Andrzej Sapkowski

Pomysł napisania czegoś takiego jak „Bitewny pył” zrodził
się na konwencie – prawdziwie, konwentykle fantastyczne to istne
Parnasy i świątynie sztuki, azyle artystów, sanktuaria natchnienia
i twórczej pracy.

Konwent, o którym mowa, był dorocznym Polconem, a odbywał się w Lublinie
latem roku 1994. Oprócz licznych innych ewenementów i wydarzeń, które
niechaj pozostaną w mroku i sub rosa, miała miejsce poważna wielce
rozmowa. Rozmówcą był Krzysztof Papierkowski, prezes
Gdańskiego Klubu Fantastyki. Zwracam uwagę Państwa na fakt, że to już
po raz drugi prezes GKF-u zapłodnił mnie twórczo,
treścią rozmowy było bowiem zapładnianie. Mając
rzecz jasna na uwadze interes swego klubu i klubowego konwentu
Nordcon, Krzysztof Papierkowski wpadł na pomysł iście genialny w
swej prostocie i bezpretensjonalności. Złożona mi propozycja
brzmiała: „Napisz coś, co mogłoby udawać urywek powieści,
fragment wyrwany z kontekstu takowej. My zaś (znaczy:
GKF) fragment ów zamieścimy w informatorze konwentowym Nordconu
’94, opatrując notą: „Sapkowski zerwał z fantasy i wiedĄminem,
pisze obszerną kilkutomową space operę w najlepszym stylu E. E. ‚Doca’
Smitha i Jacka Williamsona… Fragment tylko u nas!”

Początkowo entuzjazmu nie wykazywałem, albowiem jeśli było coś,
co do czego pewien byłem, iż nigdy i żadną miarą tego nie
napiszę, tym czymś była właśnie space opera. Gdy jednak rzecz
przemyślałem, doszedłem do wniosku, że czymś z zupełnie
od space opery różnym jest fragment space opery. To tak jak z
tą standardową operą – czymś innym jest całą opera, czymś
innym dramatyczna aria lub duet. Fragment nie zmusi mnie do mozolnego
konstruowania operowej fabuły, do wymyślania jakiejś obejmującej
całe planety i gwiazdy wojny, bo wszakże – zgodnie z encyklopedią
SF Nicholsa space opera to, cytuję: Action-adventure stories
of interplanetary or interstellar conflict. Urywek, nie obciążając
dobrodziejstwem inwentarza, pozwoli mi na skoncentrowanie wysiłku
na małym odcinku frontu i na tym, co najistotniejsze. Na tym, co przesądza
o jakości tekstu – czyli krwistych bohaterach i ostrej akcji.

No i napisałem fragment space opery. By nie psuć żartu, czas jakiś
nie zdradzałem, że na fragmencie się skończy i że żadna
opera nigdy nie powstanie. Dementować zacząłem dopiero póĄniej.
Ale żart i tak się udał. O tym, jak bardzo, niechaj świadczy
choćby fakt, że jakiś nawiedzony zapaleniec i miłośnik
gatunku oddał na „Battle Dust” głos na nagrodę im. J. A. Zajdla
– i to w kategorii „powieść”. A do dziś dnia
pytany jestem na spotkaniach autorskich kiedy wreszcie wyjdzie drukiem
owa space opera, którą piszę, bo wszyscy czekają niecierpliwie, radzi
poznać dalsze losy dzielnego komandora Thierry’ego Lemoine’a. Który
to komandor to właśnie Krzysztof Papierkowski – pomysłodawcy
coś się bowiem należy. Za chwilę – w następnej przedmowie
– pisał będę o „Wariancie jednorożca”, opowiadaniu
Rogera Zelaznego i wyjaśnię, dlaczego bohater tego opowiadania
nosi imię Martin.

Jeszcze jedno – przed chwilą wcale nie pomyliłem się, pisząc „Battle
Dust” zamiast „Bitewny pył”. Tytułując fałszywą „space
operę” miałem bowiem na myśli nie pył bitewny, dym pożarów
i kurz krwi bratniej, lecz noszący taką właśnie nazwę narkotyk,
używany przez najemników środek pobudzający, zwiększający
wytrzymałość, odporność na ból i wyzwalający w żołdakach
iście berserkerski szał bojowy. Drukując we wspomnianym informatorze
konwentowym, GKF spolszczył tytuł, mniemając zapewne, że zwyczajnie
poniósł mnie zapał kosmopolitycznego poligloty. I został „Battle
Dust” „Bitewnym pyłem”, na wieki wieków, amen.