyobrażasz, włóczęgo? Wpadłeś
w środek spraw, które cię przerastają! Zapytaj jej, po co tu jest!
Visenna! Uświadom go, zdaje się, że uważa cię za szlachetną
wybawczynię uciemiężonych, bojowniczkę o dobrobyt biedaków! A
tu idzie o pieniądze, kretynie! O ciężkie pieniądze!

Visenna milczała. Fregenal wyprężył się, skrzypiąc powrozami,
z wysiłkiem przewrócił się na bok, zginając nogi w kolanach.

– Może to nieprawda – wrzasnął – że Krąg przysłał
cię tu, byś odkręciła złoty kurek, z którego przestało ciec?!
Bo Krąg czerpie zyski z wydobycia jaspisu i jadeitu, pobiera haracz
od kupców i karawan w zamian za ochronne amulety, które jednak, jak
się okazało, nie działają na mojego kościeja!

Visenna nie odezwała się. Nie patrzyła na związanego. Patrzyła na
Korina.

– Aha! – zawołał czarownik. – Nawet nie zaprzeczasz!
A więc to już wiedza ogólnie dostępna. Dawniej wiedziała o tym
tylko starszyzna, a smarkaczy takich jak ty utrzymywało się w przekonaniu,
że Krąg jest powołany tylko do walki ze złem. Nie dziwi mnie to.
Świat się zmienia, ludzie powoli zaczynają rozumieć, że bez
czarów i czarowników można się obejść. Ani się obejrzycie,
jak będziecie bezrobotni, zmuszeni żyć z tego, coście do tej
pory nakradli. Nic was nie obchodzi, tylko zyski. Dlatego też
rozwiążecie mnie natychmiast. Nie zabijecie mnie ani nie wydacie
na śmierć, bo naraziłoby to Krąg na dalsze straty. A tego Krąg
wam nie daruje, to jasne.

– To nie jest jasne – rzekła zimno Visenna, splatając ręce
na piersi. – Widzisz, Fregenal, smarkate, takie jak ja, nie zwracają
zbytniej uwagi na dobra doczesne. Co mi tam, czy Krąg straci, czy
zyska, czy w ogóle przestanie istnieć. Zawsze mogę utrzymać się z
leczenia wzdęcia u jałówek. Albo impotencji u takich grzybów jak
ty. Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że chcesz żyć,
Fregenal, i z tego to powodu mielesz ozorem. Każdy chce żyć.
Dlatego zaraz, tu, na miejscu, zdradzisz mi wiążące zaklęcie.
Potem pomożesz mi odnaleźć tego kościeja i zniszczyć go.
A jeśli nie… Cóż, pójdę sobie do lasu, pospaceruję. Potem
będę mogła powiedzieć w Kręgu, że nie upilnowałam rozwścieczonych
chłopów.

– Zawsze byłaś cyniczna – czarownik zazgrzytał zębami.
– Nawet wtedy, w Mayenie. Zwłaszcza w kontaktach z mężczyznami.
Miałaś czternaście lat, a już wiele się mówiło o twoich…

– Przestań, Fregenal – przerwała druidka. – To, co mówisz,
nie robi na mnie żadnego wrażenia. Na nim też nie. Nie
jest moim kochankiem. Powiedz, że się zgadzasz. I kończmy z tą
zabawą. Bo przecież się zgadzasz!

Fregenal łypnął białkami oczu, odwrócił głowę.

– Pewnie, że tak – wycharczał. – Masz mnie za idiotę?
Każdy chce żyć.

VIII

Fregenal zatrzymał się, wierzchem dłoni otarł spocone czoło.

– Tam, za tą skałą, zaczyna się wąwóz. Na starych mapach oznaczony
jest jako Dur-tan-Orit, Mysi Jar. To brama Klamatu. Tutaj musimy zostawić
konie. Konno nie mamy najmniejszej szansy, by podejść do niego
niepostrzeżenie.

– Mikula – rzekła Visenna, zsiadając. – Zaczekajcie tutaj
do wieczora, nie dłużej. Jeżeli nie wrócę, nie chodźcie
na przełęcz pod żadnym pozorem. Wracajcie do domów. Zrozumiałeś,
Mikula?

Kowal pokiwał głową. Było z nim już tylko czterech wieśniaków.
Najodważniejszych. Reszta oddziału stopniała po drodze niby śnieg
w maju.

– Zrozumiałem, pani – mruknął, łypiąc okiem na Fregenala.
– Wszelako dziwno mi, że temu przeklętnikowi ufacie. Po mojemu,
chłopi rację mieli. Łeb mu urwać trzeba było. Popatrzcie tylko, pani,
na te świńskie oczka, na tę mordę zdradziecką.

Visenna nie odpowiedziała. Przysłoniwszy oczy dłonią, patrzyła na
góry, na wejście do wąwozu.

– Prowadź, Fregenal – skomenderował Korin, podciągając
pas.

Ruszyli.

Po pół godzinie marszu zobaczyli pierwszy wóz, przewrócony, rozbity.
Za nim drugi, ze złamanym kołem. Szkielety koni. Szkielet człowieka.
Drugi. Trzeci. Czwarty. Stos. Stos połamanych, pokruszonych kości.

– Ty sukinsynu – rzekł Korin cicho, patrząc na czaszkę, przez
oczodoły której przedzierały się już łodygi pokrzyw. – To
kupcy, tak? Nie wiem, co mnie powstrzymuje, by…

– Umawialiśmy się… – przerwał Fregenal pospiesznie.
– Umawialiśmy się. Powiedziałem wam wszystko, Visenna. Pomagam
wam. Prowadzę was. Umawialiśmy się!

Korin splunął. Visenna spojrzała na niego, blada, potem odwróciła
się w stronę czarownika.

– Umawialiśmy się – potwierdziła. – Pomożesz
mi go odnaleźć i zniszczyć, potem pójdziesz swoją drogą. Twoja
śmierć nie przywróci do życia tych, którzy tu leżą.

– Zniszczyć, zniszczyć… Visenna, ostrzegam cię jeszcze raz
i powtarzam: wprowadź go w letarg, sparaliżuj, znasz zaklęcia.
Ale nie niszcz go. On jest wart majątek. Zawsze możesz…

– Przestań, Fregenal. Rozmawialiśmy już o tym. Prowadź.

Poszli dalej, ostrożnie omijając szkielety.

– Visenna – sapnął Fregenal po chwili. – Zdajesz sobie
sprawę z ryzyka? To nie przelewki. Wiesz, z Efektem Zwierciadła
bywa różnie. Jeżeli inwersja nie podziała, będzie po nas.
Widziałem, co on potrafi.

Visenna zatrzymała się.

– Nie kręć – powiedziała. – Za kogo ty mnie masz? Inwersja
podziała, jeżeli…

– Jeżeli nas nie oszukałeś – wtrącił Korin głosem
głuchym z wściekłości. – A jeśli nas oszukałeś…
Mówiłeś, że widziałeś, co potrafi twój potwór. A czy wiesz,
co ja potrafię? Znam takie cięcie, po którym ciętemu zostaje jedno
ucho, jeden policzek i pół szczęki. Można to przeżyć, ale
nie można już potem, między innymi, grać na flecie.

– Visenna, uspokój tego mordercę – wybełkotał Fregenal, pobladły.
– Wyjaśnij mu, że nie mogłem cię okłamać, że wyczułabyś…

– Nie gadaj tyle, Fregenal. Prowadź.

Dalej zobaczyli następne wozy. I następne szkielety. Pomieszane,
splątane, bielejące w trawie klatki żeber, sterczące z rozpadlin
piszczele, upiornie uśmiechnięte czaszki. Korin milczał, ściskając
rękojeść miecza w spoconej dłoni.

– Uważajcie – sapnął Fregenal. – Jesteśmy
blisko. Idźcie cicho.

– Z jakiej odległości on reaguje? Fregenal, mówię do ciebie.

– Dam ci znak.

Poszli dalej, oglądając się na ściany wąwozu, strome, porośnięte
pokracznymi kikutami krzaków, poznaczone smugami żlebów i osypisk.

– Visenna? Wyczuwasz go już?

– Tak. Ale niewyraźnie. Jaka odległość, Fregenal?

– Dam ci znak. Szkoda, że nie mogę ci pomóc. Bez różdżki
i pierścienia nie mogę nic zrobić. Jestem bezsilny. Chyba że…

– Chyba że co?

– To!

Z szybkością, o jaką trudno go było podejrzewać, grubas porwał
z ziemi kanciasty odłamek skały i uderzył Visennę w tył głowy. Druidka
padła bez jęku, twarzą w dół. Korin zamachnął się dobytym mieczem,
ale czarownik był niewiarygodnie zwinny. Padł na czworaki, unikając
ostrza, przekoziołkował pod nogami Korina i kamieniem, którego
nie wypuścił z ręki, grzmotnął go w kolano. Korin zawył, upadł,
ból na moment pozbawił go oddechu, a potem falą mdłości runął
z trzewi do gardła. Fregenal zerwał się jak kot, zamierzając się do
powtórnego uderzenia.

Pstrokaty ptak spadł z góry jak pocisk, ocierając się o twarz czarownika.
Fregenal odskoczył, machając rękami, upuścił kamień. Korin, wsparty
na łokciu, ciął mieczem, o włos chybiając łydkę grubasa, ten zaś
odwrócił się i pomknął z powrotem w stronę Mysiego Jaru, wrzeszcząc
i rechocząc. Korin próbował wstać i ścigać go, ale próba uniesienia
się z ziemi zmroczyła mu oczy ciemnością. Upadł znowu, ciskając
za czarownikiem stek obrzydliwych wyzwisk.

Fregenal w bezpiecznej odległości obejrzał się, zatrzymał.

– Ty niewydarzona wiedźmo! – zaryczał. – Ty ryża
paskudo! Chciałaś przechytrzyć Fregenala? Łaskawie darować mi
życie? Myślałaś, że będę spokojnie patrzył, jak go
zabijasz?

Korin, nie przestając kląć, masował kolano, uspokajał tętniący ból.
Visenna leżała bez ruchu.

– Idzie! – wrzasnął Fregenal. – Patrzcie! Cieszcie się
tym widokiem, bo już za chwilę mój kościej wydusi wam oczy
z czaszek! Już idzie!

Korin obejrzał się. Zza skalnego rumowiska, oddalonego o jakieś
sto kroków, wyjrzały gruzłowate stawy zgiętych pajęczych nóg. Po chwili
przez kupę kamieni z grzechotem przetoczył się co najmniej sześciometrowej
średnicy tułów, płaski jak talerz, ziemistordzawy, kostropaty,
pokryty kolczastymi wyrostkami. Cztery pary nóg postępowały miarowo,
wlokąc misowaty korpus przez piarg. Piąta, pierwsza para odnóży,
nieproporcjonalnie długich, uzbrojona była w potężne racze kleszcze,
najeżone rzędami ostrych kolców i rogów.

To sen, przeleciało przez głowę Korina. To koszmar. Obudzić się. Wrzasnąć
i obudzić się. Wrzasnąć. Wrzasnąć. Wrzasnąć.

Zapominając o bolącym kolanie, przyskoczył do Visenny, targnął jej
bezwładnym ramieniem. Włosy druidki przesiąknięte były krwią, już
spływającą po karku.

– Visenna… – wykrztusił przez sparaliżowane strachem
gardło. – Visenna…

Fregenal wybuchnął obłąkańczym rechotem, dudniącym echem o ściany
wąwozu. Śmiech zagłuszył kroki Mikuli, nadbiegającego chyłkiem,
z toporem w garści. Fregenal spostrzegł się, gdy było już
za późno. Topór ugodził go w krzyż, nieco powyżej bioder
i wbił się aż po obuch. Czarownik z rykiem bólu runął na ziemię,
wyrywając stylisko z rąk kowala. Mikula przydepnął go, wyrwał berdysz,
zamachnął się powtórnie. Głowa Fregenala stoczyła się po pochyłości
i znieruchomiała, oparta czołem o jedną z czaszek leżących pod
kołami rozbitego wozu.

Korin kusztykał, potykając się na kamieniach, wlokąc Visennę, bezwładną
i miękką. Mikula przyskoczył do nich, chwycił dziewczynę, bez wysiłku
zarzucił ją sobie na ramię i pobiegł. Korin, choć wyzwolony z ciężaru,
nie mógł nadążyć. Zerknął przez ramię. Kościej sunął ku niemu,
skrzypiąc stawami, wyciągnięte kleszcze rozczesywały rzadką trawę,
chrobotały o głazy.

– Mikula! – wrzasnął Korin rozpaczliwie.

Kowal obejrzał się, złożył Visennę na ziemi, podbiegł do Korina,
wsparł go, razem pobiegli. Kościej przyspieszył, unosząc kolczaste
łapy.

– Nie damy rady – sapnął Mikula, oglądając się. – Nie
ujdziemy…

Dopadli do Visenny, leżącej na wznak.

– Wykrwawi się – jęknął Mikula.

Korin przypomniał sobie. Zerwał z paska Visenny jej sakiewkę, wyrzucał
zawartość, nie zwracając uwagi na inne przedmioty, chwycił rdzawy,
pokryty runicznymi znakami minerał, rozgarnął rude, zmoczone krwią
włosy, przycisnął hematyt do rany. Krew momentalnie przestała płynąć

– Korin! – wrzasnął Mikula.

Kościej był blisko. Szeroko rozpostarł łapy, zębate szczypce rozwarły
się. Mikula widział obracające się na słupkach oczy potwora i zgrzytające
pod nimi półksiężycowate szczęki. Pełznąc, kościej syczał
rytmicznie: „Tss, tss, tss…”

– Korin!

Korin nie reagował, szeptał coś, nie odrywając hematytu od rany.
Mikula dopadł go, szarpnął za ramię, oderwał od Visenny, porwał druidkę
w ramiona. Pobiegli. Kościej, ani na moment nie przestając
syczeć, uniósł łapy, zazgrzytał po skale chitynowym brzuchem
i szparko pomknął za nimi. Mikula zorientował się, że nie mają
szans.

Od strony Mysiego Jaru pędził w karkołomnym galopie jeździec w
skórzanym kubraku, w misiurce z żelaznych kółek, ze wzniesionym
nad głową szerokim mieczem. W kosmatej twarzy płonęły małe oczka,
błyskały szpiczaste zęby.

Z bojowym okrzykiem Kehl runął na kościeja. Zanim jednak dopadł
potwora, straszliwe łapy zwarły się, chwytając konia w kolczaste kleszcze.
Bobołak wyleciał z siodła, poturlał się po ziemi.

Kościej bez widocznego wysiłku uniósł konia w kleszczach i nabił
go na ostry szyp sterczący mu z przodu tułowia. Sierpowate żuchwy
kłapnęły, krew zwierzęcia bluznęła na kamienie, z rozciętego brzucha
buchnęły na ziemię parujące wnętrzności.

Mikula podskoczył, podniósł z ziemi bobołaka, ten jednak odepchnął
go, porwał miecz, wrzasnął tak, że zagłuszył przedśmiertne
kwiki konia i skoczył na kościeja. Z małpią zręcznością
prześliznął się pod kościstym łokciem potwora i ciął z całej
siły prosto w słupkowate oko. Kościej zasyczał, puścił konia,
rozrzucił łapy na boki, zawadzając Kehla ostrymi kolcami, poderwał
go z ziemi, cisnąc w bok, na piarg. Kehl zwalił się na skały, wypuszczając
miecz. Kościej wykonał półobrót, sięgnął szczypcami i capnął go.
Mała figurka bobołaka zawisła w powietrzu.

Mikula ryknął wściekle, w dwóch skokach dopadł potwora, zamachnął
się i rąbnął berdyszem po chitynowym karapaksie. Korin, porzucając
Visennę, bez zastanowienia przyskoczył z drugiej strony, trzymany
oburącz miecz z rozmachem wpakował w szczelinę pomiędzy pancerzem
a łapą. Napierając piersią na rękojeść, wepchnął ostrze aż
po jelec. Mikula stęknął i uderzył jeszcze raz, pancerz pękł, trysnęła
zielona cuchnąca ciecz. Kościej zasyczał, puścił bobołaka,
uniósł kleszcze. Korin zaparł się nogami w ziemię, szarpnął za rękojeść
miecza, bez skutku.

– Mikula! – krzyknął. – Do tyłu!

Obaj rzucili się do ucieczki, sprytnie, bo w dwie różne strony.
Kościej zawahał się, zgrzytnął brzuchem po skale i ruszył szybko
przed siebie, prosto na Visennę, która z głową zwieszoną między
ramionami usiłowała podnieść się na czworaki. Tuż nad nią,
w powietrzu zawisł pstrokaty ptak, bijąc skrzydłami, krzycząc, krzycząc,
krzycząc…

Kościej był blisko.

Obaj, Mikula i Korin, skoczyli jednocześnie, zagradzając drogę
potworowi.

– Visenna!

– Pani!

Kościej, nie zatrzymując się, rozcapierzył łapska.

– Na bok! – krzyknęła Visenna na kolanach, unosząc ręce.
– Korin! Na bok!

Odskoczyli obaj, przypadając do ścian wąwozu.

– Henenaa fireaoth kerelanth! – krzyknęła przeraźliwie
czarodziejka, wyrzucając ręce w kierunku kościeja. Mikula spostrzegł,
jak coś niewidzialnego sunie od niej ku potworowi. Trawa słała
się po ziemi, a drobne kamienie toczyły się na boki, jak gdyby rozgniatane
ciężarem ogromnej kuli, pędzącej z rosnącą prędkością. Z dłoni
Visenny trysnęła oślepiająco jasna, zygzakowata smuga światła,
uderzyła w kościeja, rozmazała się po pancerzu siatką języków
ognia. Powietrze rozpękło się w ogłuszającym huku. Kościej eksplodował,
wybuchnął zieloną fontanną posoki, kurzawą odłamków chityny, nóg,
wnętrzności, wszystko to wyleciało w górę, gradem sypnęło się
dookoła, zadudniło o skały, zaszeleściło po zaroślach. Mikula
przykucnął, oburącz zasłaniając głowę.

Było cicho. W miejscu, na którym przed chwilą stał potwór, czerniał
i dymił okrągły lej, zbryzgany zieloną cieczą, usłany ohydnymi, trudnymi
do rozpoznania, drobnymi fragmentami.

Korin, ocierając twarz z zielonych plam, pomógł Visennie wstać z ziemi.
Visenna drżała.

Mikula pochylił się nad Kehlem. Bobołak miał otwarte oczy.
Gruby kubrak z końskiej skóry pocięty był na strzępy, pod którymi
widać było to, co zostało z ramienia i barku. Kowal chciał coś
powiedzieć, ale nie zdołał. Podszedł Korin, podtrzymując Visennę.
Bobołak odwrócił głowę w ich stronę. Korin popatrzył na jego ramię
i z trudem przełknął ślinę.

– To ty, królewiczu – rzekł Kehl cicho, ale spokojnie
i wyraźnie. – Miałeś rację… Bez broni jestem
śmieć. A bez ręki? Chyba gówno, co?

Spokój bobołaka przeraził Korina bardziej niż widok
zmiażdżonych kości wyzierających z potwornych ran. To,
że karzeł wciąż żył, było niewyobrażalne.

– Visenna – szepnął Korin, patrząc na czarodziejkę
błagalnie.

– Nie dam rady, Korin – powiedziała Visenna łamiącym
się głosem. – Metabolizm całkowicie odmienny od ludzkiego… Mikula…
Nie dotykaj go…

– Wróciłeś, bobołaku – szepnął Mikula. –
Dlaczego?

– Bo mój metabolizm jest odmienny… od ludzkiego
– rzekł Kehl z dumą w głosie, choć już z wyraźnym wysiłkiem.
Strużka krwi wypłynęła mu z ust, plamiąc popielate futro. Odwrócił
głowę, spojrzał w oczy Visenny.

– No, ruda wiedźmo! Przepowiedziałaś trafnie,
ale spełnić przepowiednię musisz sama.

– Nie! – jęknęła Visenna.

– Tak – rzekł Kehl. – Tak trzeba. Pomóż
mi! Już czas.

– Visenna – westchnął Korin z wyrazem przerażenia
na twarzy. – Ty chyba nie zamierzasz….

– Odejdźcie! – krzyknęła druidka, powstrzymując
łkanie. – Odejdźcie obaj!

Mikula, patrząc w bok, pociągnął Korina za ramię. Korin
poddał się. Zobaczył jeszcze, jak Visenna klęka nad bobołakiem, delikatnie
gładzi go po czole, dotyka skroni. Kehl drgnął, zadygotał, wyprężył
się i zastygł nieruchomy.

Visenna płakała.

IX

Pstrokaty Ptak, siedzący na ramieniu Visenny, przekrzywił
płaski łebek, wlepił w czarodziejkę okrągłe, nieruchome oko. Koń człapał
wyboistym gościńcem, niebo było kobaltowe i czyste.

– Tuuit tuiit trk – powiedział Pstrokaty Ptak.

– Możliwe – zgodziła się Visenna. – Ale nie o to
chodzi. Nie zrozumiałeś mnie. Nie mam pretensji. Przykro mi, że
o całej sprawie dowiedziałam się dopiero od Fregenala, a nie od ciebie,
to fakt. Ale znam cię przecież od lat, wiem, że nie jesteś
gadatliwy. Sądzę, że gdybym zapytała wprost, odpowiedziałbyś.

– Trk, tuuuit?

– Jasne. Już od dawna. Ale sam wiesz, jak u nas jest. Jedna
wielka tajemnica, wszystko tajne, sekretne. A zresztą to tylko kwestia
skali. Ja też nie odmawiam przyjęcia zapłaty za leczenie, jeśli
ktoś mi ją wpycha, a wiem, że go stać. Wiem, że za pewnego
rodzaju usługi Krąg żąda wysokich opłat. I słusznie, wszystko
drożeje, a żyć trzeba. Nie o to chodzi.

– Twwiiit. – Ptak przestąpił z nóżki na nóżkę. –
Korriiin.

– Domyślny jesteś – uśmiechnęła się cierpko Visenna,
pochylając głowę w stronę Ptaka, pozwalając, by lekko dotknął dziobkiem
jej policzka. – Tym właśnie jestem rozgoryczona. Widziałam,
jak na mnie spoglądał. Nie dość, że wiedźma, myślał
pewnie, to jeszcze i obłudna kombinatorka, chciwa i wyrachowana.

– Tuwiit trk trk trk tuuiiit?

Visenna odwróciła głowę.

– No, aż tak źle nie jest – mruknęła, mrużąc
oczy. – Nie jestem, jak wiesz, dziewczynką, nie tracę głowy tak
łatwo. Chociaż trzeba przyznać… Za długo włóczę się samotnie
po… Ale to nie twoja sprawa. Pilnuj swego dzioba.

Ptak milczał, strosząc piórka. Las był coraz bliżej, widać
było drogę, znikającą w gąszczu pod portalem konarów.

– Słuchaj – odezwała się Visenna po chwili. – Jak to
może, według ciebie, wyglądać w przyszłości? Czy rzeczywiście
jest możliwe, żeby ludzie przestali nas potrzebować? Chociażby
w najprostszej materii, w kwestii leczenia? Trochę postępu tu widać,
weźmy dla przykładu takie ziołolecznictwo, ale czy można sobie
wyobrazić, że kiedyś uporają się, dajmy na to, z krupem? Z
gorączką połogową? Z tężcem?

– Twiik twiiit.

– Też mi odpowiedź. Teoretycznie to możliwe jest
i to, że nasz koń za chwilę włączy się do rozmowy. I powie coś
mądrego. A co powiesz o raku? Czy i z rakiem poradzą sobie? Bez magii?

– Trrk!

– Ja też tak myślę.

Wjechali w las, pachnący chłodem i wilgocią. Przekroczyli płytki strumień.
Visenna wspięła się na wzgórze, zjechała potem w dół, wśród wrzosów,
sięgających strzemion. Znowu odnalazła drogę, piaszczystą, zarośniętą.
Znała tę drogę, jechała już tędy zaledwie trzy dni temu. Tyle,
że w przeciwnym kierunku.

– Wydaje mi się – odezwała się znowu – że jednak
przydałoby się u nas trochę zmian. Kostniejemy, za mocno i zbyt bezkrytycznie
uczepiliśmy się tradycji. Gdy tylko wrócę…

– Twiit – przerwał jej Pstrokaty Ptak.

– Co?

– Twiit.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Dlaczego nie?

– Trrrrk.

– Jaki napis? Na jakim znowu słupie?

Ptak, furcząc skrzydełkami, zerwał się z jej ramienia, odleciał, znikł
wśród listowia.

Korin siedział oparty plecami o słup na rozstaju, przyglądał się jej
z bezczelnym uśmiechem. Visenna zeskoczyła z konia, podeszła bliżej.
Czuła, że też się uśmiecha, wbrew swej woli, co więcej,
podejrzewała, że uśmiech ten nie wygląda najmądrzej.

– Visenna – zawołał Korin. – Przyznaj się, nie otumaniasz
mnie przypadkiem czarami? Odczuwam bowiem ogromną radość z tego
spotkania, wręcz nienaturalną radość. Tfu, tfu, na psa urok. To
czary ani chybi.

– Czekałeś na mnie.

– Jesteś niesamowicie przenikliwa. Widzisz, obudziłem się
raniutko i stwierdziłem, że odjechałaś. Jak miło z jej strony,
pomyślałem sobie, że nie budziła mnie dla takiego głupstwa
jak zdawkowe pożegnanie, bez którego można się wszak doskonale
obejść. Któż w końcu w dzisiejszych czasach żegna się
lub wita, toż to nic innego jak przesąd i dziwactwo. Prawda? Obróciłem
się na drugi bok i spałem dalej. Dopiero po śniadaniu przypomniałem
sobie, że mam ci do powiedzenia coś niezwykle ważnego.
Wsiadłem zatem na zdobycznego konia i pojechałem na skróty.

– A cóż takiego masz mi do powiedzenia? – spytała Visenna,
podchodząc bliżej, zadzierając głowę, by spojrzeć w błękitne
oczy, które zeszłej nocy widziała we śnie.

Korin wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

– Sprawa jest delikatnej natury – rzekł. – Nie da się
jej streścić w kilku słowach. Będzie to wymagało szczegółowych
wyjaśnień. Nie wiem, czy zdążę przed zmierzchem.

– Zacznij chociaż.

– Z tym właśnie jest kłopot. Nie wiem jak.

– Panu Korinowi brak słów – pokręciła głową Visenna, wciąż
się uśmiechając. – Rzecz absolutnie niesłychana. Zacznij więc,
dajmy na to, od początku.

– Niezły pomysł – Korin udał, że poważnieje. –
Widzisz, Visenna, minął już ładny kawał czasu, odkąd włóczę się
samotnie…

– Po lasach i gościńcach – dokończyła czarodziejka, zarzucając
mu ramiona na szyję.

Pstrokaty Ptak, wysoko, na gałęzi drzewa, machnął skrzydełkami, rozpostarł
je, zadarł główkę.

– Trrrk twiit twiiit – powiedział.

Visenna oderwała usta od ust Korina, spojrzała na ptaka, mrugnęła.

– Miałeś rację – odpowiedziała. – To rzeczywiście
droga, z której się nie wraca. Leć, powiedz im…

Zawahała się, machnęła ręką.

– Nic im nie mów.