Wstęp

Pomysł napisania czegoś takiego jak „Bitewny pył” zrodził się na konwencie – prawdziwie, konwentykle fantastyczne to istne Parnasy i świątynie sztuki, azyle artystów, sanktuaria natchnienia i twórczej pracy.

Konwent, o którym mowa, był dorocznym Polconem, a odbywał się w Lublinie latem roku 1994. Oprócz licznych innych ewenementów i wydarzeń, które niechaj pozostaną w mroku i sub rosa, miała miejsce poważna wielce rozmowa. Rozmówcą był Krzysztof Papierkowski, prezes Gdańskiego Klubu Fantastyki. Zwracam uwagę Państwa na fakt, że to już po raz drugi prezes GKF-u zapłodnił mnie twórczo, treścią rozmowy było bowiem zapładnianie. Mając rzecz jasna na uwadze interes swego klubu i klubowego konwentu Nordcon, Krzysztof Papierkowski wpadł na pomysł iście genialny w swej prostocie i bezpretensjonalności. Złożona mi propozycja brzmiała: „Napisz coś, co mogłoby udawać urywek powieści, fragment wyrwany z kontekstu takowej. My zaś (znaczy: GKF) fragment ów zamieścimy w informatorze konwentowym Nordconu ’94, opatrując notą: „Sapkowski zerwał z fantasy i wiedĄminem, pisze obszerną kilkutomową space operę w najlepszym stylu E. E. ‚Doca’  Smitha i Jacka Williamsona… Fragment tylko u nas!”

Początkowo entuzjazmu nie wykazywałem, albowiem jeśli było coś,  co do czego pewien byłem, iż nigdy i żadną miarą tego nie napiszę, tym czymś była właśnie space opera. Gdy jednak rzecz przemyślałem, doszedłem do wniosku, że czymś z zupełnie od space opery różnym jest fragment space opery. To tak jak z tą standardową operą – czymś innym jest całą opera, czymś innym dramatyczna aria lub duet. Fragment nie zmusi mnie do mozolnego konstruowania operowej fabuły, do wymyślania jakiejś obejmującej całe planety i gwiazdy wojny, bo wszakże – zgodnie z encyklopedią SF Nicholsa space opera to, cytuję: Action-adventure stories of interplanetary or interstellar conflict. Urywek, nie obciążając dobrodziejstwem inwentarza, pozwoli mi na skoncentrowanie wysiłku na małym odcinku frontu i na tym, co najistotniejsze. Na tym, co przesądza o jakości tekstu – czyli krwistych bohaterach i ostrej akcji.

No i napisałem fragment space opery. By nie psuć żartu, czas jakiś nie zdradzałem, że na fragmencie się skończy i że żadna opera nigdy nie powstanie. Dementować zacząłem dopiero później. Ale żart i tak się udał. O tym, jak bardzo, niechaj świadczy choćby fakt, że jakiś nawiedzony zapaleniec i miłośnik gatunku oddał na „Battle Dust” głos na nagrodę im. J. A. Zajdla – i to w kategorii „powieść”. A do dziś dnia pytany jestem na spotkaniach autorskich kiedy wreszcie wyjdzie drukiem owa space opera, którą piszę, bo wszyscy czekają niecierpliwie, radzi poznać dalsze losy dzielnego komandora Thierry’ego Lemoine’a. Który to komandor to właśnie Krzysztof Papierkowski – pomysłodawcy coś się bowiem należy. Za chwilę – w następnej przedmowie – pisał będę o „Wariancie jednorożca”, opowiadaniu Rogera Zelaznego i wyjaśnię, dlaczego bohater tego opowiadania
nosi imię Martin.

Jeszcze jedno – przed chwilą wcale nie pomyliłem się, pisząc „Battle Dust” zamiast „Bitewny pył”. Tytułując fałszywą „space operę” miałem bowiem na myśli nie pył bitewny, dym pożarów i kurz krwi bratniej, lecz noszący taką właśnie nazwę narkotyk, używany przez najemników środek pobudzający, zwiększający wytrzymałość, odporność na ból i wyzwalający w żołdakach iście berserkerski szał bojowy. Drukując we wspomnianym informatorze konwentowym, GKF spolszczył tytuł, mniemając zapewne, że zwyczajnie poniósł mnie zapał kosmopolitycznego poligloty. I został „Battle Dust” „Bitewnym pyłem”, na wieki wieków, amen.

Battle Dust (Bitewny Pył)

Szyby z okien wyleciały już wcześniej – teraz, gdy „Nashville” odpalił torpedy, wyleciały ramy i futryny. Rzecz jasna, „Nashville” nie strzelał do nas, tego budynek biurowca nie wytrzymałby z pewnością. Torpedy walnęły w kompleks siłowni, której wciąż broniły niedobitki grupy szturmowej Novaka. Choć wydawało się to nieprawdopodobne, grupa Novaka wciąż odpowiadała ogniem – świetliste nitki ciężkich laserów tańczyły płomieniem na kadłubie flagowego krążownika Kompanii Ifigenia-Thetis. Niestety, tungstenowy pancerz krążownika niewiele od tego cierpiał.

Yamashiro powiedział wszystko, co miał do powiedzenia, a wówczas okazało się, że z całego korpusu oficerskiego naszej wspaniałej, najemnej bandy tą najbardziej impulsywną i najmniej opanowaną jest Valerie van Houten. Wszyscy znaliśmy Valerie van Houten. Dlatego absolutnie nie zdziwiło nas to, co zrobiła.

Valerie kopniakiem przewróciła krzesło, strącając z niego całą kupę klipów do karabinów typu Craftsman MkIII, po czym soczyście napluła na migocący, poprzecinany liniami zakłóceń ekran monitora.

– Ty pierdolony skurwysynu! – rozdarła się niemelodyjnie. – Ty…

Darła się przez jakieś pół minuty i ani razu nie powtórzyła. A nam wszystkim wydawało się, że to, co wstrząsa ścianami budynku, to nie wybuchy pocisków, rakiet i fotonowych torped, ale jej wrzaski.

Yamashiro skrzywił się na ekranie, zupełnie jakby mógł widzieć spływającą po krysztale ślinę Valerie.

– Jakież to płaskie – powiedział. – Jakież trywialne…

– I jakież prawdziwe – nie wytrzymałem. – Jesteś pierdolonym skurwysynem, Yamashiro-san, i nie tylko. Tym, co właśnie nam zakomunikowałeś, udowodniłeś, czym jesteś. I świetnie wiesz, jaki z ciebie skurwysyn. Teraz, gdy opanowaliśmy cały kompleks, gdy praktycznie panujemy nad miastem, ty, zamiast przysłać tu patrolowce Koncernu, bezczelnie każesz nam kapitulować, bo twoja firma dogadała się tymczasem z Ifigenią-Thetis i wyszło na to, że cała ta cholerna wojna nie była nikomu potrzebna? Teraz nam to mówisz? Teraz, gdy „Nashville” masakruje nas torpedami?

– Przypominam – powiedział Yamashiro zza pasków zakłóceń – że mówimy o faktach. O faktach, na które nikt z nas nie ma wpływu. Ani wy, ani tym bradziej ja. Ja o tych faktach po prostu informuję, więc obrzucanie mnie inwektywami nie wydaje się ani słuszne, ani celowe. Sytuacji to również nie zmieni. To jest, moi panowie – i panie – force majeure, siła wyższa. Przekazuję wam ultimatum Ifigenii-Thetis. Jeżeli się natychmiast nie poddacie, „Nashville” i „Electra” będą kontynuować ostrzał kompleksu. A potem wysadzą desant. Stawiający opór będą rozstrzeliwani na miejscu…

– Yamashiro – przerwałem, starając się zachować spokój. – To ty podpisywałeś nasz kontrakt w imieniu Koncernu. Tym samym złotym Parkerem, który wystaje ci z butonierki. A w tym pieprzonym kontrakcie jest klauzula, gwarantująca nam opiekę i ochronę na wypadek niepowodzenia akcji. Wiesz, dlaczego ta klauzula znalazła się w kontrakcie. Ifigenia-Thetis nie przyznaje żołnierzom najemnym żadnych praw konwencjonalnych. Jeżeli się poddamy, wykończą nas. Wywiąż się z kontraktu, Yamashiro!

– Przykro mi, komandorze Lemoine, ale kontraktu już nie ma. Podpisywałem go, mając pełnomocnictwa Rady Nadzorczej Koncernu Schraeder & Haikatsu. A teraz, na mocy podobnych pełnomocnictw, czynię kontrakt nieważnym. Null and void. Rzecz jasna, na podstawie klauzuli trzeciej aneksu do kontraktu możecie wystąpić o odszkodowanie na drodze sądowej…

Culture Vulture odrzucił głowę do tyłu i zaryczał dzikim, oślim rechotem. Śmiech był tak zaraĄliwy, że wszyscy, kolejno, zaczęliśmy ryczeć i zataczać się i ronić łzy. Najpierw Papa Cuxart. Potem Muireann Tully, cienko, piskliwie, po dziewczęcemu. Potem Jaime Santacana, krzywiąc się, bo spazmy wesołości powodowały ból w poparzonym laserem ramieniu. Potem dołączyłem ja, a na końcu Valerie.

Yamashiry to nie rozbawiło. Skrzywił się, otworzył usta, by coś powiedzieć. Nie zdążył. Muireann Tully wyciągnęła z kabury swego staromodnego Walthera i władowała w ekran trzy pociski, dzięki czemu po przenośnym monitorze zostały tylko dymiące bryzgi na ścianach i suficie.

– End of transmission – powiedziała spokojnie. – No confirmation required. Co robimy, Thierry?

– Padamy na podłogę!

Padliśmy, i w samą porę. „Nashville” i „Electra”, która dołączyła do niego, zasypały kompleks lawiną ognia. Wyplułem tynk i poliuretanowe kłaki z wykładziny podłogowej, po czym włączyłem transmitter.

– Novak! – wrzasnąłem, starając się przekrzyczeć rumor i łomot. – Melduj, co u ciebie, over!

Transmitter zatrzeszczał. Novak mówił szybko, niewyraźnie i też przekrzykiwał huk eksplozji i wystrzałów. Rozróżniałem co trzecie słowo, ale rozumiałem sens. Po wyeliminowaniu z wypowiedzi Novaka wszystkich plugawych słów zostawało samo gęste: na Promenadzie jest beznadziejnie, lustrzaki nacierają bez przerwy, kończy się amunicja, nie utrzymam się, kurwa ich mać, over.

Culture Vulture odwrócił się od komputera, przy którym klęczał.

– Mam ich – powiedział. – Mam „Nashville”. Wywołać? Będziesz paktował?

– Wywołaj – zdecydowałem. – Będę paktował. Trudno, Koncern zostawił nas na lodzie, jedyne, co możemy zrobić, to ratować ludzi. Koniec, chłopcy. Nie mamy już o co się bić, kontraktu nie ma, pieniędzy nie ma. Dobrze, że chociaż zaliczka jest bezpieczna w Credit Betelgeuse. Jaime, wydaj rozkaz dla grup. Cease fire, złożyć broń, emitować sygnał kapitulacji na wszystkich kanałach. Valerie, zamknij się! Zamiast pyskować, spróbuj złapać „Hermione”, a potem wjedź na Private Mode Novaka, Cuypersa i Raikinnena. Nadaj im… S.Y.A. Od tej chwili każdy za siebie.

– A my?

– My też. Zrób, co powiedziałem.

– Do centrum dowodzenia Kompanii Ifigenia-Thetis – powtarzał do mikrofonu Culture Vulture. – Do centrum dowodzenia Kompanii Ifigenia-Thetis na pokładzie krążownika „Nashville”…

Santacana bluzgnął nagle do transmittera serią malowniczych,
hiszpańskich wyzwisk, opartych głównie na procesie zanieczyszczania mleka
matki różnymi cieczami, wytwarzanymi przez ludzki organizm. Domyśliłem
się, że któraś z bardziej wojowniczych grup szturmowych protestowała
przeciwko „Cease fire”. I rzeczywiście, kanonada nie ustawała.
Lasery i czterolufowe Oerlikony z Promenady nadal smoliły kostropate kadłuby
wiszących nad kompleksem krążowników.

– „Hermione” dostała torpedą – Valerie wyciągnęła słuchawkę z
ucha. – Słyszysz, Thierry? „Electra” ostrzelała platformę.
Raikinnen odparł natarcie lustrzaków, ale „Hermione” nie jest
zdolna do startu!

– Nadałaś Einarowi S.Y.A.?

– Już to robię. Raikinnen, słyszysz mnie, over? Masz S.Y.A. od Lemoina!
S.Y.A., over! Jak to, nie rozumiesz? Save your ass! Ratuj dupę! A skąd
ja mam wiedzieć, w jaki sposób? E.O.T., no confirmation! Co teraz, Thierry?

– Kontaktuj „Sterreta”!

– Do centrum dowodzenia….- powtarzał Culture Vulture.

Od strony kompleksu energetycznego zrobiło się ciszej. Strzelały tylko „Nashville” i „Electra”, orząc ziemię i budynki promieniami laserów i bąblami fotonowych torped. Spojrzałem na Santacanę, Santacana potwierdził skinieniem głowy, po czym wybrał na transmitterze kod następnej grupy. Culture Vulture wciąż wywoływał „Nashville”. A Muireann Tully i Papa Cuxart, którym nigdy nie trzeba było wiele tłumaczyć, nie tracili czasu – pospiesznie ładowali klipy i energizery do naszego podręcznego arsenału – sześciu Craftsmanów, ręcznego lasera typu SACO Mini Silverlode, dwóch termitowych granatników Mitsuoki AGS i naszej dumy – supernowoczesnego flamera „Stalwart” firmy „Interdynamic”.

– Myślisz o przebiciu się? – Valerie spojrzała na arsenał kątem oka. – Dokąd? „Sterret” nie odpowiada, pewnie rozpieprzyli go, tak jak „Hermione”. Nie mamy do czego się przebijać. Thierry ma rację. To koniec, Siobhan.

– Valerie – Muireann Tully uniosła głowę, odgarnęła z czoła rude, lekko kręcone włosy. „Siobhan”, to był jej pseudonim, jeszcze z IRA. – Nie wiem, jak ty, ale ja nie zamierzam się poddawać.

– Ani ja – powiedział Papa Cuxart, nie podnosząc głowy. – Ja mam dwa wyroki śmierci, w „Marubeni Ito” i w Federacji. Nawet jeśli lustrzaki mnie na miejscu nie rozwalą, podpadnę pod ekstradycję…

– „Nashville” na linii – przerwał Culture Vulture. – Thierry, nie zgadniesz, kto…

– Zgadnę – powiedziałem. – Daj mnie na fonię. I zakłóć wizję. Nie chcę patrzeć na skurwysyna, i nie chcę, żeby on na mnie patrzył.

– Możesz mówić.

– Komandor Lemoine do „Nashville” – odchrząknąłem, nie będąc specjalnie zadowolonym z brzmienia mego głosu. – Komandor Lemoine…

– Nie traćmy czasu na zbędne gadanie – rozległ się w pomieszczeniu wredny, zimny i trzaskliwy głos Żaby. – Bezwarunkowa kapitulacja, Lemoine. Surrender U.C. Żadnych przetargów ani negocjacji. Natychmiastowe przerwanie ognia, blokada łączności i komputerów dowodzenia, wyłączenie laserów naprowadzających, złożenie broni i zabezpieczenie sprzętu. Confirm.

– Jedyne, co w tej chwili prowadzi ogień, to twoje krążowniki, Ruskin.

– Chciałbym wierzyć, że to prawda. Dobrze więc, Lemoine. Wydaję rozkaz wstrzymania ostrzału. Wysadzam desant na teren kompleksu. Ostrzegam jednak, że jakakolwiek próba stawiania oporu lub niszczenie własności Kompanii będą karane. Na miejscu i surowo. Podaj mi twoje koordynaty, komandorze. Wyślę oddział specjalny, po ciebie i po… następujących oficerów: John Cuxart…

Papa skrzywił się ironicznie.

– Maynard Mannering…

Culture Vulture splunął na zagruzowaną podłogę.

– Jaime Santacana – kontynuował zimno Żaba. – Muireann „Siobhan” Tully, Leslie Novak, Einar Raikinnen, Jan Willem Cuypers, Valerie van Houten…

Muireann uśmiechnęła się słodko do Valerie, po czym wręczyła jej Craftsmana, torbę klipów i bandolier z granatami. Valerie przyjęła.

– Confirm and re-confirm – zażądał Ruskin, skończywszy wyszczekiwać nazwiska tych, na których ciążyły wyroki. Admirał Ruskin. Dawniej, gdy jeszcze był najemnikiem, jak my, i nie był jeszcze admirałem, zwany był Żabą z racji specyficznej urody.

Culture Vulture mrugnął do mnie, po czym wystukał na klawiaturze koordynaty Platformy Rogersa, od której dzieliło nas sześć kilometrów.

– Confirm, Ruskin – odmrugnąłem, biorąc z rąk Muireann naładowanego Craftsmana. – Surrender U.C. in force. Czekamy na twój oddział w podanych koordynatach. See you later, alligator. E.O.T., N.C.R. Rozłączyłeś, Vulture?

– Jasne, że tak.

– No, to… – zważyłem karabin w ręku. – Pocałuj nas w dupę, Żabo.

II

     Dopadli nas na Trzecim Poziomie. Być może orientowali się, że wiemy o doku, w którym stoi „Isogi Maru”. Być może Żaba znał nas na tyle dobrze, by antycypować nasze ruchy. A może po prostu mieli szczęście. Szczęście, którego nam zabrakło.

Nadjechali w czterech ATV wyposażonych w czujniki i lokatory Infra-R, bo zmacali nas ogniem jeszcze wtedy, gdy zdawało się nam, że kryją nas ciemność i dym. Z punktu rąbnęli w nas wszystkim, co mieli – rakietami, plazmą, napalmem, pociskami SLAP. Istny overkill.

Załatwili połowę chłopaków z plutonu ochrony. Niestety, załatwili również Santacanę, który ich prowadził. Jaime zginął na miejscu. Szybko. Miał szczęście, drań. Ci mniej szczęśliwi, poparzeni i ranni wyli tak, że niektórzy z nas zdarli na chwilę hełmy z głów, by uciec przed
tym, co dźwięczało w słuchawkach.

Ale pozbieraliśmy się szybko. I odpowiedzieliśmy im jeszcze większym overkillem. Daliśmy im wszystko, co mieliśmy.

Muireann Tully rozwaliła jeden ATV z lasera SACO, Papa rypnął drugi termitowym pociskiem z Mitsuoki. Z obu transporterów nikomu nie udało się wyjść. Z pozostałych, które zresztą też się paliły, wysypali się rangersi z Ifigenia-Thetis Interplanetary Security Forces, w swoich czarnych, kevlarowych pancerzach i hełmach z lustrzaną zasłoną, od których brali swą żargonową nazwę.

I poszło na ostro. Wśród dymu, wśród ognia i huku, wśród wrzasku, wśród szumu i syku lejącej się ze sprinklerów wody. Lustrzaki myśleli widocznie, że nas zepchną samym impetem, że wtłoczą nas w korytarze, na Drugi Poziom. Ale my nie mieliśmy wyjścia – my musieliśmy iść naprzód, do doku, w którym stał „Isogi Maru” – frachtowiec, który był naszą jedyną szansą.

Zanim Valerie i Papa Cuxart ustawili trójnóg Stalwarta, trochę nas przycisnęli – granaty i pociski z Craftsmanów nie stanowiły dostatecznej zapory, mieli zresztą swe własne Craftsmany, mieli dwulufowe Daihatsu. I umieli ich używać. Zaczęliśmy topnieć. Oni też topnieli, ale ich było więcej.

Ale za moment przemówił Stalwart. Lasciate ogni speranza, powiedział, a Trzeci Poziom zamienił się w dantejskie piekło. Valerie, na kolanach, z policzkiem przy obudowie celownika, wrzeszczała jak opętana, a flamer ział i sikał ogniem, od którego topił się beton i stalowe zbrojenia. Muireann i Culture Vulture walili w płomienie granat za granatem, a Papa fastrygował to wszystko cienką, czerwoną nitką z SACO.

– Dość! – wrzasnąłem, widząc, że naprawdę dość. – Dość, Valerie!
Przerwij ogień!

Podniosła głowę znad celownika. Oczy miała błędne, na brudnej twarzy łzy wyrysowały makabryczny wzór. Podniosłem z ziemi Mitsuoki. Był załadowany. Odpaliłem go spod pachy, nie celując. Termit wypalił w ścianie hali dziurę, przez którą bez trudu przejechałby ATV. Papa Cuxart delikatnie odsunął Valerie, podniósł Stalwarta razem z trójnogiem.

– Zostaw – warknąłem. – Zrobił, co do niego należało. Nie możemy taszczyć ze sobą ciężkiego sprzętu! Bierzcie tylko karabiny i SACO. Siobhan, Vulture, do dziury, wymiatajcie front! Idziemy do doku! Za chwilę otoczą kompleks! Valerie, co z tobą? Na nogi, kurwa, wstawaj!

Valerie zachłysnęła się, rozkaszlała, patrząc na to, co leżało dookoła nas, a tym, co leżało dookoła, były krwawe ochłapy, które zostały z grupy ochrony. Szarpnąłem ją brutalnie, poderwałem z kolan. Spojrzała mi prosto w oczy. A ja nagle poczułem żal. Żałowałem, że nic mnie z Valerie nie łączyło. Nic, choć był taki czas, że coś nas mogło połączyć. A ja już wtedy wiedziałem, że ten czas nie wróci już nigdy.

Pobiegliśmy. Z dala, zza dymu, ognia i wody, słyszałem już ryk kolejnych transporterów, wdzierających się na gruzy na balonowych kołach.

„Isogi Maru”!

Stalowe schody. Platforma z poręczami. Huk i krzyk, czarne sylwetki w lustrzanych hełmach. Na górze i na dole. A my w środku. Dookoła nas żelastwo zaiskrzyło się od pocisków. „Isogi Maru”!

Cuda zdarzają się rzadko. Nie każdego dnia. Nie tego dnia. Gdy wpadaliśmy, dysząc, w zbawczy korytarz, Papa Cuxart dostał w kark pociskiem SLAP. Jego głowa po prostu znikła, razem z hełmem i zatkniętą za opaskę hełmu paczką Cameli. Jedna ręka upadła na blachę. Druga trzymała się ciała, choć trudno było powiedzieć, na czym. Przyjęliśmy to bez emocji – każde z nas miało swoje zmartwienia. Nikt nie był cały. Ociekaliśmy krwią, potykaliśmy się, padaliśmy, wstawaliśmy. „Isogi Maru”!

Na drugim podeście Muireann upadła i już nie mogła wstać. Valerie zerwała z siebie webbing, przypięła klamerki do pasów Irlandki, powlokła ją po stalowych płytach, a ja, na kolanach, wystrzelałem do ścigających nas lustrzaków wszystkie kumulacyjne rakiety z Mitsuoki. Wszystkie trzy. Ale ostatnią rozpieprzyłem schody – termit zamienił pół podestu w malowniczą pajęczynę, ociekającą iskrami i łzami stopionego metalu.

Z korytarza załomotały Craftsmany, w słuchawkach zawibrował krzyk obu dziewczyn. Pobiegłem za nimi – pobiegłem za szerokim, błyszczącym pasem krwi, jaki wleczona Muireann zostawiła na płytach.

Osaczyli nas, wyciąwszy laserami przejścia w ścianach kompleksu. Ale podest był wąski, ciasny, a wielgachna beczka zbiornika na wodę dawała nam nieco ukrycia i ochrony. Leżeliśmy, czując gorąco naszych ciał i robiliśmy wszystko, żeby przeżyć. Lustrzaki podeszli tak blisko, że niektórzy wysunęli nawet teleskopowe bagnety na lufach swoich Daihatsu. Ale my bardzo chcieliśmy przeżyć. Ostatnich załatwiliśmy z odległości paru metrów – ja z mojego Glocka, Muireann ze swego staromodnego Walthera.

A gdy się cofnęli i dali nam odetchnąć, gdy stwierdziłem, że Culture Vulture nie żyje, gdy Muireann, wstrząsana dreszczem, leżała z twarzą na stalowej płycie, gdy Valerie skończyła bandażować sobie udo osobistym first aid packetem, ja znalazłem wyjście. Przez szyb wentylacyjny, którego pokrywę rozwaliły SLAP-y.

– Valerie! Siobhan! Prędko!

Muireann podniosła głowę.

– Nie mogę wstać – powiedziała krótko i zimno. – Nie mogę poruszyć nogami. Kręgosłup. Zostawcie mnie.

Prawdopodobnie nie uwierzycie mi, ale wcale nie zabrzmiało to patetycznie.

Nasza profesja ma swoje zasady, swój niepisany kodeks. Uklęknąłem i pocałowałem ją w brudny i zakrwawiony policzek. Potem pomogłem jej usiąść, oparłem plecami o zbiornik. Dałem jej Craftsmana i ostatni klip, jaki mi został. Valerie, też nic nie mówiąc, położyła obok niej bandolier z granatami. Obydwoma. A potem, nie oglądając się, wpełzliśmy do szybu. Ja i Valerie. Więcej nie mogliśmy zrobić dla Muireann. Naprawdę.

Nie odpełzliśmy daleko, gdy usłyszeliśmy, jak wali z Craftsmana. A w chwilę póżniej usłyszeliśmy jej krzyk. Nie, nie krzyk. Śpiew. Muireann Siobhan Tully, ruda Muireann Siobhan Tully z Dublina, z kolorowej Fenian Street śpiewała, wypruwając ostatni klip do lustrzaków, idących ku niej po schodach z teleskopowymi bagnetami na lufach Daihatsu.

In Dublin’s fair city

Where the girls are so pretty…

Craftsman zachłysnął się i zamilkł, po czym oba granaty eksplodowały w krótkich odstępach.

I first set my eyes on sweet Molly Malone…

Wystrzały z jej staromodnego Walthera. Jeden, drugi, trzeci… I śpiew, coraz dzikszy, coraz rozpaczliwszy.

As she wheeled her wheelbarrow

Thru’ streets broad and narrow,

Crying…

Strzał. I cisza.

Muireann Siobhan Tully z Fenian Street.

Nic nie mogliśmy zrobić. Nic.

Kiedy wyciągnąłem ją z rury wywietrznika, na Platformę, Valerie van Houten umarła. Miała rozerwaną arterię udową. Wykrwawiła się pod byle jak założonym opatrunkiem. Przed i w czasie walki łykała Euphoral i Battle Dust, a gdy obrywała, wstrzykiwała sobie stymulanty i analgeny. Nie czuła bólu i nie zorientowała się, że umiera. Umarła w dokładnie w tym momencie, gdy znaleĄli nas chłopcy Jana Cuypersa. Cuypers, gdy usłyszał, że ma S.Y.A., przypomniał sobie o doku, w którym stał zapomniany frachtowiec „Isogi Maru”. I uratował dupę. Swoją, jak rónież tych chłopaków i dziewczyn, których prowadził, a którym udało się przebić. I moją dupę również uratował. Chociaż nie powinien się mną przejmować. Bo dając mu S.Y.A., nie powiedziałem o frachtowcu, nie powiedziałem ani jemu, ani Novakowi, ani Raikinnenowi. Nasza profesja ma swoje prawa i zasady. Cuypers, Novak i Raikinnen mieli odwrócić uwagę, mieli ściągnąć lustrzaków na siebie. A „Isogi Maru” miał zabrać z planety mnie, Papę Cuxarta, Santacanę, Culture Vulture i Muireann Tully. I Valerie.

Ale Valerie umarła.

Odlecieliśmy, wyobraĄcie sobie, bez kłopotów. Nie rozwaliły nas torpedy „Nashville” i „Electry”, nie złapano nas na traktor, nie posłano za nami niszczycieli i ścigaczy. Cuda nie zdarzają się codziennie. Ale dla nas to był najwyraźniej ten dzień.

Odlecieliśmy.

I wtedy, na pokładzie „Isogi Maru”, który po odrzuceniu ładowni okazał się wcale rączym stakiem, złożyłem bardzo głupią, wręcz szaleńczą obietnicę. Omotany bandażami i opatrunkami, nafaszerowany zastrzykami, przyrzekłem coś admirałowi Ruskinowi, zwanemu Żabą, przyrzekłem coś mecenasowi Yamashiro z Koncernu Schraeder & Haikatsu,
jak również Kahlenbergowi, prezydentowi tegoż Koncernu. Ma się rozumieć, nie zapomniałem w mojej obietnicy o Kompanii Ifigenia- Thetis ani o jej zbrojnym ramieniu, o lustrzakach z Interplanetary Security Forces. Uwzględniłem wszystkich. I dodałem – na zapas – wszystkich tych, którzy chcieliby stanąć na drodze, którzy chcieliby przeszkodzić.

Złożyłem obietnicę. I dotrzymam jej. Niech to trwa lata, nawet dziesiątki lat, ja nie zapomnę, komu i co obiecałem. Słyszysz, Siobhan? Słyszycie mnie, Jaime, Papa, Vulture? Novak, Einar?

Słyszysz mnie, Valerie?

Cierpliwości. Ja nie zapomnę.