Wstęp

Pomysłu na „Coś się kończy, coś się zaczyna” dostarczyła mi, jak jasno wynika z motta do opowiadania,
wiadomość o ślubie pewnej znanej i lubianej w fandomie pary
– ha, dziś nie muszę już robić tajemnicy z faktu, że chodziło
o Paulinę Braiter i Pawła Ziemkiewicza.

Inicjatorem zaś powstania
opowiadania był, cześć tu oddać mu należy, Krzysztof Papierkowski,
prezes Gdańskiego Klubu Fantastyki. GKF wydawał własny fanzin, „Czerwony
karzeł”, Krzysztof Papierkowski zaś często czynił zabiegi
o pozyskanie dla tegoż fanzinu nigdzie dotąd nie publikowanych
tekstów prominentnych polskich fantastów. Któregoś razu zaproponował
coś takiego mnie, a ja, zgodziwszy się, postanowiłem nie tylko
nawiązać do wspomnianego fanowskiego ślubu, ale w ogóle nadać
opowiadanku charakter żartu, dowcipu bliskiego atmosferze polskich
fantastycznych konwentykli. Tak też to opowiadanie traktuję do
dziś – mniej jak opowiadanie, bardziej jak konwentowy żart.

Wbrew pozorom, sytuacjom i bohaterom, opowiadania „Coś
się kończy…” pod żadnym pozorem nie należy łączyć z
tak zwaną „sagą o wiedźminie” czy w ogóle cyklem wiedźmińskim.
Nie jest to żadne zakończenie alternatywne pięcioksięgu, nie jest
to też, wbrew plotkom, zakończenie, z którego w procesie twórczym
zrezygnowałem, wybierając epilog mniej radosny. Nie wszyscy to
rozumieją i rozumieli. Cieszący się wielką estymą w fandomie pan Tadeusz
A. Olszański raczył był mi kiedyś rzec, że tylko po mnie,
po nikim innym, można było spodziewać się tak wielkiej bezczelności,
jak opublikowanie epilogu „sagi” przed samej sagi napisaniem.
Ba, osoba najlepiej, wydawałoby się, zorientowana, mój wydawca, Mirosław
Kowalski, niezbyt zbudowany moją przeciągającą się pracą nad ostatnim
tomem, wyraził zdziwienie, że to tak wolno idzie. „Przecież
ostatni rozdział już masz”, rzekł był kiedyś. A imię ludzi,
których brak ślubu w epilogu pięcioksięgu totalnie zaskoczył,
było legion.

Uważni czytelnicy dostrzegą jednak w „Coś
się kończy…” pewne fragmenty tekstu, które opowiadanie z pięcioksięgiem
łączą tak jakby.
Jest to niezbity dowód na fakt, że „wiedźmińska saga”
tworzona była według precyzyjnego planu, nie była, wbrew plotkom,
pisana chaotycznie niczym rozgrywka role playing game, a zakończona
wtedy, gdy autorowi się znudziło. Wystarczy proste porównanie dat
– „Coś się kończy, coś się zaczyna”, napisane
pod koniec roku 1992, ukazało się w „Czerwonym karle” w roku
1993. Pierwszy tom pięcioksięgu, Krew elfów, ukazał się w roku
1994. Tom ostatni zaś, ten, w którym mowa jest o masakrze na
schodach, podczas której Ciri bieleją włosy, powstał i został opublikowany
w roku 1999.

Coś Się Kończy, Coś Się Zaczyna

Wszystkim nowożeńcom, a szczególnie dwojgu z nich

I

Słońce przecisnęło swe ogniste macki przez szpary w okiennicach,
przeszyło komnatę skośnymi, pulsującymi od wirującego kurzu smugami
światła, rozlało jasne plamy na posadzce i pokrywających ją skórach
niedźwiedzich, oślepiającym refleksem rozbłysło na klamrze
paska Yennefer. Pasek Yennefer leżał na wysokim trzewiczku. Wysoki
trzewiczek leżał na białej koszuli z koronkami, a biała koszula
leżała na czarnej spódnicy. Jedna czarna pończocha wisiała na
poręczy krzesła, wyżłobionej w kształt głowy chimery. Drugiej
pończochy i drugiego trzewiczka nigdzie nie było widać. Geralt westchnął.
Yennefer lubiła rozbierać się szybko i z rozmachem. Musiał zacząć
się do tego przyzwyczajać. Nie miał innego wyjścia.

Wstał, otworzył okiennice, wyjrzał. Z jeziora, gładkiego jak tafla
zwierciadła, wstawał opar, liście nadbrzeżnych brzóz i olch
połyskiwały od rosy, odległe łąki kryła niska, gęsta mgła, wisząca
niby pajęczyna tuż ponad wierzchołkami traw.

Yennefer poruszyła się pod pierzyną, zamruczała niewyraźnie.
Geralt westchnął.

– Piękny dzień, Yen.

– Eee? Co?

– Piękny dzień. Wyjątkowo piękny dzień.

Zaskoczyła go. Zamiast zakląć i nakryć głowę poduszką, czarodziejka
usiadła, przeczesała włosy palcami i zaczęła szukać wśród pościeli
nocnej koszuli. Geralt wiedział, że nocna koszula leży za
wezgłowiem łóżka, tam, gdzie Yennefer cisnęła ją wczoraj w nocy.
Ale nie odezwał się. Yennefer nie znosiła takich uwag.

Czarodziejka zaklęła z cicha, kopnęła pierzynę, uniosła
dłoń i strzeliła palcami. Nocna koszula wyfrunęła zza wezgłowia, powiewając
falbankami niby pokutujący duch, spłynęła wprost do oczekującej dłoni.
Geralt westchnął.

Yennefer wstała, podeszła do niego, objęła i ugryzła w ramię.
Geralt westchnął. Lista rzeczy, do których musiał się przyzwyczaić,
wydawała się nie mieć końca.

– Chciałeś coś powiedzieć? – spytała czarodziejka,
mrużąc oczy.

– Nie.

– Dobrze. Wiesz co? Dzień rzeczywiście jest piękny.
Dobra robota.

– Robota? Co masz na myśli?

Zanim Yennefer zdążyła odpowiedzieć, usłyszeli z dołu
wysoki, przeciągły krzyk i gwizd. Brzegiem jeziora, rozpryskując wodę,
galopowała Ciri na karej klaczy. Klacz była rasowa i wyjątkowo piękna.
Geralt wiedział, że należała niegdyś do pewnego półelfa,
który ocenił szarowłosą wiedźminkę na podstawie pozorów i okropnie
się pomylił. Ciri nadała zdobycznej klaczy imię Kelpie, co w języku
wyspiarzy ze Skellige oznaczało groźnego i złośliwego ducha
morza, niekiedy przybierającego postać konia. Imię pasowało do klaczy
idealnie. Nie tak dawno temu pewien hobbit, który zapragnął Kelpie
ukraść, przekonał się o tym bardzo boleśnie. Hobbit nazywał
się Sandy Frogmorton, ale od tamtego wypadku wszyscy mówili na niego
„Kalafior”.

– Skręci kiedyś kark – mruknęła Yennefer,
patrząc na Ciri, galopującą wśród bryzgów wody, schyloną, uniesioną
w strzemionach. – Skręci kiedyś kark ta wariatka, twoja córka.

Geralt odwrócił głowę, nie mówiąc ani słowa, spojrzał
wprost we fiołkowe oczy czarodziejki.

– No, dobrze – uśmiechnęła się Yennefer,
nie spuszczając wzroku. – Przepraszam. Nasza córka.

Objęła go ponownie, przytulając się mocno, powtórnie pocałowała
i znowu ugryzła. Geralt dotknął ustami jej włosów i ostrożnie
zsunął koszulę z ramion czarodziejki.

A potem znaleźli się ponownie w łóżku, w rozburzonej
pościeli, jeszcze ciepłej i pachnącej snem. I zaczęli się nawzajem
poszukiwać, i poszukiwali się długo i bardzo cierpliwie, a pewność,
że przecież się odnajdą, napełniała ich radością i szczęściem,
i radość i szczęście były we wszystkim, co robili. I chociaż
tak bardzo się różnili, rozumieli, jak zawsze, że nie są to
różnice z tych, które dzielą, ale z tych, które łączą i wiążą,
wiążą twardo i mocno, jak wysieczony siekierą zacios krokwi i
kalenicy, zacios, z którego rodzi się dom. I było tak, jak za pierwszym
razem, gdy jego zachwyciła jej olśniewająca nagość i gwałtowne
pożądanie, a ją zachwyciła jego delikatność i czułość.
I tak, jak za pierwszym razem, ona chciała mu o tym powiedzieć, ale
on przerwał jej pocałunkiem i pieszczotami, i odebrał jej słowom
wszelki sens. A później, gdy on chciał jej o tym powiedzieć, nie
mógł wydobyć głosu, a później szczęście i rozkosz spadły na
nich z siłą walącej się skały i było coś, co było bezgłośnym
krzykiem, i świat przestał istnieć, coś się skończyło i coś
się zaczęło, i coś trwało, i była cisza, cisza i spokój.

I zachwycenie.

Świat powolutku wracał do siebie i znowu była pościel
pachnąca snem, i zalana słońcem komnata i dzień. Dzień…

– Yen?

– Mhm?

– Gdy mówiłaś, że dzień jest piękny, dodałaś:
„Dobra robota”. Czy to miało oznaczać…

– Miało – potwierdziła i przeciągnęła się, wyprężając
ramiona i łapiąc za rogi poduszki, a jej piersi nabrały wówczas kształtu,
który odezwał się wiedźminowi dreszczem w dole pleców. – Widzisz,
Geralt, myśmy tę pogodę zrobili. Wczoraj wieczorem. Ja, Nenneke,
Triss i Dorregaray. Nie mogłam przecież ryzykować, ten dzień musiał
być piękny…

Urwała, trąciła go kolanem w biodro.

– Bo to przecież najważniejszy dzień w twoim
życiu, głupku.

II

Stojący na śródjeziornym cyplu zamek Rozrog prosił
się o generalny remont, z zewnątrz i wewnątrz, i to nie od wczoraj.
Mówiąc oględnie, Rozrog był ruiną, bezkształtnym zlepkiem kamieni,
porośniętych gęsto bluszczem, powojem i tradescantią, ruiną stojącą
wśród jezior, błot i bagien rojących się od żab, zaskrońców
i żółwi. Był ruiną już wówczas, gdy podarowano go królowi
Herwigowi. Zamek Rozrog i otaczające go tereny były bowiem czymś
w rodzaju dożywotniego nadania, pożegnalnego prezentu dla
Herwiga, który dwanaście lat temu abdykował na rzecz swojego siostrzeńca
Brennana, od niedawna zwanego Dobrym.

Geralt poznał eks-króla przez Jaskra, bo trubadur bywał
w Rozrogu często, jako że Herwig był przemiłym i radym gościom
gospodarzem. O Herwigu i jego zamczysku przypomniał właśnie Jaskier,
wtedy, gdy wszystkie miejscowości z opracowanej przez wiedźmina
listy zostały odrzucone przez Yennefer jako nie nadające się. O dziwo,
na Rozrog czarodziejka zgodziła się natychmiast i bez kręcenia nosem.

I tym sposobem ślub Geralta i Yennefer miał odbyć
się na zamku Rozrog.

III

Początkowo ślub miał być cichy i nieformalny, ale
z biegiem czasu okazało się to – z różnych względów –
niemożliwe. Potrzebny był więc ktoś o talentach organizacyjnych.
Yennefer, rzecz jasna, odmówiła, nie wypadało jej organizować własnego
ślubu. Geralt i Ciri, nie wspominając o Jaskrze, żadnych talentów
w tym kierunku nie mieli. Sprawę powierzono więc Nenneke, kapłance
bogini Melitele z Ellander. Nenneke przybyła natychmiast, a wraz z
nią dwie młodsze kapłanki, Iola i Eurneid.

I zaczęły się kłopoty.

IV

– Nie, Geralt – Nenneke nadęła się i tupnęła nogą. –
Nie biorę żadnej odpowiedzialności ani za ceremonię, ani za
ucztę. Ta rudera, którą jakiś idiota nazwał zamkiem, nie nadaje
się do niczego. Kuchnia jest zrujnowana, sala balowa nadaje się wyłącznie
na stajnię, a kaplica… To w ogóle nie jest kaplica. Czy możesz
mi powiedzieć, jakiego boga czci ten kulawiec Herwig?

– O ile wiem, nie czci żadnego. Twierdzi, że religia
to mandragora dla mas.

– Byłam pewna – rzekła kapłanka, nie kryjąc pogardy.
– W kaplicy nie ma ani jednego posągu, niczego tam nie ma, jeśli
nie liczyć mysich bobków. I do tego to cholerne odludzie! Geralt,
dlaczego nie chcecie wziąć ślubu w Vengerbergu, w cywilizowanej
okolicy?

– Przecież wiesz, że Yennefer jest kwarteronką,
a w twoich cywilizowanych okolicach nie tolerują mieszanych
małżeństw.

– Na Wielką Melitele! Cóż znaczy jedna czwarta elfiej krwi?
Przecież prawie każdy ma jakąś tam domieszkę krwi Starszego
Ludu! To nic innego, jak idiotyczny przesąd!

– Nie ja go wymyśliłem.

V

Listę gości – niezbyt długą – narzeczeni ułożyli
wspólnie, a zapraszaniem miał zająć się Jaskier. Wkrótce wyszło na
jaw, że trubadur listę zgubił, i to zanim jeszcze zdążył ją
przeczytać. Zawstydzony, nie przyznał się i poszedł na łatwiznę –
zaprosił kogo tylko się dało. Oczywista, Jaskier znał Geralta i Yennefer
na tyle dobrze, by nikogo istotnego nie pominąć, nie byłby jednak
sobą, gdyby nie wzbogacił spisu gości o przerażającą liczbę
osób całkiem przypadkowych.

Zjawił się zatem stary Vesemir z Kaer Morhen, wychowawca Geralta,
a wraz z nim wiedźmin Eskel, z którym Geralt przyjaźnił się
od lat dziecinnych.

Przybył druid Myszowór w towarzystwie wyższej od niego o głowę
i młodszej o jakieś sto lat ogorzałej blondynki o imieniu Freya.
Wraz z nimi zjawił się jarl Crach an Craite ze Skellige w towarzystwie
synów Ragnara i Lokiego. Ragnarowi, gdy jechał konno, nogi sięgały
prawie do ziemi, a Loki przypominał filigranowego elfa. Nie było w
tym nic dziwnego, byli braćmi przyrodnimi, synami różnych nałożnic
jarla.

Zameldował się wójt Caldemeyn z Blaviken z córką Anniką, dość
atrakcyjną, choć potwornie nieśmiałą panną.

Przybył krasnolud Yarpen Zigrin, co ciekawe, sam, bez towarzyszących
mu zwykle brodatych bandytów nazywanych „chłopcami”. Do Yarpena
dołączył w drodze elf Chireadan, osobnik o nie do końca jasnej, ale
niewątpliwie wysokiej pozycji wśród Starszego Ludu, eskortowany
przez kilku nieznanych nikomu małomównych pobratymców.

Przybyła też rozwrzeszczana gromada niziołków, spośród których
Geralt znał jedynie Dainty Biberveldta, farmera z Rdestowej Łąki i
– ze słyszenia – jego gderliwą żonę Gardenię. Był w gromadzie
niziołków jeden niziołek, który niziołkiem nie był – słynny przedsiębiorca
i kupiec Tellico Lunngrevink Letorte z Novigradu, zmiennokształtny
doppler, występujący pod postacią niziołka i przybranym imieniem Dudu.

Zjawił się baron Freixenet z Brokilonu z żoną, urodziwą driadą
Braenn, i pięcioma córkami, zwanymi Morenn, Cirilla, Mona, Eithne
i Kashka. Morenn wyglądała na piętnaście lat, a Kashka na pięć.
Wszystkie były rude jak ogień, choć Freixenet miał włosy czarne, a
Braenn miodowozłote. Braenn była w zaawansowanej ciąży. Freixenet
poważnie twierdził, że tym razem musi być syn, na co wataha
jego rudych driad patrzyła po sobie i chichotała, a Braenn, uśmiechając
się lekko, dodawała, że „syn” będzie nosił imię Melissa.

Przybył Jednoręki Jarre, młody kapłan i kronikarz z Ellander, wychowanek
Nenneke. Jarre przybył głównie z powodu Ciri, w której się podkochiwał.
Ciri, ku rozpaczy Nenneke, zdawała się całkowicie lekceważyć kalekiego
młodzieńca i jego niezręczne zaloty.

Listę gości nieoczekiwanych otwierał książę Agloval z Bremervoord,
którego przybycie graniczyło z cudem, bo książę i Geralt szczerze
się nie cierpieli. Jeszcze dziwniejszy był fakt, że Agloval zjawił
się w towarzystwie małżonki, syreny Sh’eenaz. Sh’eenaz zrezygnowała
niegdyś dla księcia z rybiego ogona na rzecz dwóch niebywale pięknych
nóg, ale znana była z tego, że nigdy nie oddalała się od morskiego
wybrzeża, bo ląd budził w niej strach.

Mało kto oczekiwał przybycia innych koronowanych głów, bo też
i nikt ich nie zapraszał. Mimo tego monarchowie przysłali listy, podarki,
posłów – lub wszystko na raz. Musieli przy tym się zmówić, bo
posłowie podróżowali w grupie, która po drodze zdążyła się
zaprzyjaźnić. Rycerz Yves reprezentował króla Ethaina, komes Sulivoy
króla Venzlava, sir Matholm króla Sigismunda, a sir Devereux królową
Addę, byłą strzygę. Podróż musiała być wesoła, bo Yves miał rozciętą
wargę, Sulivoy rękę na temblaku, Matholm kusztykał, a Devereux miał
takiego kaca, że ledwie trzymał się w siodle.

Nikt nie zapraszał złotego smoka Villentretenmertha, bo nikt nie wiedział,
jak go zaprosić i gdzie go szukać. Ku ogólnemu zdziwieniu smok zjawił
się, oczywiście incognito, pod postacią rycerza Borcha herbu
Trzy Kawki. W miejscu, gdzie był Jaskier, o żadnym incognito
mowy, rzecz jasna, być nie mogło, niemniej jednak mało kto wierzył,
gdy poeta wskazywał kędzierzawego rycerza i twierdził, że to smok.

Nikt też nie zapraszał i nikt nie oczekiwał malowniczej hałastry,
określającej siebie mianem „przyjaciół i znajomych” Jaskra.
Byli to głównie poeci, muzycy i trubadurzy, a do tego akrobata, zawodowy
gracz w kości, treserka krokodyli i cztery kolorowe panienki,
z których trzy wyglądały na nierządnice, a czwarta, która na nierządnicę
nie wyglądała, ponad wszelką wątpliwość była nią. Grupę uzupełniało
dwóch proroków, z czego jeden fałszywy, jeden rzeźbiarz w marmurze,
jedno jasnowłose i wiecznie pijane medium płci żeńskiej i jeden
ospowaty gnom, który twierdził, że nazywa się Schuttenbach.

Magicznym statkiem amfibią, przypominającym skrzyżowanie łabędzia
z wielką poduszką, przybyli czarodzieje. Było ich czterokrotnie mniej,
niż zaproszono, i trzykrotnie więcej, niż oczekiwano, bo konfratrzy
Yennefer, jak wieść niosła, potępiali jej związek z mężczyzną
„z zewnątrz”, a do tego wiedźminem. Część w ogóle
zignorowała zaproszenia, część wymówiła się brakiem czasu i koniecznością
bytności na dorocznym, ogólnoświatowym konwencie czarodziejów.
Tak więc na pokładzie – jak go określił Jaskier – „poduszkowca”
byli tylko Dorregaray z Vole i Radcliffe z Oxenfurtu.

I była Triss Merigold o włosach jak październikowy kasztan.

VI

– To ty zaprosiłeś Triss Merigold?

– Nie – pokręcił głową wiedźmin, wielce rad
z faktu, że mutacja naczyń krwionośnych uniemożliwia mu
rumienienie się. – Nie ja. Podejrzewam Jaskra, chociaż oni
wszyscy twierdzą, że o ślubie dowiedzieli się z magicznych
kryształów.

– Nie życzę sobie Triss na moim ślubie!

– Dlaczego? Przecież to twoja przyjaciółka.

– Nie rób ze mnie idiotki, wiedźminie! Wszyscy
wiedzą, że z nią spałeś!

– Nieprawda!

Fiołkowe oczy Yennefer zwęziły się niebezpiecznie.

– Prawda!

– Nieprawda!

– Prawda!

– No dobrze – odwrócił się ze złością. – Prawda.
I co z tego?

Czarodziejka milczała przez chwilę, bawiąc się gwiazdą
z obsydianu, przypiętą do czarnej aksamitki.

– Nic – powiedziała wreszcie. – Ale chciałam,
żebyś się przyznał. Nigdy nie próbuj kłamać przede mną, Geralt.
Nigdy.

VII

Mur pachniał mokrym kamieniem i kwaśnym zielskiem,
słońce prześwietlało brunatną wodę w fosie, wydobywało ciepłą
zieleń z porastającej dno moczarki i jaskrawą żółć z grążeli
pływających po powierzchni.

Zamek powoli budził się do życia. W zachodnim skrzydle ktoś
strzelił okiennicą i roześmiał się. Ktoś inny słabym głosem
dopraszał się soku z kiszonej kapusty. Jeden z goszczących w Rozrogu
kolegów Jaskra, niewidoczny, śpiewał przy goleniu:

Za stodołą, gdzieś na płocie,
Kogut gromko pieje.
Zaraz przyjdę, miła, do cię
Tylko się odleję.

Skrzypnęły drzwi, na podwórzec wyszedł Jaskier, przeciągając się i
trąc twarz.

– Jak się masz, żonkosiu – rzekł zmęczonym głosem. –
Jeżeli masz zamiar zwiać, to teraz jest ostatnia okazja.

– Ranny z ciebie ptaszek, Jaskier.

– W ogóle się nie kładłem – zamamrotał poeta, siadając obok
wiedźmina na kamiennej ławeczce i opierając się plecami o porośnięty
tradescantią mur. – Bogowie, to była ciężka noc. Ale cóż,
nie codziennie żenią się przyjaciele, trzeba było to jakoś
uczcić.

– Uczta weselna jest dzisiaj – przypomniał Geralt. –
Wytrzymasz?

– Nie obrażaj mnie.

Słońce grzało mocno, ptaki hałasowały wśród krzewów. Od strony
jeziora słychać było pluski i piski. Morenn, Cirilla, Mona, Eithne
i Kashka, rude driady, córki Freixeneta, kąpały się, jak zwykle nago,
w towarzystwie Triss Merigold i Freyi, przyjaciółki Myszowora. Na
górze, na zrujnowanych blankach zamku posłowie królewscy, rycerze
Yves, Sulivoy, Matholm i Devereux wyrywali sobie lunetę.

– Dobrzeście się chociaż bawili, Jaskier?

– Nie pytaj.

– Jakiś większy skandal?

– Kilka.

Pierwszy skandal, zrelacjonował poeta, miał podłoże rasowe. Tellico
Lunngrevink Letorte oznajmił oto nagle wśród zabawy, że ma
dość występowania jako niziołek. Wskazawszy palcem obecne na sali
driady, elfy, hobbitów, syrenę, krasnoluda i gnoma, który twierdził,
że nazywa się Schuttenbach, doppler uznał za dyskryminację fakt,
iż wszyscy mogą być sobą, a wyłącznie on, Tellico, musi stroić
się w cudze piórka. Po czym przybrał – na chwilę – naturalną
postać. Na ten widok Gardenia Biberveldt zemdlała, książę Agloval
niebezpiecznie zadławił się sandaczem, a Annika, córka wójta Caldemeyna,
dostała ataku histerii. Sytuację zażegnał smok Villentretenmerth,
wciąż pod postacią rycerza Borcha Trzy Kawki, wyjaśniając
dopplerowi spokojnie, że zmiennokształtność jest przywilejem,
który zobowiązuje, a zobowiązuje między innymi do przybierania postaci
ogólnie uważanych za przyzwoite i akceptowane w towarzystwie,
i że to nic innego jak zwykła grzeczność w stosunku do gospodarza.
Doppler zarzucił Villentretenmerthowi rasizm, szowinizm i brak elementarnego
pojęcia o przedmiocie dyskusji. Urażony Villentretenmerth przybrał
więc na chwilę postać smoka, niszcząc trochę mebli i doprowadzając
do ogólnej paniki. Gdy się uspokoiło, rozgorzał ostry spór, w którym
ludzie i nieludzie nawzajem wytykali sobie przykłady braku tolerancji
i rasowe uprzedzenia. Dość nieoczekiwanym akcentem w dyskusji
był głos piegowatej Merle, dziwki, która nie wyglądała na dziwkę.
Merle oznajmiła, że cała ta sprzeczka jest głupia i bezprzedmiotowa,
i nie dotyczy prawdziwych zawodowców, którzy nie wiedzą, co to uprzedzenia,
co ona jest gotowa natychmiast udowodnić za stosowną opłatą, choćby
i ze smokiem Villentretenmerthem w naturalnej postaci. W ciszy, jaka
zapadła, usłyszano medium płci żeńskiej, deklarujące, że może
zrobić to samo za darmo. Villentretenmerth szybko zmienił temat i
zaczęto dyskutować na tematy bezpieczniejsze, jak ekonomia, polityka,
łowy, rybołówstwo i hazard.

Reszta skandali miała wymiar raczej towarzyski. Myszowór, Radcliffe
i Dorregaray założyli się o to, który z nich siłą woli zmusi
do lewitacji więcej przedmiotów na raz. Wygrał Dorregaray, utrzymując
w powietrzu dwa krzesła, paterę z owocami, wazę zupy, globus, kota,
dwa psy i Kashkę, najmłodszą córkę Freixeneta i Braenn.

Potem Cirilla i Mona, dwie średnie córki Freixeneta, pobiły się
i trzeba je było wyprowadzić. Krótko potem pobili się Ragnar i rycerz
Matholm, a powodem bitki była Morenn, najstarsza córka Freixeneta.
Zdenerwowany Freixenet nakazał Braenn pozamykać w komnatach wszystkie
swoje rude latorośle, a sam dołączył do zawodów w piciu, które
zorganizowała Freya, przyjaciółka Myszowora. Rychło okazało się, że
Freya ma niewyobrażalną, graniczącą z totalnym immunitetem odporność
na alkohol. Większość poetów i bardów, koleżków Jaskra, wnet
wylądowała pod stołem. Freixenet, Crach an Craite i wójt Caldemeyn
walczyli dzielnie, ale musieli ulec. Twardo trzymał się czarodziej
Radcliffe, do czasu, gdy udowodniono, że oszukiwał – miał
przy sobie róg jednorożca. Gdy mu go odebrano, nie miał z Freyą
żadnych szans. Wkrótce zajmowany przez wyspiarkę koniec stołu
opustoszał zupełnie – przez jakiś czas pił z nią jeszcze nieznany
nikomu, blady mężczyzna w staromodnym kaftanie. Po jakimś
czasie mężczyzna ów wstał, zatoczył się, ukłonił grzecznie i przeszedł
przez mur jak przez mgłę. Lustracja zdobiących sale starożytnych
portretów pozwoliła na stwierdzenie, że był to Willem zwany Diabłem,
dziedzic Rozroga, zasztyletowany w czasie biesiady kilkaset
lat temu.

Starodawne zamczysko kryło liczne tajemnice i cieszyło się w przeszłości
dość ponurą sławą, nie obyło się więc bez dalszych wydarzeń o
charakterze nadprzyrodzonym. Około północy przez otwarte okno wleciał
wampir, ale krasnolud Yarpen Zigrin przepędził krwiopijcę, zionąc
na niego czosnkiem. Przez cały czas coś wyło, jęczało i dzwoniło
łańcuchami, ale nikt nie zwracał uwagi, wszyscy myśleli, że
to Jaskier i jego nieliczni trzeźwi koledzy. Były to jednakowoż
duchy, bo na schodach stwierdzono mnóstwo ektoplazmy – kilka
osób pośliznęło się i dotkliwie potłukło.

Granice przyzwoitości przekroczył rozczochrany i ognistooki upiór,
który z zasadzki uszczypnął w tyłek syrenę Sh’eenaz. Z trudem zażegnano
awanturę, bo Sh’eenaz myślała, że winowajcą jest Jaskier.
Upiór, korzystając z zamieszania, krążył po sali i szczypał,
ale Nenneke wypatrzyła go i przepędziła za pomocą egzorcyzmów.

Kilku osobom objawiła się Biała Dama, którą, jeśli wierzyć legendzie,
zamurowano niegdyś żywcem w lochach Rozroga. Byli jednak sceptycy,
twierdzący, że to nie Biała Dama, a medium płci żeńskiej,
krążące po krużgankach w poszukiwaniu czegoś do picia.

Potem rozpoczęło się ogólne znikanie. Pierwsi zniknęli rycerz Yves
i treserka krokodyli. Wkrótce potem ślad zaginął po Ragnarze i
Eurneid, kapłance Melitele. Potem zniknęła Gardenia Biberveldt, ale
okazało się, że poszła spać. Nagle okazało się, że brakuje
Jednorękiego Jarre i Ioli, drugiej kapłanki Melitele. Ciri, choć
twierdziła, że Jarre jest jej obojętny, wykazała pewne zaniepokojenie,
ale wyjaśniło się, że Jarre wyszedł za potrzebą i wpadł do
płytkiej fosy, gdzie usnął, a Iolę znaleziono pod schodami. Z elfem
Chireadanem.

Widziano też Triss Merigold i wiedźmina Eskela z Kaer Morhen,
znikających w altanie parkowej, zaś nad ranem ktoś doniósł,
że z altany tej wychodził doppler Tellico. Gubiono się w domysłach,
czyją postać przyjął doppler – Triss czy Eskela. Ktoś nawet
zaryzykował pogląd, że na zamku może być dwóch dopplerów.
Chciano spytać o zdanie smoka Villentretenmertha jako specjalistę
od zmiennokształtności, ale okazało się, że smok zniknął,
a wraz z nim dziwka Merle.

Zginęła także druga dziwka i jeden z proroków. Prorok, który nie
zginął, twierdził, że jest prawdziwym, ale nie umiał tego udowodnić.

Zginął także podający się za Schuttenbacha gnom i nie odnaleziono
go do tej pory.

– Żałuj – dokończył bard, ziewając szeroko. – Żałuj,
że cię przy tym nie było, Geralt. Tęgi był bal.

– Żałuję – mruknął wiedźmin. – Ale wiesz… Nie
mogłem, bo Yennefer… Sam rozumiesz…

– Pewnie, że rozumiem – rzekł Jaskier. – Dlatego
się nie żenię.

VIII

Z kuchni zamkowej dobiegały brzęki saganów, wesołe śmiechy i przyśpiewki.
Wyżywienie całej bandy gości stanowiło niejaki problem, bo
król Herwig praktycznie służby nie posiadał. Obecność czarodziejów
także nie rozwiązywała sprawy, bo w drodze powszechnego consensusu
postanowiono jeść naturalnie i zrezygnować z kulinarnych czarów.
Skończyło się więc tym, że Nenneke zagoniła do pracy, kogo tylko
mogła. Z początku nie było to łatwe – ci, których kapłanka dopadała,
o pracach kuchennych pojęcia nie mieli, a ci, którzy mieli, uciekli.
Nenneke znalazła jednak niespodziewaną pomoc w osobach Gardenii Biberveldt
i hobbitek z jej świty. Znakomitymi i sympatycznymi we współpracy
kucharkami okazały się też, o dziwo, wszystkie cztery nierządnice
z grupy Jaskra.

Z zaopatrzeniem kłopot był mniejszy. Freixenet i książę Agloval
zorganizowali polowanie i dostarczyli nieco grubszej dziczyzny. Braenn
i jej córkom wystarczyło dwóch godzin na zapełnienie kuchni dzikim
ptactwem, bo nawet najmłodsza z driad, Kashka, umiała nad podziw zręcznie
obchodzić się z łukiem. Król Herwig, który uwielbiał rybołówstwo,
wypływał bladym świtem na jezioro i przywoził szczupaki, sandacze
i ogromne okonie. Towarzyszył mu zwykle Loki, młodszy syn Cracha an
Craite. Loki znał się na rybactwie i łodziach, a ponadto bywał o świcie
osiągalny, albowiem podobnie jak Herwig nie pił.

Dainty Biberveldt i jego krewni, wspomagani przez dopplera Tellico,
zajmowali się dekoracją sal i komnat. Do zmywania i sprzątania zagoniono
zaś obu proroków, treserkę krokodyli, rzeźbiarza w marmurze
i wiecznie pijane medium płci żeńskiej.

Opiekę nad piwniczką i trunkami początkowo powierzono Jaskrowi i jego
kolegom poetom, ale okazało się to strasznym błędem. Bardów przepędzono
więc, a klucze oddano Freyi, przyjaciółce Myszowora. Jaskier i poeci
całymi dniami przesiadywali pod drzwiami do loszku i starali się wzruszyć
Freyę miłosnymi balladami, na które jednak wyspiarka miała równie
dużą odporność jak na alkohol.

Geralt uniósł głowę, wyrwany z drzemki stukiem kopyt na kamieniach
podwórca. Zza przytulonych do muru krzewów wyłoniła się lśniąca
od wody Kelpie z Ciri w siodle. Ciri nosiła swój czarny kostium,
a na plecach miała miecz, słynny Gveir, zdobyty w pustynnych katakumbach
Korath.

Przez chwile patrzyli na siebie w milczeniu, po czym dziewczyna
trąciła klacz piętą, podjechała bliżej. Kelpie schyliła łeb, chcąc
dosięgnąć wiedźmina zębami, ale Ciri powstrzymała ją ostrym szarpnięciem
wodzy.

– Więc to dziś – odezwała się wiedźminka,
nie zsiadając. – Dziś, Geralt.

– Dziś – potwierdził, opierając się o mur.

– Cieszę się – powiedziała niepewnie. – Myślę…
Nie, jestem pewna, że będziecie szczęśliwi, i cieszę się…

– Zsiądź, Ciri. Porozmawiajmy.

Dziewczyna potrząsnęła głową, odrzucając włosy do tyłu,
za ucho. Geralt widział przez chwilę rozległą, brzydką bliznę na jej
policzku – pamiątkę tamtych strasznych dni. Ciri pozwoliła, by
włosy odrosły jej do ramion i zaczesywała je tak, by ukrywać szramę,
ale zapominała często.

– Wyjeżdżam, Geralt – powiedziała. –
Zaraz po uroczystości.

– Zsiądź, Ciri.

Wiedźminka zeskoczyła z siodła, usiadła obok. Geralt
objął ją. Ciri przytuliła mu głowę do ramienia.

– Wyjeżdżam – powtórzyła. Milczał. Słowa
cisnęły mu się na usta, ale nie było wśród tych słów żadnego,
które mógłby uznać za właściwe. Za potrzebne. Milczał.

– Wiem, co myślisz – powiedziała wolno. –
Myślisz, że uciekam. Masz rację.

Milczał. Wiedział.

– Nareszcie, po tylu latach, macie siebie. Yen i
ty. Należy wam się szczęście, spokój. Dom. Ale mnie to przeraża,
Geralt. Dlatego… uciekam.

Milczał. Myślał o własnych ucieczkach.

– Wyruszam zaraz po uroczystości – powtórzyła
Ciri. – Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród
nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka,
pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo. I pragnę samotności. Rozumiesz
mnie?

– Oczywiście, że cię rozumiem, Ciri. Jesteś moją
córką, jesteś wiedźminką. Zrobisz to, co musisz zrobić. Ale
jedno muszę ci powiedzieć. Jedno. Nie uciekniesz, chociaż będziesz
uciekać.

– Wiem – przytuliła się mocniej. – Ciągle
jeszcze mam nadzieję, że kiedyś… Jeśli poczekam, jeśli
będę cierpliwa, to i dla mnie nastanie kiedyś taki piękny dzień…
Taki piękny dzień… Chociaż…

– Co, Ciri?

– Nigdy nie byłam ładna. A z tą blizną…

– Ciri – przerwał jej. – Jesteś najpiękniejszą
dziewczyną świata. Zaraz po Yen, ma się rozumieć.

– Och, Geralt…

– Jeśli mi nie wierzysz, spytaj Jaskra.

– Och, Geralt.

– Dokąd…

– Na Południe – przerwała natychmiast, odwracając
twarz. – Kraj jeszcze dymi tam po wojnie, trwa odbudowa, ludzie
walczą o przetrwanie. Potrzebują ochrony i obrony. Przydam się. I
jeszcze jest pustynia Korath… Jest jeszcze Nilfgaard. Mam tam moje
rachunki. Mamy tam rachunki do wyrównania, Gveir i ja…

Zamilkła, twarz jej stwardniała, zielone oczy zwęziły
się, usta wykrzywił zły grymas. Pamiętam, pomyślał Geralt, pamiętam.
Tak, to było wtedy, na śliskich od krwi schodach zamczyska
Rhys-Rhun, gdy walczyli ramię w ramię, on i ona, Wilk i Kotka,
dwie maszyny do zadawania śmierci, nieludzko szybkie i nieludzko
okrutne, bo doprowadzone do ostateczności, rozwścieczone,
przyparte do muru. Tak, wtedy Nilfgaardczycy cofnęli się, zdjęci grozą,
przed blaskiem i świstem ich kling, a oni poszli wolno w dół,
w dół schodami zamczyska Rhys-Rhun, mokrymi od krwi. Poszli oparci
o siebie, złączeni, a przed nimi szła śmierć, śmierć w dwóch
jasnych ostrzach mieczy. Zimny, spokojny Wilk i szalona Kotka. Błysk
klingi, krzyk, krew, śmierć… Tak, to było wtedy… Wtedy…

Ciri ponownie odrzuciła włosy do tyłu, a wśród popielatych
kosmyków zalśnił śnieżną bielą szeroki pas u skroni.

Wtedy zbielały jej włosy.

– Mam tam moje rachunki – syknęła. – Za Mistle. Za moją
Mistle. Pomściłam ją, ale za Mistle nie wystarczy jedna śmierć.

Bonhart, pomyślał. Zabiła go, nienawidząc. Och, Ciri, Ciri. Stoisz
nad przepaścią, córeczko. Za twoją Mistle nie wystarczy tysiąc
śmierci. Strzeż się nienawiści, Ciri, ona żre jak
rak.

– Uważaj na siebie – szepnął.

– Wolę uważać na innych – uśmiechnęła się złowrogo.
– To się bardziej sprawdza, na dłuższą metę.

Nie zobaczę jej już nigdy, pomyślał. Jeżeli odjedzie,
nie zobaczę jej już nigdy.

– Zobaczysz – powiedziała i uśmiechnęła się, a był to
uśmiech czarodziejki, nie wiedźminki. – Zobaczysz,
Geralt.

Zerwała się nagle, wysoka i chuda jak chłopak, ale zwinna
jak tancerka. Jednym skokiem znalazła się w siodle.

– Yaaa, Kelpie!!!

Spod kopyt klaczy trysnęły iskry, krzesane podkowami.

Zza muru wysunął się Jaskier, z lutnią przerzuconą przez ramię, dzierżąc
w dłoniach dwa wielkie kufle piwa.

– Masz, napij się – powiedział, siadając obok. – Dobrze
ci zrobi.

– Bo ja wiem? Yennefer zapowiedziała mi, że jeśli będzie
ode mnie zalatywać…

– Pogryziesz nać pietruszki. Pij, pantoflarzu.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, wolno popijając z
kufli. Jaskier westchnął wreszcie.

– Ciri odjeżdża, prawda?

– Tak.

– Wiedziałem. Słuchaj, Geralt…

– Nic nie mów, Jaskier.

– Dobrze.

Milczeli znowu. Z kuchni dolatywał miły zapach pieczonej dziczyzny,
ostro doprawionej jałowcem.

– Coś się kończy – powiedział Geralt z wysiłkiem. –
Coś się kończy, Jaskier.

– Nie – zaprzeczył poważnie poeta. – Coś się
zaczyna.

IX

Popołudnie upłynęło pod znakiem ogólnego płaczu. Zaczęło się od eliksiru
piękności. Eliksir, a dokładniej maść, zwana feenglancem,
a w Starszej Mowie glamarye, umiejętnie stosowana, w sposób zadziwiający
poprawiała urodę. Triss Merigold, poproszona przez goszczące na zamku
panie, przyrządziła większą ilość glamarye, po czym panie przystąpiły
do zabiegów kosmetycznych. Zza zamkniętych drzwi komnat dobiegał szloch
Cirilli, Mony, Eithne i Kashki, którym zabroniono użyć glamarye
– zaszczytu tego miała dostąpić jedynie najstarsza driada, Morenn.
Najgłośniej ryczała Kashka.

Piętro wyżej ryczała Lily, córka Dainty Biberveldta, bo okazało
się, że glamarye, jak większość czarów, w ogóle nie działa
na hobbitki. W ogrodzie, w krzakach tarniny, popłakiwało medium płci
żeńskiej, nieświadome, że glamarye powoduje raptowne wytrzeźwienie
i towarzyszące temu objawy, między innymi ostrą melancholię. W zachodnim
skrzydle zamku ryczała Annika, córka wójta Caldemeyna, która nie wiedziała,
że glamarye należy wcierać pod oczy, zjadła swój przydział
i dostała rozwolnienia. Ciri przyjęła swoją porcję glamarye i natarła
nią Kelpie.

Popłakały się też kapłanki Iola i Eurneid, albowiem Yennefer zdecydowanie
odmówiła włożenia białej sukni ślubnej, którą uszyły. Nie
pomogła interwencja Nenneke. Yennefer klęła, rzucała sprzętami i zaklęciami,
powtarzając, że w białym wygląda jak jakaś pieprzona dziewica.
Zdenerwowana Nenneke też zaczęła wrzeszczeć, zarzucając czarodziejce,
że zachowuje się gorzej niż trzy pieprzone dziewice naraz.
W odpowiedzi Yennefer wyczarowała piorun kulisty i rozwaliła dach
na narożnej baszcie, co zresztą miało swoją dobrą stronę –
huk był tak straszny, że córka Caldemeyna dostała szoku i przeszło
jej rozwolnienie.

Ponownie widziano Triss Merigold i wiedźmina Eskela z Kaer Morhen,
czule objętych, przemykających chyłkiem do altany w parku. Tym razem
nie było wątpliwości, że to oni we własnych osobach,
bo doppler Tellico pił piwo w towarzystwie Jaskra, Dainty Biberveldta
i smoka Villentretenmertha.

Mimo zawziętych poszukiwań nie odnaleziono gnoma podającego się za
Schuttenbacha.

X

– Yen…

Wyglądała czarująco. Czarne, falujące, upięte złotym diademikiem loki
opadały lśniącą kaskadą na ramiona i wysoki kołnierzyk długiej
brokatowobiałej sukni o bufiastych, czarno prążkowanych rękawkach,
ściągniętej w stanie niezliczoną liczbą udrapowań i liliowych
wstążek.

– Kwiaty, nie zapomnij o kwiatach – powiedziała Triss Merigold,
cała w głębokich błękitach, wręczając narzeczonej bukiet białych róż.

– Och, Yen, tak się cieszę…

– Triss, kochana – załkała niespodziewanie Yennefer,
po czym obie czarodziejki objęły się ostrożnie i pocałowały sobie
powietrze obok uszu i brylantowych kolczyków.

– Dość tych czułości – powiedziała Nenneke,
wygładzając na sobie fałdy śnieżnobiałego stroju kapłanki.
– Idziemy do kaplicy, Iola, Eurneid, podtrzymajcie jej suknię,
bo wywali się na schodach.

Yennefer zbliżyła się do Geralta, dłonią w białej
koronkowej rękawiczce poprawiła mu kołnierz czarnego, szamerowanego
srebrem kaftana. Wiedźmin podał jej ramię.

– Geralt – szepnęła mu tuż obok ucha –
wciąż nie mogę w to uwierzyć…

– Yen – odszepnął. – Kocham cię.

– Wiem.

XI

– Gdzie, do jasnej cholery, jest Herwig?

– Nie mam pojęcia – rzekł Jaskier, przecierając
rękawem klamry modnego kubraka barwy wrzosu. – A gdzie jest Ciri?

– Nie wiem – zmarszczyła się Yennefer i pociągnęła
nosem. – Ależ śmierdzi od ciebie pietruszką, Jaskier.
Przeszedłeś na wegetarianizm?

Goście schodzili się, powoli zapełniając ogromną kaplicę.
Agloval, cały w ceremonialnej czerni, prowadził biało-seledynową Sh’eenaz,
obok nich dreptała gromada niziołków w brązach, beżach i ochrach,
Yarpen Zigrin i smok Villentretenmerth, obaj skrzący się od złota,
Freixenet i Dorregaray we fioletach, królewscy posłowie w barwach
heraldycznych, elfy i driady w zieleniach i znajomi Jaskra we wszystkich
kolorach tęczy.

– Widział ktoś Lokiego? – spytał Myszowór.

– Loki? – Eskel, podchodząc, spojrzał na nich
zza bażancich piór, dekorujących beret. – Loki był z Herwigiem
na rybach. Widziałem ich w łódce na jeziorze. Ciri tam pojechała,
by im powiedzieć, że się zaczyna.

– Dawno?

– Dawno.

– Niech ich zaraza, zasranych rybaków – zaklął
Crach an Craite. – Gdy im ryba bierze, zapominają o bożym
świecie. Ragnar, leć po nich.

– Zaraz – powiedziała Braenn, strzepując dmuchawiec
z głębokiego dekoltu. – Tu potrzebny jest ktoś, kto szybko
biega. Mona, Kashka! Raenn’ess aen laeke, va!

– Mówiłam – parsknęła Nenneke – że na
Herwiga liczyć nie można. Nieodpowiedzialny głupek, jak wszyscy
ateiści. Kto wpadł na to, by właśnie jemu powierzyć rolę mistrza
ceremonii?

– Jest królem – rzekł niepewnie Geralt. –
Chociaż byłym, ale królem…

– Sto lat, sto lat… – zaśpiewał niespodziewanie
jeden z proroków, ale treserka krokodyli uciszyła go ciosem w kark.
W gromadce niziołków zakotłowało się, ktoś zaklął, a ktoś
inny dostał kuksańca. Gardenia Biberveldt wrzasnęła, bo doppler Tellico
przydeptał jej suknię. Medium płci żeńskiej zaczęło szlochać,
zupełnie bez powodu.

– Jeszcze chwila – zasyczała Yennefer zza mile
uśmiechniętych warg, mnąc bukiet. – Jeszcze chwila, a szlag
mnie trafi. Niech to się wreszcie zacznie. I niech to się wreszcie
skończy.

– Nie wierć się, Yen – warknęła Triss. –
Bo tren się urwie!

– Gdzie jest gnom Schuttenbach? – wrzasnął któryś
z poetów.

– Pojęcia nie mamy! – odwrzasnęły chórem cztery dziwki.

– To niech go ktoś poszuka, do cholery! – krzyknął Jaskier.
– Obiecał nazrywać kwiatów! I co teraz? Ani Schuttenbacha, ani
kwiatów! I jak my wyglądamy?

Przy wejściu do kaplicy zakotłowało się i do środka
wbiegły obie wysłane nad jezioro driady, krzycząc cienko, a za nimi
wpadł Loki, ociekający wodą i szlamem, krwawiący z rany na czole.

– Loki! – krzyknął Crach an Craite. – Co się stało?

– Maaamaaaaa! – rozdarła się Kashka.

– Que’ss aen? – Braenn dopadła córek, cała roztrzęsiona,
w podnieceniu przechodząc na dialekt brokilońskich driad. – Que’ss
aen? Que suecc’ss feal, caer me?

– Wywalił nam łódkę… – wydyszał Loki. –
Przy samym brzegu… Straszny potwór! Walnąłem go wiosłem, ale przegryzł,
przegryzł wiosło!

– Kto? Co?

– Geralt! – krzyknęła Braenn. – Geralt, Mona
mówi, że to cinerea!

– Żyrytwa! – wrzasnął wiedźmin. –
Eskel, leć po mój miecz!

– Moja różdżka! – krzyknął Dorregaray.
– Radcliffe! Gdzie moja różdżka?

– Ciri! – zawołał Loki, ocierając krew z czoła.
– Ciri się z nim bije! Z tym potworem!

– Psiakrew! Ciri nie ma z żyrytwą żadnych
szans! Eskel! Konia!

– Czekajcie! – Yennefer zdarła diademik i cisnęła
nim o posadzkę. – Teleportujemy was! Będzie prędzej! Dorregaray,
Triss, Radcliffe! Dajcie ręce…

Wszyscy zamilkli, a potem wrzasnęli głośno.
W drzwiach kaplicy stanął król Herwig, mokry, ale cały. Obok
niego stał młodziutki chłopak z gołą głową, w błyszczącej zbroi dziwnego
systemu. A za nimi weszła Ciri, ociekająca wodą, ubłocona, rozczochrana,
z Gveirem w dłoni. W poprzek jej policzka, od skroni po podbródek,
biegło głębokie, paskudne cięcie, krwawiące silnie przez przyciskany
do twarzy udarty rękaw koszuli.

– Ciri!!!

– Zabiłam ją – powiedziała niewyraźnie wiedźminka.
– Rozwaliłam jej łeb.

Zachwiała się. Geralt, Eskel i Jaskier podtrzymali ją, unieśli.
Ciri nie wypuściła miecza.

– Znowu… – stęknął poeta. – Znowu dostała prosto w buzię…
Co za cholernego pecha ma ta dziewczyna…

Yennefer jęknęła głośno, dopadła Ciri, odpychając Jarre, który
z jedną ręką tylko zawadzał. Nie bacząc, że zmieszana z mułem
i wodą krew plami i niszczy jej suknię, czarodziejka przyłożyła
wiedźmince palce do twarzy i wykrzyczała zaklęcie. Geraltowi
wydało się, że cały zamek zadygotał, a słońce na sekundę przygasło.

Yennefer odjęła dłoń od twarzy Ciri i wszyscy ochnęli z podziwu –
ohydna rana ściągnęła się w cieniutką, czerwona kreskę, zaznaczoną
kilkoma małymi kropelkami krwi. Ciri obwisła w trzymających ją ramionach.

– Brawo – rzekł Dorregaray. – Ręka mistrza.

– Moje uznanie, Yen – powiedziała głucho Triss, a Nenneke
rozpłakała się.

Yennefer uśmiechnęła się, przewróciła oczami i zemdlała. Geralt
zdołał chwycić ją, nim osunęła się na ziemię, miękka jak jedwabna
wstęga.

XII

– Spokojnie, Geralt – powiedziała Nenneke. – Bez nerwów.
To jej zaraz minie. Wysiliła się i to wszystko, a do tego emocja…
Ona bardzo kocha Ciri, wiesz przecież.

– Wiem – Geralt uniósł głowę, popatrzył na młodzika w błyszczącej
zbroi, stojącego przed drzwiami komnaty.

– Słuchaj no, synku, wracaj do kaplicy. Nic tu po tobie. A tak
między nami, to ktoś ty taki?

– Jestem… Jestem Galahad – bąknął rycerzyk. – Czy mogę…
Czy wolno mi zapytać, jak się czuje ta piękna i waleczna panna?

– Która? – uśmiechnął się wiedźmin. – Są dwie,
obie piękne, obie waleczne i obie panny, z czego jedna jest jeszcze
panną przez przypadek. O którą ci chodzi?

Młodzik zaczerwienił się wyraźnie.

– O tę… młodszą… – powiedział. – O tę, która bez
wahania rzuciła się, by ratować Króla Rybaka.

– Kogo?

– On ma na myśli Herwiga – wtrąciła Nenneke. – Żyrytwa
zaatakowała łódź, z której Herwig i Loki łowili ryby. Ciri rzuciła
się na żyrytwę, a ten młodzian, który przypadkowo znalazł
się w okolicy, pospieszył jej z pomocą.

– Pomogłeś Ciri – wiedźmin spojrzał na rycerzyka
uważniej i życzliwiej. – Jak cię zwą? Zapomniałem.

– Galahad. Czy to jest Avalon, zamek Króla Rybaka?

Drzwi otworzyły się, stanęła w nich Yennefer, trochę blada, podtrzymywana
przez Triss Merigold.

– Yen!

– Idziemy do kaplicy – oznajmiła cichym głosem czarodziejka.
– Goście czekają.

– Yen… może przełożymy…

– Zostanę twoją żoną, choćby mnie mieli diabli porwać! I
zostanę nią zaraz!

– A Ciri?

– Co, Ciri? – wiedźminka wyłoniła się zza pleców Yennefer,
wcierając glamarye w zdrowy policzek. – Wszystko jest w porządku,
Geralt. To głupie draśnięcie, nawet nie poczułam.

Galahad, skrzypiąc i brzęcząc zbroją, ukląkł, a raczej zwalił się
na jedno kolano.

– Piękna pani…

Wielkie oczy Ciri zrobiły się jeszcze większe.

– Ciri, pozwól – rzekł wiedźmin. – To jest rycerz…
hmm… Galahad. Znacie się już. Pomógł ci, gdy walczyłaś z
żyrytwą.

Ciri oblała się rumieńcem. Glamarye zaczynało działać, więc rumieniec
ten był naprawdę uroczy, a blizny prawie nie było widać.

– Pani – wybąkał Galahad – uczyń mi łaskę. Pozwól, o
piękna, bym u stop twoich…

– Jak znam życie, on pragnie być twoim rycerzem, Ciri –
powiedziała Triss Merigold.

Wiedźminka założyła ręce za plecy i dygnęła z wdziękiem, wciąż
nic nie mówiąc.

– Goście czekają – przerwała Yennefer. – Galahad,
widzę, że nie tylko waleczny, ale i uprzejmy z ciebie chłopak.
Walczyłeś ramię w ramię z moją córką, podasz jej więc ramię w
czasie uroczystości. Ciri, biegiem, przebieraj się w suknię. Geralt,
uczesz się i włóż koszulę do spodni, bo ci wylazła. Chcę was wszystkich
widzieć w kaplicy za dziesięć minut!

XIII

Ślub udał się znakomicie. Panie i panny popłakały się gremialnie.
Ceremonię poprowadził Herwig, chociaż były, ale jednak król. Vesemir
z Kaer Morhen i Nenneke odegrali role rodziców narzeczonych, a Triss
Merigold i Eskel robili za drużbów. Galahad prowadził Ciri, a
Ciri czerwieniła się jak piwonia.

Ci, którzy mieli miecze, utworzyli szpaler. Koledzy Jaskra brzdąkali
na lutniach i gęślach i śpiewali pieśń specjalnie ułożoną
na tę okazję, przy czym w refrenie wspomogły ich rude córki Freixeneta
i syrena Sh’eenaz, słynąca szeroko z pięknego głosu.

Jaskier wygłosił mowę, życzył nowożeńcom szczęścia, powodzenia,
a nade wszystko udanej nocy poślubnej, za co dostał od Yennefer
kopniaka w kostkę.

Potem wszyscy kopnęli się do sali tronowej i oblegli stół. Geralt
i Yennefer, z dłońmi wciąż związanymi jedwabną szarfą, zasiedli
w szczycie, skąd uśmiechali się, odpowiadając na toasty i życzenia.

Goście, którzy w większości wyhulali się i wyswawolili ubiegłej
nocy, ucztowali statecznie i dystyngowanie – i przez zadziwiająco
długi czas nikt się nie urżnął. Niespodziewanym wyjątkiem był
Jednoręki Jarre, który przebrał miarę, nie mogąc znieść widoku
Ciri, płonącej rumieńcami pod maślanym wzrokiem Galahada. Nikt
również nie znikał, jeśli nie liczyć Kashki, którą jednak
wkrótce odnaleziono pod stołem, śpiącą na psie.

Upiorom zamczyska Rozrog poprzednia noc także musiała dać się
we znaki, bo nie dawały znaku życia. Wyjątek stanowił obwieszony
resztkami całunu kościotrup, który znienacka wychynął z podłogi
za plecami Aglovala, Freixeneta i Myszowora. Książę, baron i druid
zajęci jednak byli dyskusją o polityce i zlekceważyli zjawę. Kościotrup
rozeźlił się brakiem atencji, przesunął się wzdłuż stołu i
zaszczękał zębami tuż nad uchem Triss Merigold. Czarodziejka,
czule przytulona do ramienia Eskela z Kaer Morhen, uniosła wdzięcznie
białą rączkę i strzeliła palcami. Kośćmi zajęły się psy.

– Niechaj wielka Melitele wam sprzyja, kochani – Nenneke
pocałowała Yennefer i stuknęła pucharem w kielich Geralta. –
Cholernie wiele czasu wam to zajęło, ale nareszcie jesteście razem.
Cieszę się ogromnie, ale mam nadzieję, że Ciri nie weźmie
z was przykładu i jeżeli sobie kogoś znajdzie, będzie krócej
zwlekać.

– Wygląda – Geralt ruchem głowy wskazał na zapatrzonego w
wiedźminkę Galahada – że już sobie kogoś znalazła.

– Mówisz o tym dziwaku? – żachnęła się kapłanka. –
O nie. Nie będzie chleba z tej mąki. Przyjrzałeś mu się? Nie?
To zobacz, co on robi. Niby migdali się do Ciri, a bez przerwy ogląda
i obmacuje wszystkie puchary i kubki na stole. Sam przyznasz, to niezbyt
normalne zachowanie. Dziwię się tej dziewczynie, że gapi się na
niego jak na obraz. Jarre, o, to co innego. Chłopak rozumny, stateczny…

– Twój rozumny i stateczny Jarre właśnie osunął się pod stół
– przerwała zimno Yennefer. – Dość już o tym, Nenneke.
Ciri idzie do nas.

Popielatowłosa wiedźminka usiadła na zwolnionym przez Herwiga
miejscu i przytuliła się mocno do czarodziejki.

– Wyjeżdżam – powiedziała cicho.

– Wiem, córeczko.

– Galahad… Galahad… jedzie ze mną. Nie wiem, po co. Ale przecież
nie mogę mu zabronić, prawda?

– Prawda. Geralt! – Yennefer uniosła na męża oczy, płonące
ciepłym fioletem. – Przejdź się dookoła stołu, porozmawiaj
z gośćmi. Pozwalam ci też wypić. Jeden puchar. Mały. A ja
chciałabym porozmawiać tu z moją córką, jak kobieta z kobietą.

Wiedźmin westchnął.

Przy stole robiło się coraz weselej. Kompania Jaskra śpiewała
piosenki, i to takie, że Annice, córce wójta Caldemeyna, krew
uderzyła na policzki. Smok Villentretenmerth, mocno podchmielony,
obejmował jeszcze bardziej podchmielonego dopplera Tellico i przekonywał
go, że zamienienie się w księcia Aglovala celem zastąpienia tegoż
w łożu syreny Sh’eenaz byłoby nietaktem towarzyskim.

Rude córki Freixeneta wyłaziły ze skóry, by spodobać się posłom królewskim,
a posłowie królewscy próbowali na rozmaite sposoby imponować driadom,
co w sumie powodowało istne pandemonium. Yarpen Zigrin, pociągając
perkatym nosem, tłumaczył Chireadanowi, że jako dziecko pragnął
być elfem. Myszowór wrzeszczał, że rząd się nie utrzyma, a Agloval,
że wręcz przeciwnie. Nikt nie wiedział, o jaki rząd chodziło.
Herwig opowiadał Gardenii Biberveldt o ogromnym karpiu, którego wyholował
na wędkę z pojedynczego końskiego włosa. Hobbitka sennie kiwała głową,
od czasu do czasu wrzeszcząc na męża, by przestał chlać.

Po krużgankach biegali prorocy i treserka krokodyli, nadaremnie
próbując odnaleźć gnoma Schuttenbacha. Freya, dosyć widocznie
mając słabowitych mężczyzn, piła ostro z medium płci żeńskiej,
przy czym obie zachowywały pełne powagi i godności milczenie.

Geralt okrążył stół, stukając się, podstawiając plecy pod gratulacyjne
ciosy i policzki pod gratulacyjne całusy. Zbliżył się wreszcie
do miejsca, gdzie do opuszczonego przez Ciri Galahada przysiadł się
Jaskier. Galahad, wpatrując się w puchar poety, przemawiał,
a poeta mrużył oczy i udawał zainteresowanie. Geralt przystanął
za nimi.

– Wsiadłem tedy do tej łodzi – mówił Galahad – i odpłynąłem
we mgłę, choć przyznam się wam, panie Jaskier, że serce zamierało
we mnie ze zgrozy… I wyznam wam, żem wówczas zwątpił. Myślałem,
że oto nastał mój koniec, zginę niechybnie w tej mgle nieprzejrzanej…
I wtedy wzeszło słońce, zalśniło na wodzie jak… jak złoto…
I oto widzę przed oczami mymi… Avalon. Bo to wszak jest Avalon,
prawda?

– Nie – zaprzeczył Jaskier, nalewając. – To jest Schwemmland,
co się tłumaczy jako „Mokradło”. Pij, Galahad.

– A ten zamek… Wszakże jest to zamek Montsalvat?

– Pod żadnym pozorem. To jest Rozrog. Nigdy nie słyszałem,
synku, o zamku Montsalvat. A jeśli ja o czymś nie słyszałem,
to znaczy, że nic takiego nie istnieje. Zdrowie młodej pary, synku!

– Zdrowie, panie Jaskier. Ale wszakże ów król… Jest-li
on Królem Rybakiem?

– Herwig? Fakt, lubi wędkować. Dawniej wolał polowania, ale odkąd
okulawili go w bitwie pod Orth, nie może jeździć konno. Ale
nie nazywaj go Królem Rybakiem, Galahad, raz, że to brzmi wielce
głupio, a dwa, że Herwigowi może być przykro.

Galahad milczał długo, bawiąc się pustym w połowie pucharem. Wreszcie
westchnął ciężko, rozejrzał się.

– Mieli rację – szepnął. – To tylko legenda. Baśń.
Fantazja. Krótko mówiąc: kłamstwo. Zamiast Avalonu, zwykłe Mokradło.
I znikąd nadziei…

– Ejże – poeta trącił go łokciem w bok – nie popadaj
w przygnębienie, synku. Skąd ta cholerna melancholia? Jesteś
na swadźbie, baw się, pij, śpiewaj. Jesteś młody, życie
przed tobą.

– Życie – powtórzył rycerz w zamyśleniu. – Jak
to jest, panie Jaskier? Czy coś się zaczyna, czy coś się kończy?

Jaskier spojrzał na niego szybko i uważnie.

– Nie wiem – powiedział. – Ale jeśli ja tego nie
wiem, to nikt tego nie wie. Wniosek: nic nigdy się nie kończy i nic
się nie zaczyna.

– Nie rozumiem.

– Nie musisz.

Galahad ponownie pomyślał, marszcząc czoło.

– A Graal? – spytał wreszcie. – Co z Graalem?

– Co to jest Graal?

– Coś, czego się szuka – Galahad uniósł na poetę swoje
rozmarzone oczy. – Coś, co jest najważniejsze. Coś,
bez czego życie traci sens. Coś, bez czego jest się niepełnym,
niedokończonym, niedoskonałym.

Poeta wydął wargi i spojrzał na rycerza swym słynnym spojrzeniem,
wzrokiem, w którym wyniosłość mieszała się z wesołą życzliwością.

– Cały wieczór – powiedział – siedziałeś obok twego
Graala, matołku.

XIV

Około północy, gdy goście zaczęli już na dobre wystarczać
sami sobie, a Geralt i Yennefer, zwolnieni z ceremoniału, mogli w
spokoju popatrzeć sobie w oczy, drzwi otwarły się z hukiem i do halli
wkroczył rozbójnik Vissing, znany powszechnie pod przezwiskiem Łup-Cup.
Łup-Cup miał około dwóch metrów wzrostu, brodę do pasa i nos kształtu
i koloru rzodkiewki. Na jednym ramieniu rozbójnik niósł swoją słynną
maczugę Słomkę, a na drugim ogromny wór.

Geralt i Yennefer znali Łup-Cupa jeszcze z dawnych czasów. Żadne
z nich nie pomyślało jednak o tym, by go zaprosić. Była to ewidentnie
robota Jaskra.

– Witaj, Vissing – rzekła z uśmiechem czarodziejka. –
To miło, żeś o nas pamiętał. Rozgość się.

Rozbójnik ukłonił się dystyngowanie, opierając się na Słomce.

– Wiele lat radości i kupę dzieci – oznajmił gromko.
– Tego życzę wam, kochani. Sto lat w szczęściu, co ja
gadam, dwieście, kurwa, dwieście! Ach, jakem rad, Geralt,
i wy, pani Yennefer. Zawszem wierzył, że się pobierzecie, chociażeście
się zawsze kłócili i żarli jak te, nie przymierzając, psy. Ach,
kurwa, co ja gadam…

– Witaj, witaj, Vissing – powiedział wiedźmin, nalewając
wina w największy puchar, jaki stał w okolicy. – Wypij nasze zdrowie.
Skąd przybywasz? Rozeszła się wieść, że siedzisz w lochu.

– Wyszedłem – Łup-Cup wypił duszkiem, westchnął głęboko.
– Wyszedłem za tą, jak jej tam, kurwa, kaucją. A tu, moi drodzy,
jest dla was podarek. Macie.

– Co to jest? – mruknął Geralt, patrząc na wielki worek,
w którym coś się poruszało.

– Po drodze złapałem – rzekł Łup-Cup. – Nadybałem go
na kwietniku, kędy stoi owa goła baba, w kamieniu kuta. Wiecie, ta,
co ją gołębie obsrały…

– Co jest w tym worku?

– A, taki, jakby to powiedzieć, diabeł. Złapałem go dla was,
w podarunku. Macie tu zwierzyniec? Nie? To go sobie wypchacie i powiesicie
w sieni, będą się wasi goście dziwować. Zmyślne bydlę, mówię
wam, ten diabeł. Gada, że nazywa się Schuttenbach.